Nowa umowa koalicyjna to tylko tymczasowy rozejm między Kaczyńskim a Ziobrą [ANALIZA]

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Jarosław Kaczyński podpisuje nową umowę koalicyjną
Jarosław Kaczyński podpisuje nową umowę koalicyjną brak
Kaczyński, Ziobro i Gowin zawarli tymczasowy rozejm. Nowa umowa między PiS, Solidarną Polską i Porozumieniem nie kończy wewnątrzkoalicyjnych konfliktów - zamienia je co najwyżej z powrotem z otwartej wojny w walki buldogów pod dywanem.

Po serii bardzo ostrych wewnątrzkoalicyjnych starć na najwyższym szczeblu przyszło pozorne odprężenie. W sobotę prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, szef Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro i lider Porozumienia Jarosław Gowin w obecności premiera Mateusza Morawieckiego podpisali nową umowę koalicyjną. Choć składanie podpisów nastąpiło przed kamerami, treści umowy nie ujawniono. Dziennikarzom nie pozwolono na zadawanie żadnych pytań.

Dlaczego odbył się taki spektakl? Po co właściwie Kaczyński, Ziobro i Gowin zakładali na nowo istniejącą już pięciu lat koalicję? Nie znajdziemy sensownej odpowiedzi na te pytania, dopóki nie zdamy sobie sprawy z tego, że de facto oglądaliśmy jedynie ceremonię ogłoszenia tymczasowego zawieszenia broni. Liderzy partii rządzącej koalicji zdali sobie w pełni sprawę z tego, że otwarta wojna w Zjednoczonej Prawicy nie ma w tej chwili szans na zakończenie się zdecydowanymi rozstrzygnięciami - jej przedłużanie przyniesie natomiast wymierne straty wizerunkowe i sondażowe. Dlatego właśnie zdecydowano się na wstrzymanie wymiany ognia. Do ewentualnego bardziej trwałego układu pokojowego wewnątrz koalicji droga wydaje się jednak dość daleka.

Jarosław Kaczyński zrozumiał, że zrywając koalicję z Solidarną Polską - czym jeszcze przed tygodniem otwarcie groził Ziobrze - ryzykowałby zdecydowanie zbyt wiele. Opcja rządów mniejszościowych bez udziału Solidarnej Polski w koalicji czyniłaby go de facto zakładnikiem Ziobry - przed kluczowymi głosowaniami to właśnie u niego musiałby szukać brakujących głosów, już bez obecnych narzędzi nacisku na koalicjanta.

Wcześniejsze wybory - czym również grozili politycy PiS swym koalicyjnym partnerom - byłyby z kolei wielką niewiadomą. W Polsce zaczęła się właśnie druga fala epidemii koronawirusa -wszystko wskazuje na to, że będzie ona miała znacznie bardziej gwałtowny przebieg od tej wiosennej. Ekonomiczne skutki pandemii będą odczuwalne dla Polaków jeszcze przez wiele miesięcy - wpływając na nastroje społeczne, bieżące oceny rządzących i preferencje wyborców. Zarządzanie kryzysowe w połączeniu z kampanią wyborczą nie wydaje się więc kuszącą perspektywą.

Zbigniew Ziobro teoretycznie mógłby być zadowolony. Choć wielokrotnie silniejszy koalicjant wyraźnie miał zamiar zamienić partnera przy koalicyjnym stole w jedno z dań, Solidarnej Polsce udało się właściwie obronić status quo. Nie o to jednak - tylko o przyszłe przywództwo na prawicy - chodziło Ziobrze, gdy rzucał rękawicę Morawieckiemu i Kaczyńskiemu. Obrona status quo go do tego nie przybliża.

Jarosław Gowin podczas ostatniej odsłony koalicyjnych wojen stał na uboczu. Lidera Porozumienia najbardziej interesuje w tej chwili odzyskanie pełnego panowania nad własną partią - stracił je bowiem wiosną, gdy okazało się, że nie może liczyć na część swych posłów i na wykreowaną przez siebie minister Jadwigę Emilewicz. O tym, czy Gowinowi coś się tutaj udało, dowiemy się dopiero po ogłoszeniu nowego składu rządu - z Emilewicz lub bez niej.

O tym, co tak naprawdę znalazło się w umowie dowiadujemy się w większości nieoficjalnie, z przecieków - niekiedy zresztą całkowicie ze sobą sprzecznych. O kilku punktach umowy mówiła już po jej podpisaniu rzeczniczka PiS Anita Czerwińska Na tej podstawie możemy jedynie w przybliżeniu ustalić, co tak naprawdę obiecali sobie nawzajem Kaczyński, Ziobro i Gowin.

Wiemy więc - bo potwierdziłą to rzeczniczka PiS - że umowa nie zawiera żadnych zapisów dotyczących ewentualnego wchodzenia Jarosława Kaczyńskiego do rządu. Nie wiemy więc, czy koncepcja, według której Jarosław Kaczyński jako nowy wicepremier miałby stać się bezpośrednim nadzorcą resortów sprawiedliwości, obrony narodowej i spraw wewnętrznych, zostanie zrealizowana. Gdyby tak się stało, Kaczyński objąłby wprawdzie bezpośrednią kontrolę nad poczynaniami Zbigniewa Ziobry, jednak odbyłoby się to kosztem daleko idącego osłabienia Mateusza Morawieckiego w roli premiera, jest bowiem zupełnie jasne, że środek ciężkości tego rządu przeniósłby się natychmiast do określanego mianem komitetu sprawiedliwości, obrony i spraw wewnętrznych superresortu Kaczyńskiego. Politycy PiS i Solidarnej Polski dostaliby tym samym następujący komunikat: Ziobro stał się na tyle silny i nieprzewidywalny, że Morawiecki już sobie z nim nie poradzi - ministra sprawiedliwości musi osobiście pilnować Kaczyński i nikt inny. A zatem: Ziobro stał się silniejszy od Morawieckiego. W efekcie próba okiełznania Ziobry mogłaby się zamienić w jego nieoczekiwane wzmocnienie w rozgrywce o „schedę po Kaczyńskim”.

Według nieoficjalnych informacji na temat ustaleń Kaczyńskiego, Ziobry i Gowina, Solidarnej Polsce i Porozumieniu ma po rekonstrukcji rządu przypaść tylko po jednym resorcie - prócz tego obie partie mają dostać jeszcze po jednym ministrze w Kancelarii Premiera. Z przecieków na temat treści umowy, wiemy jednak, że może ona zawierać znacznie bardziej ogólne zapisy na ten temat - o proporcjonalnym podziale stanowisk w rządzie.

W umowie ma też być zawarta ogólna deklaracja przyszłego wspólnego startu w wyborach wszystkich trzech ugrupowań Zjednoczonej Prawicy i gwarancja miejsc na listach dla obecnych posłów Porozumienia i Solidarnej Polski.

Gowin i Ziobro mieli się natomiast zobowiązać do konsultowania z PiS wszelkich własnych inicjatyw ustawodawczych. Tu chodziło przede wszystkim o to, by partia Kaczyńskiego nie była zaskakiwana ich pomysłami.

Nie ma za to w umowie koalicyjnej żadnych rozstrzygnięć dotyczących ostatnich kwestii zapalnych między Ziobrą a Kaczyńskim. O ostatecznych losach ustawy „bezkarnościowej” i zakazu hodowli zwierząt futerkowych mają zadecydować osobne negocjacje.

Rekonstrukcja rządu ma zostać przeprowadzona już w nadchodzącym tygodniu. Dopiero, gdy to się stanie, będziemy mieli stuprocentową jasność, jak będzie wyglądał realny rozkład sił i wpływów między koalicjantami. Największą niewiadomą pozostaje oczywiście kwestia wejścia do rządu Jarosława Kaczyńskiego - obecność w nim prezesa PiS w roli formalnego wicepremiera czyniłaby Mateusza Morawieckiego największym przegranym ostatniej koalicyjnej rozgrywki.

W koalicji doszło natomiast do bardzo wytężonej próby sił - ale nie do przesilenia. Nowa umowa koalicyjna to ani nie układ pokojowy, ani nie warunki narzucone przegranym przez zwycięzcę, lecz co najwyżej tymczasowy rozejm.

Cmentarze zamknięte. Premier apeluje: zostańcie w domach

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie