Zoë Folbigg: My po prostu musieliśmy się spotkać

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Chciałabym, żeby ludzie wierzyli, że to miłość pcha świat do przodu, że to dzięki miłości świat kręci się nadal. Miłość jest w stanie odsunąć strach przed szarą, ponurą rzeczywistością, która nas otacza. Ona wcale nie musi taka być - mówi Zoë Folbigg, brytyjska pisarka, autorka książki „Stacja miłość"

Twoja książka „Stacja miłość” to bardzo filmowa historia. I takie filmy znamy: ona i on jeżdżą rano tym samym pociągiem do pracy i tym samym pociągiem wracają. Poznają się, zaczyna między nimi iskrzyć. Tylko że oryginalność tej książki polega na czymś innym. Na czym?

Myślę, że pierwszym wyróżnikiem tej historii jest to, że jest ona prawdziwa. Naprawdę się wydarzyła i w tym sensie nic tu nie jest wymyślone. To historia z mojego życia. Drugim wyróżnikiem jest to, że mamy tu do czynienia z odwróceniem ról. We wszystkich tradycyjnych podejściach jest tak, że to raczej mężczyzna zaprasza kobietę, albo daje jej sygnał, że jest nią zainteresowany. W tym przypadku mamy dziewczynę, która musi się odważyć i zrobić pierwszy krok. I robi go. Na tym polega różnica między innymi historiami tego rodzaju. Natomiast ciekawe, że wspomniałaś o filmie, bo w Wielkiej Brytanii jedna z firm producenckich zainteresowała się moją książką i na jej podstawie już powstaje film.

To świetnie! Uwielbiam historie miłosne, które się dobrze kończą. Myślałaś, jacy aktorzy mogliby zagrać? Mnie od razu przychodzi do głowy jedna para: Hugh Grant i Julia Roberts.

(Śmiech). Pewnie, że zastanawiałam się nad tym, kto mógłby wcielić się w rolę moich bohaterów, Mai i Jamesa, ale okazało się, że wszystkie osoby, które przychodziły mi do głowy są ciut za stare. Na przykład widziałam w wyobraźni, że rolę Jamesa mógłby zagrać George Clooney, a Natalie Portman wcieliłaby się w rolę Mai. Ale firma produkcyjna, która zajmuje się adaptacją książki do filmu, ma ambicję zrobić z tego hit na miarę „To właśnie miłość”, czy „Nothing Hill”. To były wielkie, kasowe filmy brytyjskie i od tamtego czasu takiego hitu już nie było. Na pewno obsada zostanie wypełniona brytyjskimi gwiazdami. Nie wiem, na ile są znane w Polsce, ale pod uwagę brani są tacy aktorzy, jak James Norton, który pojawia się w filmie „Male kobietki”, czy Tom Hughes, który gra księcia Alberta w serialu o królowej Wiktorii. Jeśli chodzi o rolę żeńską to rozpatrywana jest Jenna Coleman, która w serialu gra królową Wiktorię. Kto zostanie wybrany – czas pokaże.

Kiedy jechałam dziś pociągiem, rozmawiałam z panią, która wyznała, że właśnie w pociągu spotkała miłość swojego życia. Do rozmowy dołączył pan, który oznajmił, że w pociągu poznał swoją przyszłą żonę. W Polsce to nie jest taki rzadki przypadek, aby nawiązać bliższą relację z kimś poznanym w pociągu. Ty w swojej powieści pokazujesz, że w Wielkiej Brytanii nie jest to ani częste, ani proste. Na czym polega trudność?

Wygląda na to, że ludzie w Polsce są o wiele bardziej otwarci i chętnie nawiązują rozmowę. Muszę przyznać, że my w Wielkiej Brytanii odnosimy się do siebie z większym dystansem, a nawet momentami możemy być oziębli, szczególnie rano, kiedy jedziemy pociągiem do pracy. Wówczas ludzie raczej ze sobą nie rozmawiają. Bardziej są skupieni na sobie albo patrzą przed siebie, albo czytają książki. Są o wiele mniej chętni do nawiązywania kontaktów.

A mimo to bohaterka Twojej książki Maya Flowers postanawia zawalczyć o mężczyznę, którego spotyka w pociągu. I to właśnie zdajesz się mówić kobietom na całym świecie: „Walczcie o swoją miłość”.

Jak najbardziej! Bardzo chciałam, aby z tej książki wybrzmiewało takie właśnie przesłanie, żeby w życiu być odważnym, żeby nie bać się zrobić pierwszego kroku, żeby wyjść z własnej strefy komfortu po to, żeby zmienić swoją przyszłość. Ja to zrobiłam dwa razy. To było jak postawienie milowego kroku. Pierwszy raz, kiedy spotkałam swojego przyszłego męża, czyli Mężczyznę z Pociągu. Za drugim razem – kiedy starałam się o publikację swojej książki; to również wymagało ode mnie odwagi. Takie też przesłanie staram się przekazać moim synom. Oczywiście w tym wszystkim należy pamiętać o tym, aby nie ranić niczyich uczuć, a jednak walczyć o swoje, by prowadzić takie życie, jakie chcemy prowadzić.

Jak Twoja własna love story ma się do historii bohaterki Twojej powieści?

Historia powieściowej Mai jest praktycznie tożsama z moją prawdziwą historią. U mnie dokładnie tak się to zaczęło: pewnego razu wyszłam na peron, zobaczyłam mężczyznę i poczułam, że za chwilę serce wyskoczy mi z piersi. Pomyślałam sobie: „To jest ten człowiek. Chcę wyjść za niego za mąż”. Tego typu myśli krążyły po mojej głowie. Dlatego mogę powiedzieć, że uczucia, jakie przeżywa Maya są takie same, jakie kierowały mną. Oczywiście, pewne wątki starałam się uatrakcyjnić, na przykład te, które dotyczyły pracy zawodowej Mai i zrobiłam to w taki sposób, aby ta historia była bardziej ekscytująca. Poza tym poutykałam w książce inne wątki, trochę dla zmylenia tropów; chciałam, aby czytelnik miał wrażenie, że opowieść potoczy się w jedną stronę, a tu nagle niespodzianka, zwrot akcji i wydarza się coś zupełnie innego. Niemniej to, co czuje Maya, to jest to, co czułam ja.

Twój mąż przeczytał Twoją książkę? Ciekawa jestem, jak zareagował.

Cóż. Mój mąż poznał tę historię tuż przed samym wydaniem książki. Późno, bo nie zgadzałam się, żeby przeczytał ją wcześniej. Przyznam, że trochę się bałam, że mogłoby mu się to nie spodobać. On jest raczej fanem książek historycznych. Wiedziałam, że romantyczne historie to nie jest jego ulubiony gatunek literacki. Ale okazało się, że książka bardzo mu się podobała. A podobała się między innymi dlatego, że dzięki tej książce miał też wgląd w to, co działo się we mnie, zanim się poznaliśmy, jak ewoluowały moje uczucia. To dlatego tak dużą radość sprawiło mu przeczytanie tej historii.

Wrócę jeszcze do tego momentu, kiedy na stacji kolejowej zauważasz mężczyznę i od razu wiesz, że to on, że zostanie Twoim mężem. Naukowcy doskonale wiedzą, co się dzieje w naszym mózgu, kiedy się zakochujemy, ale nie wiedzą, dlaczego się zakochujemy. Potrafisz odpowiedzieć na to pytanie – dlaczego to ten facet? Dlaczego to w nim, a nie w innym się zakochałaś?

Wierzę w naukowe podejście, ale też w zakochanie się i w czystą miłość. Z naukowego punktu widzenia jesteśmy ssakami, więc może decydują o tym feromony? Może, krótko mówiąc – spodobało mi się, że on bardzo ładnie pachniał? Czasem tak się zdarza, że ludzie dobierają się po zapachu. Ale podchodząc do tego bardziej poetycko, to może było tak – i też w to wierzę – że jesteśmy dwiema połówkami jabłka, dwiema duszami, które po prostu miały się spotkać. I zadziałała tu jakaś siła wyższa. Wydaje mi się, że te dwa stanowiska mogą się dopełniać – naukowe podejście i działanie do końca niewytłumaczalne, które sprawia, że dwójka tych a nie innych ludzi pojawiła się tego samego dnia na peronie i się zobaczyli. Pamiętam – podniosłam wzrok i… reszta to już historia (śmiech).

Ale nie było tak prosto i tak łatwo! Przynajmniej w książce. W rzeczywistości Ty też napisałaś liścik i pewnego dnia wręczyłaś go swojemu Mężczyźnie z Pociągu, a on napisał Ci, że ma dziewczynę?

To prawda. Najpierw usłyszałam: „Nie, dziękuję, mam dziewczynę”. Dlatego mówię o tej niewytłumaczalnej sile, o tym kosmosie, który być może zadziałał. Mój przyszły mąż był wtedy w związku, który trwał 11 lat; to była toksyczna relacja. Potem się rozstał z dziewczyną i przez 6 miesięcy był sam. Nadal jeździliśmy tym samym pociągiem; on miał złamane serce. Dlatego w czasie podróży pogrążył się w czytaniu książek, nic innego go nie interesowało. Musiał przerobić to, co się stało. Potrzebował też czasu, by się zdobyć na odwagę, żeby mnie gdzieś zaprosić. Dziewczyna, z którą był wcześniej, była jego szkolną miłością, więc tak naprawdę nigdy później nie zaprosił nikogo na prawdziwą randkę. Musiało więc minąć trochę czasu, zanim to z kolei on zdobył się na odwagę i zaprosił mnie na drinka.

Książkowy bohater James czyta w pociągu „Sto lat samotności” Marqueza, czy też „Ja, Klaudiusz” Roberta Gravesa. Dlaczego wybrałaś takie lektury? A może w rzeczywistości Twój Mężczyzna z Pociągu te powieści właśnie czytał?

Te książki rzeczywiście pojawiają się nieprzypadkowo, ponieważ to były faktycznie te, które czytał mój obecny mąż. Poza tym, że to był ukłon w jego stronę, że umieściłam takie, a nie inne tytuły, to chciałam też podkreślić romantyczną część jego duszy, jak i to, że lubi takie pełne dramatyzmu książki historyczne. Do „Stu lat samotności” nawiązuję w liściku, jaki mu wręczam, pisząc, że zostawię go w jego samotności, jeżeli między nami nic się nie wydarzy. To też sprawiło mojemu mężowi wielką radość, kiedy czytał moją powieść. Mówił: „O, rzeczywiście wtedy to czytałem!” To był taki kolejny, zaszyty w książce, liścik ode mnie do niego.

Długo chodziłaś z tym pomysłem, żeby wręczyć mu liścik? Nie było w Tobie strachu przed odrzuceniem, kompromitacją? Silny jest stereotyp mężczyzny – łowcy. To przecież on ma ścigać, zdobywać kobietę. Swoim liścikiem wytrącasz mu jego instynkt. Jak miałby więc Cię zdobywać, jak już wie, że jesteś nim zainteresowana? A może dziś jest już inaczej i współczesne kobiety też są inne?

Byłam przerażona! Nie było też tak, że ten pomysł zrodził się we mnie od razu. Od momentu, kiedy go zobaczyłam, zajęło mi to półtora roku. Od razu sobie pomyślałam: „Jest super przystojny, czyta mądre książki, na pewno ma dziewczynę; nie sądzę, że chciałby się w kimś zakochiwać i wiązać z kimś życie”. Ale z drugiej strony nie chciałam wyjść na zuchwałą albo w ogóle na wariatkę. Nie mam nic przeciwko odwracaniu ról, czyli przejmowaniu inicjatywy, ale mimo wszystko trochę czasu musiało upłynąć, zanim się odważyłam. Dużą rolę odegrali moi przyjaciele, a głównie mama jednej z moich przyjaciółek. Została zdiagnozowana, że ma nowotwór piersi i powiedziała mi: „Co złego może się wydarzyć, jeśli zagadasz do niego? Ale absolutnie nie miałam w sobie tyle odwagi, żeby rozpocząć rozmowę z kimś w całkowicie cichym pociągu. To dlatego przyszedł mi do głowy pomysł z liścikiem. Ale po tym, jak go napisałam, to jeszcze przez 11 dni nosiłam go w kieszeni płaszcza, zanim go wręczyłam.

No dobra, ale on już wie, że Ty jesteś nim zainteresowana, zauroczona, że odkryłaś przed nim swoje serce i chciałabyś, aby coś się między wami zadziało. A jeśli wie, to nie musi się już o Ciebie starać. A jednak zaczął się o Ciebie starać. Jak to się stało?

To prawda, ja zainicjowałam kontakt i kiedy dostałam odpowiedź odmowną, to można powiedzieć, że ta historia się dla mnie skończyła. Minęło kilka miesięcy i on zerwał ze swoją dziewczyną. Nie wiedziałam o tym, nie miałam pojęcia, że jest już singlem. Nadal jeździliśmy tym samym pociągiem, ale ja nawet na niego nie patrzyłam. Potem okazało się, że on pojechał na wakacje do Peru i kiedy chodził śladami Inków i wszedł na Machu Picchu, to, jak mi później mówił – ja tam z nim byłam. Bardzo dużo o mnie myślał. Miał wrażenie, że jestem obecna w jego głowie. Kiedy wrócił, to z kolei jemu zabrało parę tygodni, aby się odważyć i zaprosić mnie na drinka. Bo, przypomnę, ja w swoim liściku do niego po prostu napisałam zaproszenie na drinka. Nie pisałam, że jestem w nim zakochana, ale że wygląda na fajnego faceta. Nie wyłożyłam całej kawy na ławę. No i kiedy minęło już kilka tygodni od jego powrotu z Peru, zdecydował, że do mnie napisze. Odnalazł mojego maila. Zatem u niego to był długi proces. Po pierwsze musiał zostać sam. Po drugie, potrzebował podróży, podczas której zorientował się, że jestem w jego myślach, że istnieję na jego radarze. Ale ta historia wcale nie musiała skończyć się tak, jak się skończyła. Mogła się zdarzyć katastrofa. Cieszę się, że zebrał się na odwagę i w końcu mnie zaprosił.

W „Pieśni nad Pieśniami”, jednej z ksiąg Starego Testamentu, jest znamienny cytat: „Nie budźcie i nie płoszcie miłości, dopóki sama nie zechce”. To, co Ty zrobiłaś, było bardzo delikatne, bo nie spłoszyłaś miłości. Dałaś czas na to, aby się rozwinęła. Ale z drugiej strony, jak myślisz – dlaczego boimy się być szczerzy w naszych uczuciach?

Myślę, że głównym powodem, dla którego ludzie czasem nie są szczerzy, jest strach przed odrzuceniem. Nikt tego nie lubi, każdy się tego boi; to przykra sytuacja. Mnie też to właśnie powstrzymywało przed zrobieniem tego kroku. Ale w końcu jednak za pierwszym razem spotkałam się z tym odrzuceniem, prawda? Dziś myślę, że to była też dobra lekcja dla mnie. Nie nachodziłam go później, nie nagabywałam, nie tworzyłam presji. Przyjęłam informację, że ma dziewczynę, zaczęłam umawiać się na randki z innymi facetami. Choć muszę przyznać, że kiedy patrzyłam na nich, to myślałam: „E, to nie jest mój Mężczyzna z Pociągu”. Przede wszystkim starałam się być szczera wobec siebie, wobec swoich uczuć.

Pewnie teraz czytelniczki traktują Cię jako specjalistkę od spraw sercowych. Co odpowiadasz, kiedy pytają o to, czy lepiej wyznać facetowi miłość, czy z tym poczekać?

Faktycznie, przyznam, że dostaję sporo tego typu pytań. Ludzie piszą do mnie na Instagramie, jakbym naprawdę była ekspertką, a ja nie do końca się tak czuję. Jestem wierna zasadzie, by być wiernym swojemu sercu. Nie żałuję tego, że wręczyłam liścik mojemu Markowi, nawet pomimo tego, że najpierw spotkałam się z odmową. Mam więc nadzieję, że kobiety, które otwierają się ze swoim sercem przed mężczyzną, którego darzą uczuciem, też tego nie żałują. Cały czas uważam, że to jest dobra decyzja i dobry kierunek. Jeśli facet wie, jakie uczucia są po tej drugiej stronie, to jest to również dla niego znak, że jest czas na jego ruch.

Może z facetami jest tak, że trzeba dać im ten impuls, zasiać ziarno i poczekać, bo potrzebują więcej czasu na to, żeby mogło się w nich rozwinąć uczucie?

Jak najbardziej! Zgadzam się z tą opinią. Kiedy Mark mnie w końcu zaprosił i poszłam z nim na drinka, to, wiem, że to wariacko brzmi, ale naprawdę byłam wtedy przekonana o tym, że chcę, aby został moim mężem; ale też wiedziałam, że on jeszcze tego nie wie i tego nie czuje. Absolutnie więc zgadzam się z tym, że potrzebny jest ten impuls i zasianie ziarna. U Marka zaczęło ono kiełkować, kiedy był na swojej wyprawie w Peru. Mężczyźni myślą inaczej niż kobiety, ich mózgi inaczej funkcjonują. Czekałam na to, żeby Mark mi się oświadczył. Prawda jest taka, że gdyby to zrobił na trzeci dzień, to bym się zgodziła (śmiech). Ale on potrzebował czasu. Podobnie było z dziećmi. Ja od początku byłam przekonana, że jestem gotowa na dzieci, a u niego to też wymagało czasu.

Czy w tym innym sposobie funkcjonowania mężczyzn jest i coś takiego, że oni swoją wybrankę poddają różnym testom, aby mieć pewność, że nie będą zaskoczeni?

Nie wydaje mi się, żeby byli zdolni aż do takich chłodnych kalkulacji, byli aż tak sprytni; są dużo bardziej prości. Mam wrażenie, że dojście do różnych wniosków zajmuje im trochę więcej czasu właśnie dlatego, że mniej bazują na emocjach niż kobiety.

Chodziło mi raczej o to i pokazują to romantyczne filmy czy książki, że miłość często traktowana jest jako swego rodzaju gra – facet nie powie, co czuje, kobieta też się z tym maskuje, ale kokietuje, oboje czują iskrzenie i to nadaje tej relacji podniecającą aktywność. A dla Ciebie czym jest miłość?

Jestem za tym, aby w miłości iść za głosem serca. Nigdy nie byłam typem, który bawi się w jakieś gierki; zawsze miałam poczucie, że to jest męczące, wręcz wykańczające. Chociaż chodziłam na randki z mężczyznami, którzy się tak zachowywali. Bardzo mi się to nie podobało. Jestem przekonana o tym i staram się to robić w swoim życiu, że da się utrzymać w związku magię, że może być nawet pewien rodzaj niedopowiedzeń, ale nie trzeba od razu być nieuczciwym. Można być szczerym bez utraty tej magii. Staram się więc zaskakiwać mojego męża. Teraz, gdy jestem w Warszawie, szukam dla niego niespodzianki, jaką chcę mu przywieźć. Aby relacja między nami była specjalna i wyjątkowa. Tak, wierzę, że można być w tym szczerym i w zgodzie z własnym sercem.

Kiedy Maya, Twoja książkowa bohaterka zdecydowała się zawalczyć o miłość, to znalazła też w sobie siłę, aby zawalczyć o inne rzeczy, na przykład lepszą pracę. Czego życzysz współczesnym, zakochanym kobietom?

Głównym moim przesłaniem jest: bądźcie odważne, ale też mądre. Owszem, wręczyłam nieznajomemu mężczyźnie w pociągu liścik, ale jedyną rzecz, jaką mógł o mnie wyczytać, był mój adres mailowy. Ważne więc jest to, aby zachować w tym dozę rozsądku. Tego wszystkim życzę. Kolejną rzeczą jest to, abyśmy my kobiety były dla siebie wsparciem. W mojej książce wiele jest siostrzanego wsparcia; wiele przyjaciółek wspiera Mayę, ona wspiera je i myślę, że to jest szalenie ważne. Trzeba też umieć akceptować porażki, bo przecież one nam się w życiu przytrafiają. Ale pomimo porażek i widać to na przykładzie Mai, możemy cały czas starać się być lepszymi ludźmi. Myślę, że to jest to, co powinniśmy robić.

Będą dalsze części „Stacji miłość”?

Jak najbardziej. Już mogę zdradzić, że w Wielkiej Brytanii została wydana druga część tej książki. Historia dzieje się rok później i opowiada o podróży dookoła świata, na którą Maya jedzie z Jamesem. Nie chcę za dużo zdradzać, ale mogę powiedzieć, że sporo się dzieje. W niespodziewanych miejscach pojawiają się byli faceci, czy byłe dziewczyny. Ta książka znów bazuje na czymś, co faktycznie miało miejsce, bo w 2008 roku, razem z Markiem, już moim mężem, pojechaliśmy w taką podróż. Mój wydawca nalega na część trzecią. Jeszcze nie powstała, bo pisałam zupełnie inną książkę, którą ukończyłam zaledwie tydzień temu.

„Stacja miłość” to był Twój debiut. Poczułaś, że ta książka zrobiła z Ciebie pisarkę? W tym kierunku chcesz się świadomie rozwijać?

Zawsze chciałam pisać. Pisałam już w szkole średniej, a nawet wcześniej. Zdarzało mi się pisać opowiadania; bohaterami byli moi przyjaciele i przyjaciółki, którzy w magiczny sposób spotykali swoich idoli i rodził się z tego spotkania wielki romans. Opowiadanie historii zawsze było mi bliskie. Ale kiedy już poznałam Marka i staliśmy się parą, znajomi pytali: „Jak się poznaliście”. Kiedy opowiadałam moją historię o Mężczyźnie z Pociągu, wszyscy mówili: „Przecież to świetny materiał na powieść”! To dało mi siłę, aby spróbować tę historię przekuć na książkę. Ciekawe, bo zawsze czułam, że pisanie to moje przeznaczenie, ale historia, która była warta opowiedzenia pojawiła się, gdy byłam już po trzydziestce. No, to ją napisałam.

Jak postrzegasz swoją rolę pisarki i co byś chciała, aby czytelnicy znajdowali w Twoich książkach?

Chciałabym, żeby ludzie wynosili z moich książek przekonanie, że można zmienić okoliczności miłości, że można zmienić swoją przyszłość i wykonać pierwszy krok. Chciałabym również, aby mieli radość z czytania, abym dawała bardzo dobrą rozrywkę. Niestety dziś żyjemy w czasach negatywnych wiadomości. W moim kraju jest sporo ludzi smutnych z powodu Brexitu, jest też wiele osób, które bardzo przejmują się zmianami klimatycznymi. Otacza nas mnóstwo ponurych wiadomości. Chciałabym, żeby ludzie wierzyli, że to miłość pcha świat do przodu, że to dzięki miłości świat kręci się i działa nadal, a miłość jest w stanie odsunąć strach przed szarą, ponurą rzeczywistością, która nas otacza. Ona wcale nie musi taka być.

FLESZ: Poród i ciąża w trakcie pandemii koronawirusa

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

czyli nic nowego . firma producencka z wielkiej miłości robi komercyjną tandetę dla zarobku i po magii . inaczej w kapitalizmie być nie może, dlatego ludzie uciekają w wirtualny świat. a wystarczy tupnąć i pogonić zbrodniczy system . gdyby kilka miliardów ludzi zareagowało .....

Dodaj ogłoszenie