Zapomniana katastrofa lotnicza w Gabare. Opowieść o ludziach, którzy pamiętają

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
16 marca 1978 roku w Bułgarii rozbił się samolot lecący z Sofii do Warszawy. Zginęły w niej 73 osoby. To jedna z najbardziej tajemniczych katastrof lotniczych w krajach byłego bloku wschodniego. Do dziś nie wiadomo, co było przyczyną wypadku. Pojawia się też pytanie, dlaczego władze Bułgarii próbowały wszystko zatuszować.

Gabare. Niewielka miejscowość na głębokiej bułgarskiej prowincji, niedaleko granicy z Rumunią. Mieszka tam mniej niż 700 osób. Od leżącej nieopodal wioski Tłaczene dzieli ją siedmiokilometrowa, pełna dziur droga. W Tłaczene dziś mieszka ok. 350 osób. Podobnie jak w Gabare, średnia wieku mieszkańców to ok. 47 lat. Młodzi stamtąd uciekają, zostają tylko ci, którzy nie mają innego wyboru.

Pomiędzy wioskami ciągnie się długi, niezbyt głęboki, ale zalesiony wąwóz. To gdzieś tam 16 marca 1978 uderzył w ziemię Tu-134 lecący z Sofii do Warszawy. Nie przeżył nikt. Zginęły 73 osoby - 66 pasażerów i 7 członków załogi.

Większość ofiar to Polacy. I choć to największa katastrofa w dziejach bułgarskiego lotnictwa cywilnego, dziś mało kto o niej pamięta. Podobnie jak o niewielkim pomniku stojącym w trudno dostępnym miejscu. Metalowe elementy rozkradziono, ale na granicie wciąż widnieje długa lista nazwisk: polskich, bułgarskich, są też dwa brytyjskie. Próżno ich szukać w internecie, choć znamy z imienia i nazwiska ofiary katastrofy smoleńskiej czy ofiary katastrofy w Lesie Kabackim. O tych spod Gabare jakby świat zapomniał.

Jeśli ktoś interesuje się kolarstwem, może wie, że na torze w Pruszkowie cztery lata temu wmurowano tablicę. Na górze widnieje napis: „Żyjący mają obowiązek wobec tych, których nie ma już wśród nas, aby opowiadać ich historię…”. A poniżej jest pięć nazwisk kolarzy torowych: Marek Kolasa, Krzysztof Otocki, Witold Stachowiak, Tadeusz Włodarczyk, Jacek Zdaniuk. Stanowili część reprezentacji Polski, która wiosną 1978 r. trenowała w Bułgarii. Wszyscy zginęli pod Gabare.

W Polsce nie było wówczas krytego toru i kadra torowców często wybierała się w miejsca, gdzie pogoda była łaskawsza dla kolarzy.

Na tym zgrupowaniu miał być też kolarz Leszek Sibilski. Ale został w kraju, bo mimo miłości do kolarstwa, ciągnęło go do nauki, studiował, musiał chodzić na zajęcia, zdobywać zaliczenia. Dziś Leszek Sibilski mieszka w USA, wykłada na amerykańskiej uczelni. Niektórzy mogą pamiętać, że to on był inicjatorem ustanowienia Światowego Dnia Roweru. I tak się stało, dwa lata temu ONZ za ten dzień uznało 3 czerwca.

Gdyby nie nauka i studia, profesor Sibilski byłby na pokładzie tego feralnego rejsu razem ze swoimi kolegami z kadry.

17 marca 1978 jechał na zajęcia tramwajem, gdy zauważył w gazecie, którą czytał mężczyzna siedzący przed nim, nazwiska swoich kolegów. Jak opowiada, w pierwszej chwili pomyślał: „Ja tu udaję naukowca, a oni już zaczęli wygrywać”. Dopiero po chwili zobaczył, że to rodzaj nekrologu. I zmartwiał. Nie wysiadł z tego tramwaju, dojechał do pętli. Dziś mówi, że ten dzień, ta katastrofa, zmieniła jego życie. - Poczułem, jak bardzo jest kruche. Był człowiek i nie ma człowieka - mówi.

I nigdy nie zapomniał. To jest trauma, która towarzyszy mu całe życie. Kiedy na pruszkowskim torze wmurowano z jego inicjatywy tablicę upamiętniającą torowców, przez chwilę myślał, że zamknął sprawę. Ale tak nie jest. Poczuł, że ma jeszcze jedną misję - dowiedzieć się, dlaczego zginęli jego koledzy.

Bo okoliczności katastrofy nigdy nie zostały ustalone. A może inaczej: nigdy nie zostały ujawnione.

Wszyscy piszący o katastrofie w Gabare powielają garść informacji. Samolot Tu-134, oznaczony jako LZ-TUB (nr fabryczny 8350501, nr seryjny 05-01, wyprodukowany w 1968 r. przez Charkowski Zakład Lotniczy, należący do bułgarskich linii lotniczych Balkan, wystartował planowo z Sofii po godzinie trzynastej. Maszynę prowadził doświadczony pilot Christo Christow. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, samolot 10 minut po starcie, gdy osiągnął pułap 4900 metrów, zaczął niemal pionowo spadać i uderzył z pełną mocą w ziemię. Z maszyny nic nie zostało, nie jest też jasne, czy odnaleziono czarne skrzynki.

Wszyscy zginęli. Wiemy o kolarzach torowych, bułgarskiej żeńskiej drużynie gimnastyczek, o Januszu Wilhelmim, który kilka dni później miał zostać ministrem kultury. Ale o większości ofiar pamiętają już tylko ich najbliżsi.

Jedną z nich był ojciec Radosława Kowalika-Miklaszewskiego i Jarosława Kowalika-Miklaszewskiego. Jego też miało nie być w tym samolocie. Wracał do Warszawy i miał przesiadkę w Sofii. Skorzystał z okazji, że przyleciał tam nieco szybciej i mógł wsiąść na pokład wcześniejszego samolotu do Warszawy. Tego, który roztrzaskał się pod Gabare.

Ten drugi, późniejszy rejs z Sofii do Warszawy przebiegał bez żadnych komplikacji. Samolot wylądował na Okęciu prawie pusty.

O katastrofie wszyscy dowiedzieli się z gazet dzień później. Ale nawet w ówczesnej prasie informacje były bardzo skąpe. Nekrolog upamiętniający kolarzy ukazał się w „Przeglądzie Sportowym”, był też tekst przypominający ich sukcesy. Kilka dni po katastrofie „Trybuna Ludu” opublikowała listę polskich ofiar katastrofy. Wiadomo, że pod Gabare zginęły 73 osoby. To 73 historie rodzin, które straciły bliskich.

- Moja babcia zmarła w zeszłym roku i ona zawsze żyła w poczuciu, że ta sprawa nigdy nie została wyjaśniona i nigdy już nie będzie. Na pewno też czuła się źle, z tego, co pamiętam, kiedy patrzyła na to, co dzieje się wokół katastrofy smoleńskiej - mówi Anna Otocka. W katastrofie zginął brat jej ojca, Krzysztof Otocki, jeden z kadry kolarzy. - Babcia widziała, że rodziny ofiar katastrofy pod Smoleńskiem otrzymały pomoc od państwa, były nabożeństwa, msze święte. Ale wiedziała też, że wtedy, w 1978 roku, to były zupełnie inne czasy - dodaje.

- To, co spowodował brak ojca w rodzinie, można sobie wyobrazić. Matka została z dwójką gówniarzy. Jeden miał trzy lata, drugi niecałe siedem. Wiadomo, jak to wpłynęło na nasze życie. Nastąpiły ciężkie czasy, chwilę potem wybuchł stan wojenny, a matka miała pensję nauczycielską i „bida-rentę” po ojcu. To, że się wychowywaliśmy bez ojca, też było ciężkie - mówi Radosław Kowalik-Miklaszewski.

Podobną historię opowiada Maciej Budka. On i jego bracia - starszy Cezary oraz młodszy Piotr również stracili ojca.

- Pamiętam, że mój brat Czarek pojechał z mamą na lotnisko, tam mieli czekać na ojca. Ja i młodszy brat Piotrek zostaliśmy w domu. Dziś bardzo chciałbym wiedzieć, w jaki sposób i dlaczego zginął nasz tata - mówi.

Radosław Kowalik-Miklaszewski: - Każdy z nas pewnie sobie wyobrażał, co się mogło stać. Jako dziecko myślałem o tym bardzo dużo. Zawsze pada pytanie: dlaczego?

Gdzie leży prawda?

O samej katastrofie wciąż bowiem wiadomo niewiele. Choć to największy wypadek lotniczy w dziejach bułgarskiego lotnictwa cywilnego i jedna z największych katastrof lotniczych z udziałem Polaków. Tak naprawdę wątpliwości dotyczą nawet liczby ofiar z naszego kraju. Wiele źródeł (w tym Wikipedia) podaje, że zginęło 39 Polaków. Jednak kilka dni po katastrofie „Trybuna Ludu” opublikowała szczegółową listę polskich ofiar wraz z miejscem ich zamieszkania (ten wycinek do dziś jest w posiadaniu jednej z rodzin). Nazwisk jest 37. Nawet PRL-owska prasa nie mogła popełnić błędu albo kogoś pominąć. Tajemnicę tej niezgodności być może odkrywa pomnik stojący niedaleko miejsca katastrofy. Wyryto na niej 73 imiona i nazwiska: 37 polskich, 34 bułgarskie (w tym siedmioosobowej załogi samolotu) oraz dwa brytyjskie. Najprawdopodobniej bułgarskie przekazy z 1978 r. podawały liczbę 39 obcokrajowców, zaliczając do niej Polaków i dwoje Brytyjczyków.

To nie jest jedyny problem, na jaki się natykamy, zgłębiając historię tej katastrofy. Bułgarskich źródeł prawie nie ma, polskie są bardzo skąpe. Wiadomo tylko, że samolot się rozbił, nikt nie ocalał, a oficjalną przyczyną katastrofy miała być „usterka instalacji elektrycznej”. Czarnych skrzynek rzekomo nie odnaleziono.

Dlaczego więc samolot runął prawie pionowo w dół? Dlaczego nie zostało z niego prawie nic? Dlaczego nie oddano rodzinom ciał do pochowania?

Odpowiedź może być tyko jedna: prawdziwa przyczyna była (a może nadal jest) bardzo niewygodna dla ówczesnych władz Bułgarii, a nawet całego dawnego Układu Warszawskiego.

Oczywiście, nie można też zapominać o kontekście historycznym. Koniec lat 70. to ponowne zaostrzenie zimnej wojny i wybuch konfliktu w Afganistanie. W 1976 r. przez Polskę przeszła fala strajków i protestów, określana dziś mianem Czerwca 1976. Państwa bloku wschodniego jeszcze bardziej poczuły, że są za Żelazną Kurtyną.

Mimo to, kiedy w 1980 r. doszło do katastrofy Iła-62 na Okęciu, PRL-owskie władze w Polsce powołały specjalną komisję, a jej raport kończył się konkluzją, że przyczyną wypadku była wada konstrukcyjna samolotu. Teza była prawdziwa, ale i odważna, bo przecież w owym czasie radzieckie samoloty wad konstrukcyjnych mieć nie mogły. Tym niemniej przyczyny katastofy są wiarygodnie i racjonalnie opisane.

Co zatem sprawiło, że komunistyczne władze Bułgarii tak szybko wszystko zamiotły pod dywan? A wiadomo z relacji świadków zdarzenia, że na miejscu błyskawicznie pojawiło się wojsko i gęstym kordonem otoczyło teren, na którym rozbił się samolot. Matka braci Kowalików-Miklaszewskich była na miejscu katastrofy kilkanaście miesięcy później. Rozmawiała z naocznym świadkiem - pasterzem, który w okolicy wypasał swoje zwierzęta. Opowiadał jej o wielkim błysku na niebie i wielkim huku, który nastąpił chwilę później.

W jedynym dostępnym bułgarskim filmie dokumentalnym, jaki można obejrzeć w serwisie YouTube zatytułowanym „Najbardziej zagadkowa katastrofa lotnicza” - nawiasem mówiąc, zrealizowanym dość niechlujnie, pojawiają się przekazy, że samolot prawie pionowo wbił się w wąwóz między wsiami Gabare a Tłaczene.

Skąd w takim razie relacja pasterza o wielkim błysku na niebie? Co się stało z czarnymi skrzynkami, które powinny wyjaśnić przyczynę katastrofy? Według oficjalnych informacji nigdy ich nie odnaleziono. Jak to możliwe, powinny przetrwać wszelkie możliwe okoliczności katastrofy. Takich pytań jest wiele, podobnie jak teorii, co tak naprawdę się stało w marcowe popołudnie 1978 roku nad Gabare. „New York Times” w wydaniu z 17 marca 1978 r. napisał: „Źródła na lotnisku podały, że samolot najprawdopodobniej eksplodował, ale urzędnicy odmówili udzielenia dalszych informacji”. Przez lata badacze tej katastrofy rozważali kilka możliwych scenariuszy.

Hipoteza pierwsza: omyłkowe zestrzelenie. Według tej wersji samolot Tu-134 przez system ulokowany w położonej niedaleko Gabare, tajnej (jak wszystko w Układzie Warszawskim) bazie wojskowej - prawdopodobnie radzieckiej - został uznany za intruza, gdyż zawiódł jeden z systemów identyfikacji maszyn na niebie. Jednak nawet radzieckie systemy lotnicze i procedury w takich przypadkach nakazywały nawiązać łączność z „intruzem”, zaś samolot pasażerski porusza się z inną prędkością i na innym pułapie niż maszyna wojskowa i powinny to zobaczyć osoby obsługujące system na radarze. Wersja ta wydaje się więc mało prawdopodobna.

Hipoteza druga: celowe zniszczenie maszyny przez kapitana. Zwolennicy tej teorii przytaczają informacje, jakoby Christo Christow był w złej kondycji psychicznej, zaś dowodem mającym popierać tę tezę jest fakt, że pochodził on z okolic Gabare. Owszem, zdarzają się takie wypadki lotnicze. Ostatnim głośnym przypadkiem była katastrofa samolotu Germanwings w 2015, kiedy to będący w depresji Andreas Lubitz rozbił w Alpach Airbusa A320-211 lecącego z Barcelony do Düsseldorfu. Taka przyczyna katastrofy byłaby do zweryfikowania za pomocą czarnych skrzynek - ale tych w przypadku lotu z Sofii do Warszawy przecież - przynajmniej oficjalnie - nigdy nie odnaleziono. Tej hipotezy z powodu braku dokumentacji oczywiście wykluczyć nie można, ale nie byłaby ona aż tak niewygodna dla komunistycznych rządów, by po dziś dzień ukrywać przyczyny katastrofy.

Hipoteza trzecia: zamach terrorystyczny. W materiałach, jakie już odnaleziono w polskim Instytucie Pamięci Narodowej, jest dokument, w którym bułgarskie władze pytają MSW o możliwe kontakty obywateli polskich, lecących tym lotem, z organizacjami terrorystycznymi. Być może w polskich czy bułgarskich archiwach są jakieś informacje na ten temat. Nie jest tajemnicą, że w czasach PRL Polska była krajem, w którym pojawiali się groźni terroryści. Jednym z nich był legendarny Ilich RamÍrez Sánchez ps. „Carlos” lub „Szakal”, który bywał w Warszawie przynajmniej kilka razy. Po co jednak ktoś miałby wysadzać samolot lecący z Sofii do Warszawy? Zwłaszcza, że nikt do takiego aktu terroru nigdy się nie przyznał, a rozgłos jest najważniejszym elementem tego rodzaju zamachów. Pojawiającą się teorię, jakoby chodziło o „zlikwidowanie” utytułowanej kadry bułgarskich gimnastyczek rytmicznych, można chyba między bajki włożyć.

Hipoteza czwarta: zderzenie z samolotem bułgarskich sił powietrznych lub wojsk radzieckich stacjonujących na tym terenie lub też bezpośredni kontakt z nim. To, że niedaleko Gabare była baza wojskowa, jest faktem. To właśnie dlatego bardzo szybko po katastrofie teren został otoczony kordonem żołnierzy, choć był olbrzymi - szczątki samolotu (samolotów?) zostały rozsiane na przestrzeni ok. 30 kilometrów kwadratowych. To tłumaczy też błysk, który ujrzał na niebie pasterz, z którym rozmawiała wdowa po jednej z ofiar. Dla wielu rodzin ofiar ta hipoteza wydaje się najbardziej prawdopodobna. Słyszę też taką opowieść, krążącą w środowisku pilotów: - Z przyczyn zawodowych wiem, że piloci samolotów wojskowych (w owych czasach były to rosyjskie MIG-i) lubili „bawić się” z samolotami pasażerskimi, podlatywać i wykonywać dziwne manewry. Mogło dojść do nieszczęśliwego wypadku, wojskowa maszyna mogła podlecieć zbyt blisko.

Jeśli takie „zabawy” miały miejsce, faktycznie wystarczyła chwila nieuwagi wojskowego pilota, by samolot pasażerski znalazł się w ciągu silników myśliwca, a kapitan stracił panowanie nad maszyną. Ta hipoteza tłumaczy wiele: kordon wojskowych wokół miejsca katastrofy, czarne skrzynki, które „nigdy nie zostały odnalezione”, błysk na niebie, pionowy lot ku ziemi. Istnieją też doniesienia świadków, którzy po katastrofie widzieli na ziemi spadochron - być może pozostałość po tym, jak katapultował się ze swojej maszyny pilot MIG-a. Nawet jeśli zginął, niezależnie od tego, czy był Bułgarem, czy pochodził z terenów ZSRR, jego tożsamość z łatwością można było ukryć.

Co kryją archiwa?

Niedługo po katastrofie rodziny ofiar dostały zaproszenie do ambasady bułgarskiej. Niczego się tam nie dowiedziały. A wątpliwości było już sporo. Chociażby przy okazji pogrzebów. Bardzo dobrze pamięta to Cezary Budka. - To były takie czarne trumny, jakby zrobione z cienkiej sklejki. One były zaplombowane. Przyjeżdżała ochrona lotniska, która pilnowała trumien, tak żeby nikt nie mógł się zbliżyć - milknie.

- W tych trumnach nie było ciał, rodziny to wiedziały - mówi Anna Otocka. - Wiem, że to może zabrzmieć niepoważnie, ale moja rodzina żyła w takim przeświadczeniu - jak w jakimś filmie katastroficznym - że skoro trumna była pusta, to wujek może kiedyś się odnajdzie i wróci do domu. No ale z tego, co ja słyszałam, co mówili miejscowi, to ten samolot spadł w taki sposób, że tam były szczątki samolotu i szczątki ludzi. Nie było wówczas badań DNA, a Bułgarzy nie podeszli do tego ze starannością.

- Wiem, co było w trumnach, bo przenosiliśmy grób. Tam były takie metalowe puszki, a w nich był piasek, pewnie z miejsca katastrofy - opowiada Cezary Budka. - Początkowo nasz ojciec został pochowany w Tworkach, bo tam proboszczem był ks. Roman Indrzejczyk, przyjaciel naszej rodziny. Bywał u nas w domu, znaliśmy go dobrze. To był taki ksiądz z prawdziwego zdarzenia. Nie miał samochodu, plebanii, nie miał nic. Mieszkał w wynajętym pokoiku, jeździł na rowerze. Po prostu opiekował się ludźmi, wszystko rozdawał. Później ksiądz Roman został przeniesiony do parafii na Żoliborzu, a jeszcze później został kapelanem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I zginął w katastrofie smoleńskiej - kończy niespodziewanie.

Niedawno kilka rodzin ofiar złożyło do IPN wnioski o możliwość zapoznania się z dokumentami dotyczącymi Gabare, jakie znajdują się w polskich archiwach. Maciej Budka, młodszy brat Cezarego mieszka w Kanadzie, więc dla niego to spory wysiłek. Niewiele ponad tydzień temu dostał mejla od IPN. Musi wydrukować specjalny formularz, wypełnić go i zawieźć do polskiego konsulatu. Na dodatek jest pandemia i konsulat - jak wiele innych urzędów - pracuje nieco inaczej. Ale jest zdeterminowany, by to zrobić.

Cezary Budka, jako były wojskowy, jest bardziej sceptyczny. Jego zdaniem, jeśli cokolwiek mogłoby wyjaśnić przyczyny katastrofy, zostało ukryte w bułgarskich archiwach wojskowych, utajnionych wtedy i wciąż opatrzonych klauzulami tajności. Mimo tego, że czasy się zmieniły, Bułgaria jest w Unii Europejskiej, przypuszcza, że te archiwa wojskowe szybko nie zostaną odtajnione.

- Mamy do tego racjonalne podejście. Nie przywiązujemy do teorii spiskowych większej wagi, ale chcemy wiedzieć, jak zginął nasz ojciec - mówi z kolei Radosław Kowalik-Miklaszewski. A jego brat Jarosław dodaje: - Chcemy to wyjaśnić. Zamierzamy - wraz z innymi rodzinami - zwrócić się do IPN, by wyjaśnić tę sytuację. - Na miejscu IPN wystąpiłbym do władz bułgarskich o udostępnienie archiwów. Myślę, że to jest możliwe, bo Bułgaria jest w Unii Europejskiej. Reżim się skończył - dodaje Radosław.

Z kolei Anna Otocka wiele nadziei pokłada w utworzeniu - dzięki staraniom Leszka Sibilskiego - stowarzyszenia albo fundacji. Miałoby się ono nazywać Memorial 73, by upamiętnić wszystkie ofiary. - Generalnie pracujemy nad tym, ponieważ jeszcze nie udało nam się skontaktować ze wszystkimi osobami, które utraciły bliskich pod Gabare. Dzięki takiemu stowarzyszeniu moglibyśmy działać szybciej i sprawniej, również w imieniu rodzin. I z pewnością będą nas traktować bardziej poważnie - mówi Otocka.

Opowiadać ich historię...

W Polsce o kolarzach, którzy zginęli pod Gabare, przypomina tablica na torze w Pruszkowie. Innego pomnika nie ma. Stoi za to ten na miejscu katastrofy. Bracia Kowalikowie-Miklaszewscy wybrali się tam dwa lata temu, w czterdziestą rocznicę katastrofy. - Samo dojście w to miejsce było wyzwaniem. Pogoda była wiosenna, było mokro. I przebić się przez rzeczkę od strony Tłaczene nie było łatwo. Pomógł nam sołtys tej wsi. Towarzyszył nam w drodze - opowiada starszy Radosław. - On się przejął naszym przyjazdem, torował nam drogę jakąś maczetą. Te miejscowości są mocno podupadłe - dodaje Jarosław.

Bracia mieli się wybrać do Bułgarii wiele lat wcześniej. - Długo czekaliśmy. Po raz pierwszy na miejscu katastrofy byliśmy po czterdziestu latach. Raz - jesteśmy winni to ojcu, a dwa - jesteśmy winni to matce.

Mieli pojechać wcześniej, ale się nie udało. - To był 1989 rok, kupiliśmy nawet bilety kolejowe. A dzień po kupnie tych biletów dowiedzieliśmy się, że nasza matka ma raka. Nie dotarliśmy tam. Mieliśmy jechać we trójkę. Stwierdziliśmy, że chyba nie jest nam pisane. Dopiero po latach zdecydowaliśmy się tam pojechać - mówi Radosław. - Samolotem - dopowiada Jarosław. - Latamy samolotami - tłumaczy starszy z braci. - Natomiast wejście na pokład samolotu lecącego do Sofii to było emocjonalne wyzwanie. Chyba jeszcze gorzej zniosłem lot powrotny. Ale najtrudniejszy był pobyt na miejscu katastrofy. Dla mnie to był mocny moment w życiu - konstatuje. I opowiada dalej: - Przedzieraliśmy się przez te chaszcze, wartki strumień, z tym wójtem czy sołtysem. On ciął maczetą tę tarninę, żeby się w ogóle przebić. Miejsce zupełnie nieoznaczone. Tam byli też inni ludzie, którzy przyjechali na miejsce katastrofy, z tym, że oni byli za potokiem, więc zupełnie nie mogli się dostać. Tam są nadal części po tej katastrofie, części niezebrane. Myślę, że wciąż są tam szczątki ofiar. Bardzo szybko chcieliśmy stamtąd wyjechać - tłumaczy.

Anna Otocka, która wybrała się do Bułgarii z ojcem, nie dotarła do pomnika. - No i tak naprawdę z dużym żalem wróciliśmy, bo nie mogliśmy po prostu tego kompletnie znaleźć. W ogóle nie było to oznaczone i to też było dla nas dość przykre. Na pewno dla nas, ale babci było naprawdę bardzo, bardzo przykro. Ona żyła cały czas w przeświadczeniu, że ludzie po prostu zapomnieli o tym, co się stało pod Gabare.

Jesienią tego roku, dzięki staraniom Leszka Sibilskiego, pomnikiem zainteresowało się polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a konkretnie Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej. Dzięki staraniom m.in. Barbary Kosińskiej z MSZ niedawno we współpracy ze stroną bułgarską teren uprzątnięto. Kiedy na początku listopada w Płowdiw odbywały się mistrzostwa Europy w kolarstwie torowym, reprezentacja Polski wraz z trenerem pojechała do Gabare zapalić znicze przed pomnikiem. Teren wokół wyglądał nieco lepiej. Ale to nie koniec. Ambasador Polski Maciej Szymański, który był na miejscu katastrofy, spotkał się z ministrem kultury Bułgarii. Ustalono, że obie strony odnowią pomnik, a co więcej, zostanie zbudowany mostek nad rzeczką, która oddziela pomnik od bardziej dostępnych terenów.

Rodziny ofiar mają nadzieję, że powstanie film dokumentalny o katastrofie w Gabare. Zwłaszcza, że wielu bezpośrednich świadków tych wydarzeń sprzed 42 lat powoli odchodzi.

I tu przypomina się napis na tablicy w Pruszkowie: „Żyjący mają obowiązek wobec tych, których nie ma już wśród nas, aby opowiadać ich historię…”

Od lutego luzowanie obostrzeń

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie