Róża Światczyńska: Chopin doceniłby wrażliwość i wyobraźnię Bruce’a Liu

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Róża Światczyńska: Werdykty Konkursu Chopinowskiego mają to do siebie, że często okazują się niespodzianką nawet dla samych jurorów
Róża Światczyńska: Werdykty Konkursu Chopinowskiego mają to do siebie, że często okazują się niespodzianką nawet dla samych jurorów Fot. Materiały prasowe
Udostępnij:
Cieszę się, że jednogłośnie doceniono nowoczesność interpretacji Bruce’a Liu. To Chopin na miarę wrażliwości odbiorcy XXI wieku. Wyrafinowany w stylu, perfekcyjny w odczytaniu tekstu, brawurowy w swej wirtuozerii, finezyjny w bogactwie artykulacji i przefiltrowany przez współczesne doświadczenia – mówi dziennikarka Róża Światczyńska, komentatorka Konkursu Chopinowskiego w studiu Dwójka Polskiego Radia.

Werdykt jury XVIII Konkursu Chopinowskiego był dla Pani w jakiejś mierze zaskoczeniem?

Zaskoczeniem nie jest na pewno zwycięstwo Kanadyjczyka z Montrealu, 24-letniego Bruce’a ( Xiaoyu) Liu. Pianisty o fenomenalnym talencie i niezwykłym wyrafinowaniu, nowoczesnego wirtuoza o rzadko spotykanej wrażliwości, godzącego różne estetyki i odmienne wizje interpretacji muzyki Chopina. Dla mnie już po pierwszym etapie było jasne, że to naturalny kandydat do wygranej. Zdziwił mnie jednak fakt, że mimo bezapelacyjnego ponoć zwycięstwa punktowego, Bruce Liu nie otrzymał żadnej z nagród specjalnych. Czyli - zdaniem jurorów - nie zagrał najlepiej ani mazurków, ani sonaty, ani poloneza, ani koncertu z orkiestrą. Trochę to zaskakujące, podobnie jak nieobecność w ścisłym gronie laureatów 17-letniej, wybitnie utalentowanej Evy Gevorgyan. Werdykty Konkursu Chopinowskiego mają jednak to do siebie, że często okazują się niespodzianką nawet dla samych jurorów. O podziale miejsc decyduje bowiem arytmetyka, a ta jest bezwzględna i czasem z powodu niewielkich różnic punktowych eliminuje osoby, których wysoka pozycja wydawałaby się zapewniona. Mam wrażenie, że tym razem ofiarą widocznej słabości systemu punktowego padła właśnie Eva Gevorgyan. Ale taka jest specyfika konkursów. Zawsze są też faworyci krytyków i publiczności, którzy z jakichś powodów nie znajdują uznania w opinii jurorów. Historia Konkursu Chopinowskiego zna wiele takich przypadków, by wymienić choćby nie dopuszczoną swego czasu do finałów ulubienicę słuchaczy i mediów z 2000 roku, przedwcześnie zmarłą, wspaniałą pianistkę rumuńską, Mihaelę Ursuleasę.

To pytanie już padło wśród komentatorów, ale jestem ciekawa Pani zdania - czy Fryderyk Chopin byłby szczęśliwy móc usłyszeć, jak gra jego muzykę pan Bruce Liu?

Z przekazów pozostawionych nam przez uczniów Chopina wiadomo, że był on nie tylko genialnym wykonawcą swoich utworów, ale też artystą otwartym na inne wizje interpretacyjne swojej muzyki. Słynny fragment listu do Ferdynanda Hillera, w którym Chopin zazdrości Franciszkowi Lisztowi sposobu, w jaki ten gra jego własne etiudy jest tego niezbitym dowodem. A jak relacjonuje uczeń kompozytora, Charles Halle, Chopinowi zdarzało się podczas koncertów nie przywiązywać wagi nawet do własnego tekstu nutowego. Pozostawiał go zresztą w różnych wariantach edycyjnych i ponoć nigdy nie grał danego utworu dwa razy tak samo.
W sztuce cenił wyrafinowanie i subtelność pianistycznego touche, myślę więc, że nawet, gdyby uniósł brew, słysząc zawrotne tempa Bruce’a Liu, doceniłby jego niezwykłą wyobraźnię oraz sposób niuansowania muzycznej faktury. Szczególnie swoich wczesnych, popisowych utworów, utrzymanych w tzw. stylu brillante, który m.in. dzięki kanadyjskiemu pianiście zyskał w Warszawie nowe kolory i bardzo atrakcyjny wymiar.

Obrady jury były bardzo długie, ale nie z powodu głównego zwycięzcy, który był faworytem zarówno jury, jak i publiczności, ale z powodu tego, że jurorzy mieli problem z wytypowaniem laureatów kolejnych nagród, z powodu niewielkich różnic punktowych - tak to przynajmniej przedstawiła w rozmowie ze mną kierownik biura organizacji Konkursu Chopinowskiego pani Joanna Bokszczanin. Już Pani o tym wspomniała, ale dla wielu zaskakujące było właśnie to, że wśród laureatów nie znalazła się Eva Georgyvan. Jakie jest Pani zdanie na ten temat, a także kolejnych nagród: dwóch ex aequo oraz nagród specjalnych?

Na wyjątkowy talent Evy Gevorgyan zwróciłam uwagę już podczas lipowych eliminacji. Wydawała mi się wówczas niemal pewną kandydatką do jednej z głównych nagród. Tak wspaniała pianistyka i zarazem dojrzałość artystyczna w równie młodym wieku zdarza się naprawdę rzadko. Do końca nie mogliśmy z kolegami uwierzyć, że mimo poszerzenia puli nagród nie znalazło się dla tej pianistki miejsce wśród ośmiorga ścisłych laureatów. Z drugiej strony to samo jury w poprzednich edycjach konkursu dowodziło swoimi werdyktami, że młody wiek wcale nie musi być przeszkodą na drodze do sukcesu w Warszawie. Laureat V nagrody na 17 Konkursie Chopinowskim z 2015 roku, Kanadyjczyk, Tony Yike Yang miał zaledwie 16 lat, Amerykanin Eric Lu, zdobywca IV miejsca, był od niego niewiele starszy.
Nagrody ex aequo też nie są na konkursie niczym nowym. W tym roku podobno aż trzech pianistów miało taką samą liczbę punktów, stąd konieczność kolejnych głosowań, w efekcie czego rozdzielono II miejsce między Włocha ze Słowenii, Alexandra Gadjieva, laureata nagrody za najlepsze wykonanie sonaty oraz znakomitego Japończyka, Kyoheia Soritę, a Hiszpan Garcia Garcia spadł na 3 pozycję.

A sama Eva Gevorgyan? Bardzo młoda artystka, a już zdobywczyni kilkudziesięciu nagród. Przeszła do finału, była bardzo ekspresyjna w swojej grze. Brakowało Pani nagrody dla niej.

Na brak Evy Gevorgyan w gronie laureatów zwracali uwagę chyba wszyscy komentatorzy, na co dzień mający czasem odmienne poglądy na sztukę wykonawczą. Upomniał się o nią nawet nasz światowej sławy pianista, Piotr Anderszewski, przysłuchujący się z oddali konkursowi. Powody, dla których nie starczyło dla Rosjanki miejsca w ścisłej ósemce nagrodzonych są dla mnie niejasne, a sugestie płynące ze strony jury jakoby nie była jeszcze prawdziwą chopinistką, a jedynie utalentowaną wirtuozką, wydają się nie do końca usprawiedliwione.

Artyści, którzy przeszli do finału pokazali swoją różnorodność. Wydawało mi się zawsze, że chyba jury rzadko doceniali brawurowość i niekonwencjonalność, jeśli chodzi o grę niektórych pianistów. Czy tym razem też tak było, czy jednak coś się zmieniło?

W muzyce Chopina nie chodzi o brawurowy popis czy sztuczną niekonwencjonalność. Tu zgodzę się z jury, że zarówno pusta wirtuozeria, jak i silenie się na oryginalność nie są drogą do osiągania sukcesów na tym konkursie. A pianiści, zwłaszcza bardzo młodzi, dysponują dziś często fantastyczną techniką, która daje im swobodę gry wirtuozowskiej, powoduje jednak pewną powierzchowność odczytania Chopinowskiego tekstu. Zdarza się, że ponosi ich skłonność do zawrotnych temp, a te nie służą ukazywaniu głębi i wyrazu muzyki Chopina. Do tego trzeba pewnej osobistej refleksji i wejścia w sferę emocji, bez których Chopin nie istnieje. To tak jakby widzieć tylko zewnętrzną warstwę jego muzyki. Jak słusznie powiedziała przewodniczący jury, profesor Katarzyna Popowa - Zydroń, wolelibyśmy, by interpretacja nas wzruszała niż oszałamiała. Na tym polega przecież wartość kontaktu z prawdziwą sztuką.

Kiedy kilka miesięcy temu rozmawiałam z dr Arturem Szklenerem, dyrektorem Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, mówił, że Chopin nie lubił walenia w klawisze. Nazywał to "szczekaniem psa". Pani takie "szczekanie psa" słyszała podczas tego Konkursu?

Kwestia wrażliwości na brzmienie i umiejętności operowania dynamiką to osobny problem słuchanych przez nas wykonań. Są pianiści, którzy mniej lub bardziej świadomie przekraczają tzw. pułap głośności, poza którym dźwięk staje się przykry dla uszu. To z jednej strony chęć epatowania siłą gry, z drugiej często brak wyczucia proporcji, akustyki sali, specyfiki fortepianu. Oczywiście, jury jest na ten element bardzo wyczulone. Ale pianistów grających szybko i głośno w świecie wciąż przybywa. Takie mamy czasy, choć na szczęście „walących w klawisze” na tym konkursie nie było aż tak wielu.

Pytanie ogólne: jakiego Chopina grali pianiści podczas konkursu. A szczegółowe: co dla Pani było ważne podczas tego Konkursu, jeśli chodzi o sposób odczytywania muzyki Chopina przez wykonawców? Czy może dziś są takie czasy, że tego Chopina powinno się już grać inaczej, nowocześniej? Jak?

To naturalne zjawisko, że interpretacja muzyki Chopina się zmienia. W XXI wieku nie sposób grać w stylu, w jakim czynili to wielcy mistrzowie przeszłości, romantyczni wirtuozi pokroju Paderewskiego czy Friedmana. Legendarny polski pianista, Józef Hofmann, przed stu laty otworzył kolejnym pokoleniom drzwi do nowoczesnego wykonawstwa. Nawet jeśli jego interpretacji nie sposób i nie można kopiować, to co jakiś czas na konkursie pojawiają się ci, którzy się nim inspirują, podobnie jak innymi gigantami dawnej pianistyki. Dla inicjatorów Konkursu Chopinowskiego, profesora Jerzego Żurawlewa i Aleksandra Michałowskiego, priorytetem była chęć oczyszczenia interpretacji z nadmiaru sentymentalizmu i XIX-wiecznych manieryzmów. I ta tendencja zdaje się być aktualna do dziś. Wydaje się, że nurt sentymentalny na tym konkursie ma małe szanse powodzenia, sam Chopin nie cenił bowiem gry nadmiernie uczuciowej. Nie znosił także wszelkiej przesady, a dziś młodzi pianiści próbują czasem na siłę „wyciągać” z jego nut dodatkowe głosy, dodawać niepotrzebne akcenty, czy dziwne efekty brzmieniowe, rozciągać niepotrzebnie tempa, bądź nadużywać efektu rubata, co sprawia, że muzyka staje się nieznośnie manieryczna, a przez to męcząca w odbiorze. Dlatego tak wcześnie z konkursem musiał pożegnać się wyróżniony w 2015 roku, kontrowersyjny Łotysz, Georgijs Osokins. Naczelną regułą wartościującą interpretację wydaje się bowiem ceniony przez Chopina dobry smak. To nie znaczy, że sztuka powinna być pozbawiona własnej inwencji wykonawcy. Wręcz przeciwnie, dobrze jednak, żeby ta inwencja mieściła się w ramach Chopinowskiego tekstu i umownego ducha jego muzyki. Bo kwestia stylistyki jest już sprawą otwartą. Wysoka nagroda dla Alexandra Gadjieva, który bezsprzecznie poszerza granice stylu, świadczy o otwartości jury na indywidualne wizje artystyczne. Cieszę się też, że jednogłośnie doceniono nowoczesność interpretacji Bruce’a Liu. To Chopin na miarę wrażliwości odbiorcy XXI wieku. Wyrafinowany w stylu, perfekcyjny w odczytaniu tekstu, brawurowy w swej wirtuozerii, finezyjny w bogactwie artykulacji i przefiltrowany przez współczesne doświadczenia.

Martin Garcia Garcia z Hiszpanii śpiewający przy fortepianie, otrzymał, prócz III nagrody, również nagrodę specjalną - za najlepsze wykonanie koncertu. Dla Pani to też był numer jeden, jeśli chodzi o to wykonanie?

Z pewnością nadał nowe kolory granemu przez siebie Koncertowi f-moll. Temu, o którym mawia się, że nie wygrywa się nim konkursu. Martin Garcia Garcia zagrał go najciekawiej spośród wykonawców w finałowym etapie. To samorodny talent, muzyk o wyjątkowej wyobraźni, intuicji i kolorystycznej wrażliwości, wspartej niezwykle bogatym arsenałem pianistycznych środków. Jeden z nielicznych, w którego grze wyczuwało się tak ważną dla Chopina spontaniczność kreacji. Oferował słuchaczom magię brzmienia, liryczną śpiewność i czyste wzruszenie, nawet jeśli czasem jego zachwyt nad muzyką wydawał mi się zbyt częsty, a wykonanie nie zawsze perfekcyjne. Ale bardziej podobał mi się Koncert e-moll Bruce’a Liu. Wszystkie elementy były w nim w doskonałej równowadze, a finezją i fantazją nikt nie mógł mu dorównać. Tylko, że to brzmiało niekonwencjonalnie i widocznie nie każdy z jurorów to zaaprobował.

Czy ten Konkurs znów pokazał, że jeśli chodzi o mazurki Chopina to nadal Polacy są najlepszymi wykonawcami? Z czego to może wynikać? Podobała się Pani gra Jakuba Kuszlika?

Mazurki uważane są za najtrudniejsze z chopinowskich form. Za ich najlepsze wykonanie Polskie Radio od początku istnienia konkursu, czyli od 1927 roku funduje specjalną nagrodę. Artur Rubinstein nazywał je kwintesencją polskości, co nie znaczy, że tylko Polacy potrafią znaleźć klucz do ich interpretacji. Już w 1955 roku chiński pianista Fou Ts’ong przełamał monopol Słowian na najlepsze wykonania mazurków. Swój indywidualny stempel na ich interpretacji pozostawili też inni laureaci z odległych stron świata, Argentynka Martha Argerich, Amerykanin Garrick Ohlsson czy pochodzący z Wietnamu Dang Thai Son. Po drodze mieliśmy oczywiście zasłużone nagrody dla Krystiana Zimermana i Rafała Blechacza, ale w ostatnich latach mazurkowy laur znów powędrował w świat, do Rosjanina, Daniiła Trifonova i kolejnej Amerykanki, Kate Liu. Oboje zdawali się odbiegać w swej grze od tradycji wykonawczej, obojgu udało się odkryć w tych tanecznych miniaturach nowe szczegóły i nową poetycką ekspresję. Nagrodzone wykonania Jakuba Kuszlika wpisują się raczej w ten wcześniejszy, tradycyjny nurt, reprezentowany przez Zimermana i Blechacza. Taki styl, nawiązujący do interpretacji Rubinsteina, należy dziś do nieprzemijającej klasyki i zawsze znajdzie swoich wiernych odbiorców.

Jak ocenia Pani występy polskich pianistów? Grają zbyt klasycznie? Słuchałam Pani opinii o tym, że polskim artystom brakuje wiary w siebie. Czy to wynik nauczania? Dlaczego boją się eksponować swojej indywidualności?

Chopin powtarzał ponoć uczniom: „Uwierzcie, że dobrze gracie, a wtedy zaczniecie naprawdę dobrze grać”. W moim przekonaniu jest w tej wskazówce bardzo aktualny przekaz. Polscy pianiści z pewnością nie są mniej utalentowani od swoich zagranicznych kolegów. Obecność aż dwóch z nich w finale tegorocznego konkursu tę opinię potwierdza. Wydaje mi się jednak, że w porównaniu z kolegami ze świata, bez kompleksów prezentującymi swoją wizję muzyki Chopina, Polakom trochę brakuje pewności siebie i odwagi w ukazywaniu własnego pomysłu na interpretację. Tego, co z taką swobodą pokazują nam pianiści z Włoch, Kanady czy coraz częściej także z Dalekiego Wschodu. Ten niedosyt wspomnianej przez Chopina wiary w słuszność interpretacji sprawia, że nasi pianiści nie komunikują swoich idei równie skutecznie co ich koleżanki i koledzy nie obciążeni różnymi ograniczeniami. Tracą przez to nieco w odbiorze, a dziś silna osobowość i indywidualna wizja wykonawcza są równie ważne na estradzie jak świetne przygotowanie do konkursu czy nieskazitelna gra. A czy ten problem jest wynikiem nauczania? Byłabym ostrożna w formułowaniu zarzutów wobec polskiego szkolnictwa muzycznego, ale na pewno wiele można by w tej dziedzinie poprawić. Nadmierny stres i obawa przed oceną, które tak często są udziałem naszych dzieci w szkołach, z pewnością nie są sprzymierzeńcem kreatywności i artystycznego wykonawstwa. Podobnie jak brak zachęty do własnych poszukiwań i rozwijania zainteresowania muzyką oraz całym jej zapleczem kulturowym, ale to ogólny problem polskiej szkoły.

Jak Pani myśli, co sprawiało największą trudność tegorocznym uczestnikom Konkursu?

Wydaje mi się, że coraz większą trudność sprawiają młodym pianistom formy taneczne. I to nawet nie mazurki, choć z nimi zawsze jest problem. Dziś, kiedy w internecie można znaleźć dowolne nagranie, znacznie łatwiej rozszyfrować złożone mazurkowe rytmy. Zwycięzca konkursu z 1970 roku i laureat nagrody za mazurki, Garrick Ohlsson, opowiadał mi, że jego nowojorska profesorka zabierała go na spotkania polonijnych zespołów ludowych, by poznał kroki i figury naszych narodowych tańców.
Obecnie pianiści mają trochę łatwiej. Choć mało kto rozumie bogactwo nastrojów kujawiaka, a większości wykonań brakowało spontaniczności i fantazji. Mazurki to jednak bardzo trudne formy. Łatwo odczytać je wprost, podać rytmy w sposób niemal podręcznikowy, ale kluczem do ich interpretacji wciąż pozostaje własna wyobraźnia i poetycka wrażliwość. Niektórzy na bazie mazurkowych rytmów budowali swoje opowieści o mazurkach, ubierając je w pewien cudzysłów i to czasem było nawet frapujące.
Osobny problem stanowiły w tym roku polonezy i walce. Te pierwsze często traktowane w sposób kawaleryjski, szczególnie „heroiczny” Polonez As-dur op. 53, albo zbyt powierzchownie odczytane, pozostawiające niedosyt treści, sarmackiego gestu czy owej polskiej nuty melancholii. Z kolei popisowy Wielki Polonez Es-dur rzadko kiedy brzmiał naprawdę popisowo, choć przypuszczam, że w tym akurat przypadku kandydat do nagrody pewnie by się znalazł. Problematyczne okazały się dla pianistów także walce. Połączenie salonowej elegancji z wirtuozowską błyskotliwością, liryzmem i charakterystycznym rytmem, okazywało się zbyt dużym wyzwaniem dla pokolenia, którego nikt nie uczy już tańczyć walca.

Czy zna Pani takich wybitnych pianistów, którzy nie grają Chopina? Czy w ogóle można być wybitnym pianistą i nie chcieć grać muzyki tego polskiego kompozytora?

Są słynni pianiści, którzy Chopina nie grają dla zasady i może nawet lepiej, bo nie bardzo im to wychodzi. Są też tacy, jak wspomniany Piotr Anderszewski, który owszem grywa - i to bardzo ciekawie - ale najchętniej w zaciszu domowym. Jego dawny idol, Glenn Gould, Chopina nagrał tylko raz i jest to raczej przykład tego, jak nie grać muzyki naszego kompozytora. Jeszcze kilka dekad temu trudno było wyobrazić sobie wielkiego pianistę niemającego utworów Chopina w swoim repertuarze. Dzisiaj okazuje się, że jego twórczość budzi w niektórych zbyt duży respekt, wolą więc omijać ją szerokim łukiem. Rzadko grają Chopina Niemcy, z nieznanych mi powodów nie było także na konkursie zawsze licznie reprezentowanych Francuzów, którzy akurat uważają go za swojego i całkiem ciekawie grają.

Co najbardziej zostanie Pani w pamięci po XVIII Konkursie Chopinowskim?

Z pewnością fenomenalny talent Bruce’a Liu, który będzie teraz dojrzewał w przyspieszonym tempie. Nie słyszałam wszystkich jego występów, ale podobno wykonanie przez niego Koncertu e-moll z orkiestrą podczas każdego z trzech koncertów laureatów było coraz lepsze. Nie zapomnę też śpiewającego malarza dźwięków, Martina Garcii Garcii, zadziwiającej powagą gry Evy Gevorgyan, rozwichrzonego wizjonera, Alexandra Gadjieva, sympatycznego Kyoheia „Samuraja” Sority i poety fortepianu, młodziutkiego JJ Jun Li Buia, ale też niedocenionego myśliciela i polifonisty, Nikolaya Khozyainova, który dla lepszego zrozumienia twórczości naszego kompozytora nauczył się języka polskiego. Warto było czekać całe sześć lat, by to wszystko przeżyć, by usłyszeć te fascynujące osobowości i dzięki nim odkryć dla siebie nowe kolory w muzyce Chopina. Oby wracali do nas jak najczęściej, bo o ich światowe kariery jestem zupełnie spokojna.

Gala „France Football” fiaskiem organizacyjnym? Komentarz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie