Rafał Woś: Nasza praca to nie jest towar, jak każdy inny

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Rafał Woś: Elity opowiadały o „bolesnych, ale koniecznych reformach”. Problem w tym, że ten ból rozchodził się od dołu imago stock&people/EAST NEWS
- Zachód może się uczyć na błędach polskich neoliberałów - mówi Rafał Woś. Rozmawiamy o jego nowej książce „To nie jest kraj dla pracowników” o polskim rynku pracy.

Twoja nowa książka „To nie jest kraj dla pracownika” to pełnowymiarowy portret polskiego rynku pracy, Ale zarazem to też chyba rodzaj aktu oskarżenia wobec polskich elit?
Tak, zdecydowanie tak. Bo to przecież elity, choć nie zawsze chcą się do tego przyznać, są odpowiedzialne za to, jak nasz świat wygląda i jak jest urządzony. Dlatego nie widzę powodu, żeby ich z tego nie rozliczać. „Ich” albo też „nas” - bo przecież i my, jako ludzie mediów, jesteśmy jakąś częścią tych elit. Kiedy widzimy, że coś idzie w niewłaściwym kierunku, to także naszą rolą jest to korygować. Tak przynajmniej widzę debatę publiczną, tę bez której nie byłoby żadnego postępu. Wiem, że słowo „postęp” jest ostatnio niemodne, ale jednak postęp jako postulat bywał w przeszłości taką ideą, która potrafiła zapalać umysły, zmieniać sojusze i konstelacje polityczne. Jeśli miałbym jakoś nazwać swoje podejście do rzeczywistości, to chciałbym żeby było ono właśnie postępowe.

Pokazałeś pewną wyjątkowość naszego kraju, to że jesteśmy swoistym „narodem wybranym”, forpocztą neoliberalnego eksperymentu.
Dość mocno wybrzmiewa właśnie w debacie publicznej opowieść o zapóźnieniu. Polska jest w niej krajem zapóźnionym, będącym jakieś pół wieku za rozwiniętym Zachodem, więc teraz nie pozostaje nam nic innego niż ten Zachód gonić. To jest opowieść, którą lubią powtarzać neoliberałowie. Leszek Balcerowicz zawsze nam chętnie powie, że za ileś tam lat dogonimy w końcu Niemcy. Mateusz Morawiecki też już to przejął.

CZYTAJ TAKŻE: Kornel Morawiecki: Polska to poletko dzikiego kapitalizmu. Układ polityczny jest zużyty

A nie jest jednak trochę tak, że razem z nimi - o zgrozo - my obaj też byśmy troszkę chcieli te Niemcy dogonić?
Zaraz możemy do tego dojść, bo to takie proste naprawdę nie jest. To jak ułożyły się w Polsce te neoliberalne przemiany od, powiedzmy, lat 80. - celowo nie mówię, że od roku 1989, bo to się wszystko zaczęło jednak ciut wcześniej, niektórzy nawet twierdzą, że od połowy lat 70. kiedy natura polskiego realnego socjalizmu i zarazem mentalność ówczesnych elit zaczęły się zmieniać w kierunku liberalnym - sprawiło, że obecnego sytuacja na polskim rynku pracy jest raczej zwiastunem tego, co może czekać kraje rozwiniętego Zachodu, jeżeli tam nie zadziałają pewne bezpieczniki. Weźmy na przykład bliski nam obu temat związków zawodowych. W Polsce w sposób konsekwentny, właściwie do pewnego stopnia wręcz przemyślany i przy sporym poparciu społecznym, wymontowaliśmy z systemu związki. Czyli właśnie bezpiecznik, gwarantujący, że rozwijająca się w naturalny sposób nierównowaga pomiędzy wpływami kapitału i pracy, nie zacznie się rozbudowywać w sposób nieopanowany, na korzyść kapitału oczywiście. Rolą związków zawsze było to, żeby ciągnąć rzeczywistość w tę drugą stronę. Po to oczywiście, żeby pracownik nie stawał wobec siły kapitału całkiem sam, upodlony, bezwolny czy dyskryminowany. My pozbyliśmy się tego bezpiecznika i między innymi właśnie dlatego znaleźliśmy się w położeniu, które nazywam „krajem złej pracy”.

Podkreślasz w książce, że jesteśmy pod tym względem nie „za” lecz „przed” Zachodem.
I właśnie tu dochodzimy do Niemiec. Bo kiedy szukamy lepszych dla naszej pracy kierunków rozwoju, lepszych punktów odniesienia, to łatwo może paść propozycja: „to idźmy tam, gdzie idzie Europa Zachodnia”. Problem polega jednak na tym, że Europa Zachodnia w ostatnich 20, 30, może nawet 40 latach, również przechodzi bardzo podobną chorobę. Zachód również się na potęgę liberalizuje i związki zawodowe ulegają tam znaczącemu osłabieniu. Nadal jest oczywiście tak, że pozycja pracownika w Niemczech czy we Francji jest strukturalnie znacznie silniejsza od tej, którą ma pracownik w Polsce. Ale jeżeli Zachód nie zejdzie z tej drogi, nie znajdzie jakiegoś sposobu przeciwdziałania, to siłą rzeczy wyląduje w tym samym miejscu, w którym jesteśmy my, Polacy. W tym sensie oni mogliby się na naszych błędach uczyć. Wystarczy, że zajrzą do Polski, a zobaczą, co się kryje za horyzontem zdarzeń.
No to powiedz im. Co się stało z polską pracą?
Panuje przekonanie, że z polską pracą wcale nie jest tak źle, bo bezrobocie spadło do 7 procent a płaca minimalna wzrosła. Pojawiają się nawet głosy, że to się w sumie dzieje za szybko, że to może być niebezpieczne dla gospodarki. To wszystko doskonale pokazuje w jak głębokiej depresji się znajdujemy. I jak wiele nam brakuje do stanu równowagi. Bo przecież nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w naszym myśleniu o pracy są zasadnicze błędy. Tu kłania się na przykład powszechne przekonanie, że praca to prywatna sprawa dwóch umawiających się podmiotów, że jest z jednej strony pracodawca, a z drugiej pracownik, oni się spotykają i umawiają się co do ceny i warunków, jak przy transakcji handlowej.

Ba, nawet to usankcjonowaliśmy, polskie państwo nadal pozwala zatrudniać na umowy cywilnoprawne.
Dokładnie. A przecież praca to naprawdę nie jest towar jak każdy inny - i to próbuję możliwie wyraźnie powiedzieć w książce.

Wyjaśnisz naszym „samozatrudnionym” czy pracującym „na dzieło” czytelnikom, czym jest praca, jeśli nie towarem?
To podstawowe dobro, które stanowi o godności człowieka. O tym, kim on jest w społeczeństwie. O tym, z kim on przestaje, jaką ma wizję świata. Praca stanowi o tym, kim jesteśmy. Jeżeli natomiast stwarzamy sytuację, w której ten, kto ma kapitał, może podyktować pracownikowi w zasadzie każde warunki, ograniczone najwyżej przepisami BHP, to sankcjonujemy stan, w którym praca staje się towarem - podobnie jak wszystko to, co się z nią wiąże - nasza godność, nasze miejsce w świecie.

W książce wymieniasz całe obszary polskiego rynku pracy, w których to się już stało. Na przykład agencje pracy tymczasowej.
Tak. W wypadku agencji pracy tymczasowej doszło do prywatyzacji rynku pracy. To już nie jest ten moment, w którym publiczna instytucja, czyli urząd pracy, stara się łączyć podaż z popytem. Zamiast tego państwo pozbywa się problemu - przesuwa pracowników właśnie do agencji pracy tymczasowej. A tam trafiają oni po prostu na targowisko. To się wiąże z moim podstawowym zarzutem wobec prywatyzacji. Mamy za sobą doświadczenie tych 25 lat, które pokazuje nam jasno, że gdy tylko wprowadzamy logikę rynkową do jakiejkolwiek dziedziny życia, to natychmiast zostają z niej wypłukane wszystkie wartości - i to rynek staje się jedynym miernikiem. W sytuacji, w której sprywatyzowaliśmy relację pracy, absurdem staje się na przykład mówienie o jakiejś godności pracy. Albo o istnieniu związków zawodowych. Bo przecież w imię czego miałyby one istnieć? Jeśli mamy relację między agencją pracy tymczasowej a prywatnym przedsiębiorcą, w której agencja użycza tego towaru - czyli pracy - przedsiębiorcy, no to dla jednych i drugich jest to tylko interes. Domaganie się, żeby zaczęły tam działać jakieś związki zawodowe, żeby pracownik miał jakąś świadomość tego, że praca stanowi o jego godności, to jest przecież sypanie piachu w szprychy przedsiębiorczości. Musimy w końcu tę sytuację odwrócić - pokazać, że pracą nie powinno się handlować. Owszem, powinno się pośredniczyć między podażą a popytem - i jest to rola dla urzędów pracy. Ale powinny one pozostać publiczne - żebyśmy my jako obywatele mieli wpływ na to, jakimi wartościami te urzędy pracy się kierują. Żeby nigdy nie było tak, że wszystko odbywa się poza wszelką społeczną kontrolą, w warunkach urągających godności czy bez zachowania reguł dotyczących czasu pracy.

CZYTAJ TAKŻE: Kornel Morawiecki: Polska to poletko dzikiego kapitalizmu. Układ polityczny jest zużyty

Tu musi wchodzić państwo, prawda?
Pracodawca zawsze jest w sytuacji nadrzędnej. Zawsze będzie w silniejszej pozycji. On może kupić pracę, natomiast pracownik musi ją sprzedać. Kiedy pracownik nie sprzeda pracy, to - zwłaszcza gdy jest to pracownik słaby, czy z dołu drabinki społecznej - nie będzie mógł zrealizować nawet najbardziej podstawowych potrzeb. Dlatego musimy o pracę i pracownika dbać. Silna praca, wzmocnienie pracownika to jest to, co jest nam niezbędne do zapewnienia godności. Jeżeli natomiast pozwalamy, żeby relacja pracy była kształtowana bez jakiegokolwiek odniesienia do elementarnych wartości, to lądujemy w sytuacji, w której wyrzekamy się jako społeczeństwo wpływu na jeden z fundamentów naszej godności.

Czym płacimy za prywatyzację rynku pracy?
Przykład agencji pracy tymczasowej pokazuje nam, że pozwoliliśmy na pełne sprywatyzowanie części polskiego rynku pracy. Do niedawna przedstawiano to zresztą jako wielkie osiągnięcie tak zwanych socjaldemokratycznych rządów, głównie wicepremiera Hausnera, który lubi się szczycić, że właśnie w ten sposób obniżył bezrobocie. Rzadko go jednak pytamy, czy nie ma poczucia, że jednak wylał dziecko z kąpielą.
A czy w ogóle ma go kto o to pytać?
Pisząc tę książkę zauważyłem - a teraz jest to dla mnie już zupełnie oczywiste - że polski problem z pracą naprawdę nie zaczął się wczoraj. Początkowo, w pierwszej fazie transformacji, to uderzenie w pracę, odebranie jej godności, siły przetargowej, rodzaj społecznej degradacji ludzi pracy - otóż to wszystko dotyczyło głównie niższych klas społecznych. Teoretycznie żyjemy w społeczeństwie w pełni demokratycznym, ale wiemy że w praktyce nasze możliwości uczestniczenia w debacie publicznej są jednak mocno determinowane przez nasze miejsce na drabinie społecznej. Klasa średnia, klasa wyższa czy inteligencja mają sporo większe możliwości artykułowania swoich potrzeb, lęków, fobii czy frustracji - choćby poprzez media. A niższym klasom pozostaje tylko gniew. Tak, właśnie ten klasowy gniew, który może krystalizować się w populizm. Ten gniew istniał w Polsce od początku lat 90. Pierwsze robotnicze wystąpienia zaczynają się jeszcze za czasów pierwszych rządów „S”.

Ba, jeden z najbardziej wstydliwych epizodów z czasów rządu Mazowieckiego to wysłanie policyjnych transporterów na rolników blokujących szosę pod Mławą.
Tak, to jest jeden z pierwszych takich momentów. Zaczęło się od rolników, przez moment ten parasol „S” rozpięty nad przemysłem był jeszcze dość szczelny. Ale już w roku 1992 czy 1993 opór klasy robotniczej zaczyna się na dobre. I ten opór jest całkowicie nierozpoznany przez ówczesne elity, wciąż jeszcze wtedy w pełni przekonane, że realizują jedyną słuszną misję. To wtedy zaczęła się kariera brzmiącego mocno dwuznacznie w ustach demokratycznych polityków hasła „przeprowadzamy bolesne, ale konieczne reformy”. Ból, o którym tu mowa, rozchodził się zaś po społeczeństwie zdecydowanie od dołu. W latach 90. ów „ból koniecznych reform” odczuwali robotnicy wielkiego przemysłu upadającego lub prywatyzowanego pod naporem konkurencji z Zachodu. Potem przyszedł czas na przedstawicieli sektora publicznego. Kulminacją wprowadzania tam liberalnych reform jest koncepcja „taniego państwa”, ta wspólna obsesja elit przełomu lat 90 i 2-tysięcznych. Mówią o tym i hausnerowski SLD, i rodzące się wtedy Platforma i PiS. Pamiętajmy, że jeszcze PiS z czasów Zyty Gilowskiej to zupełnie inne niż obecnie spojrzenie na gospodarkę. Wtedy też zaczyna się na dobre przedstawianie pracowników sektora publicznego jako tej uprzywilejowanej kasty darmozjadów. A potem idzie to coraz szybciej. Dopiero całkiem niedawno na przykład odkryliśmy na dobre problem outsorcingu pracowników technicznych czy fizycznych instytucji państwowych do firm zewnętrznych. Jeszcze w latach 90. na liście pracowników urzędu, sądu czy uczelni wyższej spotykały się najróżniejsze klasy społeczne - od profesorów, przez pracowników administracji po ochroniarzy, woźnych i sprzątaczki. Wszyscy oni mogli mieć jakieś poczucie, że jadą na jednym wspólnym wózku. Dziś tak już nie jest - pracownicy niższego szczebla zostali dawno „zoutsorce’owani”, oni już nie jadą na tym wózku. I tak to szło, wciąż od dołu ku górze.

CZYTAJ TAKŻE: Kornel Morawiecki: Polska to poletko dzikiego kapitalizmu. Układ polityczny jest zużyty

Aż w końcu...
Aż w końcu problem pracy zaczął gryźć także przedstawicieli klasy średniej i wyższą klasę średnią. To jest już era prekariatu i zarazem moment fundamentalnego odkrycia polskiego problemu pracy przez media opiniotwórcze. Nawet dziennikarze - dotąd uprzywilejowani - zobaczyli, że jadą z resztą świata pracy na tym samym wózku.

To mniej więcej ten sam moment, w którym polska klasa średnia odkrywa, jak bardzo jest niedoszłą klasą średnią? I że kupione na kredyt mieszkanie, to nadal ujemny składnik majątku?
Tak, to dokładnie wtedy. A z drugiej strony społeczeństwo jest już wtedy mocno posegregowane według klucza dochodów i majątków. W książce przywołuję obrazek z serialu „Alternatywy 4”, czyli blok mieszkalny, w którym mieszkają przedstawiciele wszystkich klas społecznych. Śmieszy to tak samo kolejne pokolenia - ale jednak gdy oglądają to przedstawiciele tych najmłodszych pokoleń, to widząc ten blok i przekrój jego mieszkańców patrzą na obiekt muzealny.

Muzealny, bo profesorowie i wysocy urzędnicy nie mieszkają już ze sprzątaczami czy robotnikami - dodajmy z myślą o tych, którzy jeszcze nie zajrzeli do twojej książki.
A z drugiej strony przecież i ci, którzy z takiego bloku wyrośli, mają dziś stale poczucie, jak bardzo nietrwała może być ich obecna pozycja społeczna - okupiona kredytem czy koniecznością dojeżdżania po 1,5 godziny do pracy (bo przecież wypadało kupić segment pod miastem). Do tego dochodzi niestałość zatrudnienia. Albo fakt, że za świetnie płatną pracę najczęściej płaci się niesamowitym obłożeniem czasowym i tzw „czasobiedą”. To już są pułapki, w których tkwią nawet przedstawiciele klasy wyższej. Tu kłaniają się nieźle mi znane przykłady z consultingu, gdzie dostaje się duże pieniądze już na samym starcie. A to natychmiast tworzy zarówno nowe wzorce konsumpcji, jak i konieczność ich utrzymania. I nagle okazuje się, że już bardzo, bardzo trudno byłoby zrezygnować z określonego poziomu zarobków. Mam znajomego, który został partnerem w firmie consultingowej. Widziałem, jak wręcz fizycznie odkładał się na nim stres - związany nawet nie z samą pracą, lecz z poczuciem, że w każdej chwili może ją stracić, że może spotkać go regres, społeczna degradacja. I tak, to jest właśnie moment, w którym nawet wyższa klasa średnia zaczyna się w końcu orientować, że problem z pracą uderza bardzo mocno również w nią samą.
„Bolesne i konieczne”.
W jakimś sensie to dobrze, że i wyższa klasa średnia, i inteligencja w końcu to poczuły na własnej skórze. Bo dopiero, gdy oni sami tego doświadczyli - albo na przykład ich dzieci doświadczyły prekaryzacji - dopiero wtedy uznano, że te problemy są warte opisywania. Gdyby tak się nie stało, to wciąż by uważano, że problem pracy dotyczy tylko społecznych dołów. A te doły społeczne powinny się przecież jakoś dostować, prawda? Tu kłania się hasło „weź kredyt, zmień pracę”. To jest właśnie to. Tak na to patrzono przez lata. Jesteś na dole? Widocznie byłeś za mało przedsiębiorczy, elastyczny czy pracowity. To zaczęło się zmieniać dopiero wtedy, kiedy klasa średnia poczuła na samej sobie, że jednak zdecydowanie za łatwo jest spadać na dół. Zaczyna się też burzyć mit, który przyświecał starszym braciom czy rodzicom dzisiejszych 30-kilku latków z klasy średniej, że istnieje proste powiązanie między intensywnością pracy a płacą. To przecież był stały motyw: Owszem mam sporo, ale tylko dlatego, że ciężko harowałem - mówiło sobie to pokolenie pierwszych przedsiębiorców. Dopiero kiedy się okazało, że wiele z tych biznesów się wykrzaczyło, bo zostały na przykład połknięte przez zachodnie korporacje, które jakoś wcale nie są pełne takich pracusiów, jak ci nasi, to zaczęło się jednak sypać.

Już nie mówiąc o tym, że w tym samym czasie od nocnego dyżuru do nocnego dyżuru zasuwała na przykład pielęgniarka.
Och, to było sobie jeszcze dość łatwo wytłumaczyć, to przecież jest różnica - ja - konsultant i ona - pielęgniarka. Ja obracam pieniędzmi, ryzykuję i tak dalej, ona robi zastrzyki, nic dziwnego, że moja praca jest więcej warta, to zupełnie inny sektor. Ale widok wielkich korporacji pokazywał, że także w obrębie tego samego sektora może istnieć kompletne oderwanie zarobków od wkładu pracy czy kompetencji. Są tam pracownicy i jest średnia kadra menedżerska, która zarabia przyzwoicie, choć bez wielkich rewelacji. I nagle przepaść - a potem członkowie zarządu, którzy zarabiają po 90 albo i 900 tysięcy. A przecież mijamy ich na korytarzu, widzimy, że z grubsza są tacy sami jak my, że wcale nie zawsze są tu w pracy przed nami, że nie są od nas mądrzejsi czy bardziej oczytani. W ten sposób widać jak na dłoni, że to się wszystko poodklejało, że w kapitalizmie nasze miejsce w hierarchii społecznej w dużej mierze zależy od przypadku. I dopiero to tworzy nam dobry grunt do pytań, czy czasem nie powinniśmy tego wszystkiego jednak trochę lepiej poukładać? Bo jeśli się zdamy na przypadek, to cóż czyni nas ludźmi?

CZYTAJ TAKŻE: Kornel Morawiecki: Polska to poletko dzikiego kapitalizmu. Układ polityczny jest zużyty

Ile nas kosztuje to, co się stało z naszą pracą? Czym za to płacimy?
Choćby skalą konfliktu politycznego. Moja teza jest taka, że to, co właśnie widzimy w polskim życiu publicznym: ta niemożność elementarnego dogadania się, ten brak szans na zrozumienie, że wszyscy jednak jedziemy na tym samym wózku, ten stan zimnej wojny domowej dziś między PiS-em a antyPiS-em, a wcześniej między liberałami a częścią dawnej opozycji - otóż że to wszystko jest jednak odwzorowaniem wielkiego pęknięcia, które nastąpiło w polskim społeczeństwie.

Jest w tym mnóstwo klasowego gniewu, prawda? W dodatku obustronnego.
Tak, bez wątpienia tak jest. Pogarda jest w polskim życiu wszechobecna. Uważam, że trzeba na to jednak patrzeć z góry na dół, że wina leży bardziej po stronie zwycięzców transformacji, nie przegranych.

I przegrani gardzą tymi, którzy wygrali - bo przecież na pewno nieuczciwie, kosztem innych etc.
Tak. Oni też gardzą. Ale wydaje mi się, że gniew mas ludowych jest jednak wynikiem tego, co Michael Sandel nazywa pułapką merytokratyczną - czyli poczucia zwycięzców, że ten stan rzeczy, że to oni są na górze, a ktoś inny na dole, musi mieć zawsze jakieś w pełni merytoryczne podstawy. Jestem więc tu gdzie jestem, nie dlatego, że miałem wykształconych rodziców i dobrą edukację - jestem tu dlatego, że to wypracowałem - jak chcemy, to sobie zawsze znajdziemy takie uzasadnienie. A ci co są niżej - cóż, widocznie są sami sobie winni. Jeżeli coś takiego trwa długo - a w Polsce trwa już dekady - i zarazem elity są dość szczelne, nie kooptują przedstawicieli niższych klas, nie wykazują zrozumienia, to tworzy się wśród nich poczucie pychy, racji i pełne przekonanie, że to właśnie im należy się polityczne przywództwo. - To jest nasze zadanie - poprowadzić tę całą resztę - myślą sobie elity. - Może nawet ta reszta nie wie, co jest dla niej dobre, ale na szczęście wiemy to my. Więc właśnie my to tej całej reszcie zaaplikujemy. I teraz spójrzmy przez moment na takie dictum z dołu a w kieszeni natychmiast otworzy nam się nóż. Nie trzeba mieć doktoratu z politologii, by sobie powiedzieć, że tego rodzaju myślenie naprawdę zgrzyta w zestawieniu z ideą demokracji, władzy ludu, one man one vote. Przepraszam, ale muszę to powiedzieć - kiedy czytam takie wywiady jak ten z profesorem Sadurskim w „Newsweeku” i słyszę, że on ma pretensję do Kaczyńskiego, że dał „nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”, to łapię się za głowę, bo wydaje mi się, że to poczucie dostępu do władzy to akurat samo sedno demokracji.
Nie przepraszaj. Bo właśnie mniej więcej za to zostałeś okrzyknięty naczelnym symetrystą Polski a książka o zdewastowanym polskim rynku pracy nie poprawi ci opinii. Sypią się na ciebie gromy ze strony liberalnego centrum, a Magdalena Środa ogłasza, że „symetryzm jest zbrodniczy”. Powiedz więc, czy prawica, do której jesteś wciąż zapisywany, chociaż gdzieś po cichu bije ci brawo? Bo ja jakoś tego nie zauważyłem.
Nie, nie biją mi brawa. Może po prostu nas ignorują. Tak, jak po stronie anty-PiSu dominuje przekonanie, że czy Karnowski, czy Skwieciński, czy Sakiewicz, to w sumie jeden diabeł (mimo, że to są zróżnicowane środowiska, co zresztą stanowi o sile prawicy), tak samo prawicowcy być może wrzucają wszystkich spoza własnego obozu do jednego worka. Pamiętajmy też, że prawica ustawia się w kontrze przede wszystkim wobec środowiska „Gazety Wyborczej”, że to jest jednak kłótnia w rodzinie - w tej wielkiej postsolidarnościowej rodzinie. Zwróć uwagę, że ten spór wciąż jest zarządzany albo przez dawnych towarzyszy broni - Kaczyński, Macierewicz, Tusk, czy dawna Unia Wolności - albo przez wyedukowanych przez nich następców, jak Ziobro czy Morawiecki.

Przewijają się w tym wszystkim jeszcze dawni postkomuniści, Miller, Cimoszewicz czy Rosati.
Ale oni już w tym praktycznie nie uczestniczą, nie są podmiotami. Owszem, obie strony chętnie po nich sięgają, gdy tylko są przydatni, tak jak w „Wyborczej” łatwo znajdziemy wywiad z Cimoszewiczem, tak w „Gazecie Polskiej” z Millerem. Ale oni już nie przesuwają pionków - bywają najwyżej użyteczni. Ostateczny koniec postkomunistów nastąpił w 2005 roku. I właśnie od tego momentu cały blok posolidarnościowy skierował już na dobre przeciw samemu sobie ten manichejski sposób pojmowania polityki jako walki dobra ze złem. W tym obrazie rzeczywiście nie ma miejsca na żadnych symetrystów.

A może już czas zacząć używać trochę innego pojęcia niż „symetryści”? Może to określenie lepiej zostawić pokoleniu zasapanych matuzalemów ze świata manichejskiej antysymetrii? Dla mnie nie jesteś żadnym symetrystą. Wybacz precyzję, ale ty jesteś jednym z najważniejszych autorów po stronie polskiej nowej lewicy.
A myślisz, że dlaczego sam parę razy próbowałem hasło V Rzeczypospolitej, która jest właśnie taką opowieścią, że nie trzecia, nie czwarta, tylko całkiem nowa, inaczej urządzona, sprawiedliwa społecznie?

CZYTAJ TAKŻE: Kornel Morawiecki: Polska to poletko dzikiego kapitalizmu. Układ polityczny jest zużyty

Jan Sowa rzuca z kolei hasło Innej Rzeczypospolitej. Dla mnie nazwa to żadna różnica, może być Piąta, może być Inna - ale tak, właśnie taka.
Problem w tym, że akurat hasło symetryzmu zostało wymyślone jako próba zdyskredytowania rzeczonych symetrystów.

A przynajmniej po to wprowadzono je do mainstreamu. Chyba czas przestać się dawać spychać w kategorię służącą do okładania cepem i jednocześnie maskującą rzeczywistą ideową identyfikację rzekomych „symetrystów”.
Może rzeczywiście nadchodzi taki moment.

„Symetrysta” to w opisie autorów hasła ktoś, kto nie ma żadnej własnej propozycji. a zamiast tego jałowo wisi między dwiema propozycjami, które mają prawo politycznego bytu - tą pisowską i tą liberalną. A ty własną propozycję masz. I jest to propozycja o charakterze lewicowym.
Książka o pracy także zawiera jakąś propozycję budowania pozytywnego programu - co zrobić, żeby z tą pracą było choć trochę lepiej. I to też jest pewnie temat do zagospodarowania przez siły polityczne czy przez środowiska opiniotwórcze. Też sądzę, że nie będziemy się kręcić wokół tego całego pojęcia symetryzmu po wieki wieków. Na pewnym etapie była to jakaś dyskusja, łatki zostały rozłożone. Ktoś próbował zepchnąć tak zwanych symetrystów, czy raczej inaczej myślących do kąta, z kolei oni próbowali się jakoś bronić - grając tymi kartami, które właśnie były na stole. A pamiętajmy, że wszystko działo się w bardzo konkretnym kontekście politycznym bardzo ostrej i bezpardonowej walki dwóch manichejsko nastawionych do rzeczywistości części obozu postsolidarnościowego. Ale teraz chyba rzeczywiście warto już się pożegnać z hasłem symetryzmu i zdecydowanie więcej mówić o Innej czy V Rzeczpospolitej. Jeśli lewica kiełkująca w Polsce chce tego słuchać, zapraszam. Tak - i mnie się wydaje, że inna opowieść o Rzeczpospolitej jest już możliwa.

Twoja książka o pracy właśnie trafia do jej założycielskiej biblioteki.
Myślę, że na uroczyste otwarcie tej biblioteki trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, ale cieszę się z tego, co mówisz, bo chciałbym żeby ta książka przydała się jakoś do budowy lewicowej opowieści o Polsce. Nie wiem, co się z V czy Innej Rzeczpospolitej wykluje. Nie wiem nawet, czy nowa lewica odrobi w pełni lekcję, którą właśnie daje nam rzeczywistość, bo żeby tak się stało, trzeba by się raz na zawsze przestać brzydzić tym PiS-owskim ludem i ostatecznie porzucić ten ton w stylu „wiadomo, to są ludzie, których łatwo kupić”. Owszem - wierzę, że nowa lewica zdoła się tego myślenia ostatecznie wyzbyć. I że nie stanie się po drodze jakąś przystawką u boku liberałów. Ale do tego wszystkiego nowej lewicy potrzebna jest jeszcze jej własna, wielka opowieść o tym, jak i dlaczego Polska powinna być urządzona.

„To nie jest kraj dla pracowników” to kolejna po „Dziecięcej chorobie liberalizmu” książka Rafała Wosia. Tym razem publicysta „Polityki” (wcześniej m.in. „Dziennika Gazety Prawnej” i „Dziennika”) analizuje polski rynek pracy - i rozmontowuje neoliberalną opowieść o jednoznacznym sukcesie polskiej transformacji. Książka trafi do księgarń 18 września.
Materiały prasowe

Kiedy będzie wiosna? Zwierzęta dają sygnały. Klimat się zmienił.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie