Marcin Faliński, Marek Kozubal: Między Indianą Jonesem a Jamesem Bondem. Piszemy książki akcji, podróży, przygody

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Marcin Faliński (z prawej) i Marek Kozubal: Cenną wartością naszych książek jest to, że potrafiliśmy opisać w sposób przystępny rzeczywiste funkcjonowanie Agencji Wywiadu
Marcin Faliński (z prawej) i Marek Kozubal: Cenną wartością naszych książek jest to, że potrafiliśmy opisać w sposób przystępny rzeczywiste funkcjonowanie Agencji Wywiadu Przemysław Poznański
Dobrze by było, aby nasza książka dała impuls przedstawicielom ministerstwa kultury. PRL ma na sumieniu obrót dziełami sztuki pochodzącymi z szabru – chociażby mienia podworskiego czy pozostawionego przez Żydów. Te kwestie wymagają uregulowań, zobowiązują nas do tego umowy międzynarodowe – mówią Marcin Faliński i Marek Kozubal, autorzy książki „Operacja Retea”.

Czy kiedy zaczynaliście wspólną pracę nad pierwszą Waszą książką „Operacja Rafael”, od razu zaplanowaliście, że powstanie trylogia szpiegowsko-przygodowa, a głównym motywem będą utracone dzieła sztuki?

Marcin Faliński: Niczego takiego nie planowaliśmy. Dopiero w trakcie pisania pierwszego tomu stwierdziliśmy, że mamy na tyle dużo materiału, który nie został wykorzystany w powieści.

„Operacja Rafael” odniosła sukces. Cały czas jest popularna, a Wy sami jako pisarski duet staliście się rozpoznawalni. Nie było to powodem, aby iść za ciosem?

Marek Kozubal: Niewątpliwie tak. Ale, jak powiedział Marcin – na początku nie planowaliśmy kolejnych książek. Faktem jest, że przy pisaniu „Operacji Rafael” zobaczyliśmy, że pewne wątki można by wykorzystać w przyszłości. A czy jesteśmy dobrym duetem? Nie wiem. Wydaje nam się, że z książki na książkę, nasz sposób pisania, dialogi, treść…

… opisy!

M.K.: Opisy również – wszystko to stawało się coraz lepsze. Krótko mówiąc - rozwijaliśmy się.
M.F.: Może nie planowaliśmy kolejnych części, ale na pewno od początku marzyliśmy o filmie opartym na naszej powieści. Zresztą w taki sposób pisaliśmy: obrazami i scenami.

Jeśli już Marcinie wspomniałeś o filmie, to opowiedzcie o szczegółach. To będzie film fabularny, czy serial? Adaptacja trzech Waszych powieści, czy tylko jednej?

M.K.: Podpisaliśmy już wstępną umowę, film będzie adaptacją pierwszej naszej powieści „Operacja Rafael”. Jest już gotowy scenariusz filmu. Będzie to film fabularny, wysokobudżetowy. Mamy nadzieję, że to będzie super produkcja. Ale podkreślę. Droga jeszcze daleka. Założenie jest takie, że zdjęcia realizowane będą nie tylko w Polsce. Mogą rozpocząć się za rok. Rozmawiamy już z producentem o obsadzie, ale szczegółów na razie nie możemy ujawnić. W tym zakresie jesteśmy zobowiązani umową z producentem.
M.F.: Obsada, mamy nadzieję, że będzie zaskoczeniem, chcielibyśmy, aby nie byli to tylko znani aktorzy, ale i osoby powiedzmy o aktorskich zdolnościach. Pewnie pójdziemy trochę nieprzetartą ścieżką.
M.K. Na pewno będziemy uczestniczyć aktywnie w całym procesie produkcji filmu od zdjęć do post produkcji czy promocji.
M.F.: Przy pisaniu scenariusza tego filmu ściśle współpracowaliśmy ze scenarzystą. Zresztą nie tylko my. Otrzymaliśmy na przykład pomoc od prawdziwego fachowca od spraw szeroko rozumianej techniki wykorzystywanej przez wywiad. Myślę, że wyszło nieźle. Scenariusz jest bardzo dynamiczny. Dużo się będzie działo.

Wróćmy do Waszych powieści oraz do tego, jak politolog i dziennikarz w jednym dzielił się pracą z byłym oficerem wywiadu? Czy każdy z Was miał swoją działkę, którą się zajmował?

M.K.: Pierwotny podział ról był taki, że ja miałem zajmować się historią, a Marcin współczesnością. Ale w zasadzie uzupełniamy się, jeżeli chodzi o wiedzę, którą przekazujemy czytelnikowi. Zawsze będę powtarzał, że niezwykle cenną wartością naszych książek jest to, że potrafiliśmy opisać w sposób przystępny rzeczywiste funkcjonowanie oficera wywiadu i Agencji Wywiadu. Marcin ma doświadczenie 25 lat pracy w służbach, w wywiadzie i doskonale zna kulisy ich funkcjonowania. Ma w tym zakresie unikalną wiedzę.

Z kolei Ty, Marku jesteś dziennikarzem od lat piszącym o utraconych dziełach sztuki. Można rzec – obaj posiadacie cechy tytułowego bohatera filmów „Indiana Jones”.

M.F.: To jest chyba najfajniejsze. Nie ukrywamy, że to, co piszemy, plasuje się gdzieś między Indianą Jonesem a Jamesem Bondem. To są książki akcji, podróży, egzotyki, przygody. Takie są z założenia, a jednocześnie staramy się tłumaczyć trudne tematy, jak na przykład relacje polsko-żydowskie, zaginione dzieła sztuki, los ludzi z doświadczeniem wojny, w „Operacji Retea” piszemy o wojennych sierotach.

Oraz o tym, jak się tworzy nielegałów, czyli rosyjskich agentów w Polsce. Nawiązuję tu do Waszej ostatniej powieści „Operacja Retea”, bo o tym w niej między innymi piszecie.

M.F.: Dlatego właśnie staramy się je atrakcyjnie przedstawić. Chodzi o to, aby to było „zjadliwe” nawet dla niewyrobionego czytelnika.
M.K.: Dobra książka powinna nieść ze sobą walor rozrywkowy, ale też edukacyjny. W „Operacji Retea” opisujemy więc mechanizm działania służb specjalnych, w tym przypadku Rosjan; pokazujemy to jak wygląda werbunek i jak funkcjonują nielegałowie. Oczywiście, jest to powieść, więc czytelnik sam powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile opisana przez nas rzeczywistość nakłada się na tę, którą dzisiaj obserwujemy w Polsce.
M.F.: Tak naprawdę nielegałów się nie werbuje, ale organizuje; to jest szereg przedsięwzięć związanych z jedną tylko osobą, a my w książce mówimy o całej grupie, o sieci dzieci, które mają za sobą przeżycia traumatyczne, po wojennych doświadczeniach, które zostały wytypowane do takiej właśnie roli. Wydaje im się, że złapali za nogi Pana Boga, bo mają wujka, który przez kilkanaście lat zastępuje im rodziną, opiekuje się nimi. Kochają go pomimo tego, że jest radzieckim oficerem. Nie oburzają się na to, kiedy się o tym dowiadują. Naturalne jest to, że są wobec niego lojalni i gotowi realizować postawione przed nimi zadania.

Postać głównego bohatera „Operacji Retea” nie została przez Was wymyślona. A przynajmniej nie od początku do końca. Posiadała swój pierwowzór. Powiecie coś więcej o tej postaci?

M.F.: Postanowiliśmy skupić się na konkretnej osobie, która od dwóch lat nie żyje. Wpletliśmy więc w książkę postać, która nas zainspirowała. W książce pokazaliśmy wiele sytuacji prawdziwych związanych z tą postacią, ale jest też dużo stworzonej przez nas opowieści. Ten człowiek zafascynował nas, bo był wspaniałym Polakiem, patriotą, pochodzenia żydowskiego, do końca życia zakochany w Polsce. Reszta jest w książce.
M.K.: Przypomnę, że polski wywiad również korzystał z doświadczeń nielegałów, kształtował i szkolił takie osoby i wysyłał za granicę. Temat ten nie był wiec nam zupełnie obcy.

W książce pokazujecie ciągłość działania rosyjskich służb specjalnych. Jak Ty, Marcin oceniasz ciągłość polskich służb?

M.F.: Są tacy, którzy twierdzą, że rosyjskie służby niemal niezmiennie funkcjonują od czasu wojen napoleońskich. Trudno mi się na ten temat wypowiadać, ale wiem, że z pewnością można mówić o ciągłości ich działania co najmniej od czasu Rewolucji Październikowej, czyli już od ponad stu lat. Nie ulega wątpliwości, że to fachowcy. Jeśli chodzi o nasze służby, to kiedy spojrzymy na nie również przez okres stu ostatnich lat, to wiemy, że miały świetną kartę na początku naszej niepodległości, do zamachu majowego, czyli do objęcia władzy przez ekipę sanacyjną. Wojna 1920 to był majstersztyk, zwłaszcza jeśli chodzi o radiowy wywiad i kontrwywiad, a także wywiad agenturalny. Przyznać trzeba, że duże w tym zasługi wywiadu austro-węgierskiego, który wykształcił naszych oficerów. Tak czy inaczej, to był świetny okres. Potem, niestety, rozpoczął się okres fatalny, który skończył się katastrofą wrześniową, zwłaszcza na kierunku wschodnim. Oddział Drugi Sztabu Generalnego, czyli popularną Dwójkę toczył nepotyzm, kumoterstwo, korupcja, czy podejrzenia wobec niektórych oficerów o szpiegostwo na rzecz radzieckiego, czy niemieckiego wywiadu. Podczas II wojny światowej polskie władze podpisały umowy sojusznicze z Brytyjczykami i właściwie brytyjskim MI 6. To właśnie wywiad brytyjski można powiedzieć, tworzył w dużym zakresie od nowa polski wywiad. I jego oficerowie pracowali potem nawet do lat 60.

Jaka była kondycja polskiego wywiadu w czasach PRL?

M.F.: Do lat 50-60 nasze służby toczone były różnymi problemami wewnętrznymi, co było odzwierciedleniem sytuacji w kraju.
M.K.: Były uzależnione w jakimś zakresie od służb sowieckich.
M.F.: Powiem coś niepopularnego, ale za czasów Moczara w latach 60. zaprowadzono trochę porządków. Dużo o tym piszemy w „Operacji Retea”. Wspominamy m.in. o oficerach pochodzenia żydowskiego na kierowniczych stanowiskach w wywiadzie.
M.K.: Część z nich wyjechała do Izraela. Niektórzy tworzyli zręby służb izraelskich m.in. Mosadu, zabierali z sobą dokumenty, wiedzę na temat agentury.
M.F.: Powiem drugą, niepopularną rzecz. Dopiero za Edwarda Gierka powstał w Polsce nowoczesny wywiad. To z tego okresu pochodzi powiedzenie, nie pamiętam, Gierka czy Szlachcica: „Koniec towarzysze z donoszeniem za plecami do Moskwy”. Wtedy podjęto decyzję i zbudowano ośrodek w Starych Kiejkutach – niedługo minie 50. rocznica jego powstania. Przypomnę, że nigdy nie było tam żadnych doradców, żadnych radzieckich wykładowców; nikt z Moskwy nie przyjeżdżał tam na szkolenie. O ile wiem, raz odwiedził ośrodek szef enerdowskiej Stasi. Słyszałem od starszych kolegów, że Sowieci mówili wtedy, że polski wywiad jest jak wilk – chodzi własnymi ścieżkami. Nie ufali nam funkcjonariusze wywiadu radzieckiego, tak jak np. wywiadowi NRD, czy Bułgarii. Nam chyba nie bardzo wierzono. No, a potem przyszła transformacja, lata 90. I jak mówi mój serdeczny kolega Vincent V. Severski, polski wywiad wówczas mieścił się w pierwszej piątce wywiadów na świecie. Tak to trwało do końca poprzedniego wieku. Potem niestety, było coraz gorzej. Do wywiadu weszli politycy. Tego co teraz się dzieje w wywiadzie, z oczywistych względów, nie chcę komentować.
M.K.: Wywiad radziecki i potem rosyjski mimo wielu olbrzymich zawirowań w zasadzie funkcjonuje w sposób stabilny. Niezwykle łagodnie przeszedł transformację początku lat 90. W przeciwieństwie do tego, co obserwowaliśmy w Polsce. Podam prosty przykład: w „Operacji Retea” skoncentrowaliśmy się na temacie dezinformacji. Przypomnę, że na początku lat 20. bolszewicy stworzyli pierwsze biuro do spraw dezinformacji. Od stu lat doskonalą oni techniki związane z dezinformacją. Sto lat praktyki w zinstytucjonalizowanej formie. A nie działania ad hoc, co obserwujemy teraz w Polsce.

Jaki wpływ na najnowszą historię, na nasza aktualną rzeczywistość mają rosyjscy nielegałowie?

M.K.: W książce opisaliśmy pewną hipotetyczną sytuację. To nie jest dokument, to nie jest materiał oparty na twardych dowodach. Chcieliśmy pokazać czytelnikowi pewną alternatywną historię: „Sami zobaczcie, być może wyciągnięcie podobne wnioski”.
M.F.: Aczkolwiek, w książce są informacje pochodzące od naocznych, często nieżyjących już świadków. To nie są sprawy aż tak wymyślone.

Ważną sprawą, jaką poruszacie w swoich książkach, to, jak już wspomniałam, utracone dzieła sztuki. Wskazujecie, że w czasach PRL-u dziełami sztuki kupczyły też polskie służby.

M.F.: Marek dokopał się do wielu informacji na ten temat. One nie są, niestety, popularne, ale okazuje się, że dzieła sztuki uznawane za zaginione w czasie wojny, niekiedy zostały utracone już po wojnie. Nie będziemy mówić o nazwiskach, ale taka była prawda. Opisujemy słynny proceder wiedeński w latach 60., gdzie w wagonie z Warszawy wywożono dzieła sztuki. A kto mógł wtedy wyjechać z Warszawy Gdańskiej do Austrii z wagonem dzieł sztuki? Bez zaangażowania służb specjalnych, czy wywiadu nie byłoby to możliwe.
M.K.: To prawda, kupczono dziełami sztuki, one były wykorzystywane przez służby specjalne. Sprzedaż dzieł sztuki dawała możliwość zdobycia szybkich tzw. luźnych pieniędzy przeznaczonych na cele operacyjne. Obrazy, meble, monety były wywożone za granicą i sprzedawane na aukcjach. Dzieła sztuki pochodzące z polskich muzeów za granicę sprzedawały też państwowe domy aukcyjne. W ten sposób zdobywano środki finansowe. Powszechnie uważa się, że powinniśmy poszukiwać i odnajdywać dzieła sztuki utracone w czasie wojny. Osobiście uważam, że nie tylko w czasie wojny, ale generalnie, powinniśmy odzyskiwać dzieła sztuki, które wypłynęły z Polski, w wielu przypadkach, niestety, z muzeów państwowych.

Piszecie o konkretnym przypadku – obrazie Jana Matejki „Królowa Korony Polskiej”.

M.K.: Opisaliśmy historię pewnego marszanda, który wywiózł do Austrii olbrzymią kolekcję, zdobytą nie do końca w jasnych okolicznościach, w Austrii otworzył on dom aukcyjny i sprzedawał te obrazy.
M.F.: Dodam, że ten dom aukcyjny istnieje do dziś.

Jak państwo polskie działa, aby odzyskiwać zagrabione dzieła sztuki?

M.K.: Są dwie komórki zajmujące się restytucją dzieł sztuki – w ministerstwie kultury i ministerstwie spraw zagranicznych. Są to komórki zaledwie kilkuosobowe, zdecydowanie moim zdaniem wymagają wzmocnienia.

Czy nie powinny zostać wyciągnięte konsekwencje od tych urzędników, czy funkcjonariuszy wywiadu, którzy te dzieła wywozili za granicę?

M.K.: Oczywiście, tylko, że mówimy w tym momencie jedynie o odpowiedzialności moralnej, bo w wielu przypadkach te osoby już nie żyją. Dobrze by było, aby nasza książka dała impuls niektórym przedstawicielom ministerstwa kultury, aby zajęli się także tym wstydliwym tematem. Dużo mówimy dzisiaj na temat utraconych dzieł sztuki w wyniku agresji niemieckiej i sowieckiej, a zapominamy o tym, że w wielu przypadkach państwo polskie – a taka była też przecież PRL – ma na sumieniu obrót dziełami sztuki pochodzącymi z szabru – chociażby mienia podworskiego czy pozostawionego przez Żydów. Te kwestie wymagają uregulowań, zobowiązują nas do tego umowy międzynarodowe, na przykład podpisana przez Polskę w 2009 r. deklaracja terezińska.

Trzeci wątek, o jakim chciałabym porozmawiać, dotyczy sposobów i możliwości promocji własnych książek. Mam wrażenie, że jesteście doskonałym przykładem na to, jak należy promować własne dzieła. Pokazaliście, że autor może nie tylko napisać książki, ale też pomóc w ich sprzedaży, no i uzyskać to, co chce – w waszym przypadku jest to film na podstawie waszej powieści.

M.K.: Promocja książki bez udziału autorów oznacza, w zasadzie brak jakiejkolwiek promocji. Każdego roku wydawanych jest kilka tysięcy tytułów. Pewnie ze 2-3 tysiące z nich można zobaczyć w księgarniach, a o pozostałych nie wiemy nic. Sprzedają się w kilkudziesięciu czy kilkuset egzemplarzach. No, może poza kryminałami, poza literaturą sensacyjną, która w Polsce jest teraz modna.

Z czym się musieliście zderzyć jako autorzy?

M.K.: Trafiliśmy na fatalny moment - pandemię. „Operacja Singe” została wydana w momencie, kiedy księgarnie się zamykały, ludzie nie wychodzili z domu. Niektórzy sądzą, że można funkcjonować bez tradycyjnej księgarni i kupować książki przez internet. Ja uważam, że tak nie jest, bo wiele osób chce obejrzeć książkę, powąchać, przeczytać fragment i dopiero wtedy dokonać świadomego wyboru. A nie w oparciu o recenzję, która w wielu przypadkach jest napisana przez wydawnictwo. Uważam, że czytelnik powinien mieć możliwość wyboru. Niestety, w okresie pandemii nie miał takiej możliwości. To był najgorszy moment dotyczący promocji i sprzedaży książek. Dziś już może tego nie widać, ale jeszcze kilka lat temu, kiedy wchodziłem do Empik-u pod ścianą siedziały grupki miłośników książek i czytały fragmenty a potem odkładały je na półkę lub zanosili do kasy. Dzisiaj tego zjawiska nie obserwuję.
M.F.: Cały czas dostajemy sygnały od czytelników w mediach społecznościowych, że nie wiedzieli o napisanej przez nas trylogii. Skąd mogli wiedzieć: księgarnie w centrach handlowych były zamknięte. Nie było spotkań z czytelnikami, nie było rozmów. Spotkania przez internet to była tylko atrapa.

Kiedy weszliście na rynek wydawniczy ze swoją pierwszą książką, byliście jako autorzy nieznani. Rozbiliście bank, jak to się kolokwialnie mówi. Zrobiliście coś, o czym marzy wielu autorów.

M.F.: Ponieważ tego chcieliśmy.
M.K.: Realizowaliśmy własne marzenia. O to chodziło: żeby zrobić coś fajnego, coś nietypowego po sobie pozostawić, co będzie funkcjonowało niezależnie od nas. Jeśli pytasz o promocję, to myśmy wykorzystali najprostsze narzędzia, jakimi może dysponować każdy: media społecznościowe…
M.F.: … nasze kontakty i znajomości. Każdą rozmowę sprowadzaliśmy do naszych książek. Wszędzie, gdzie było to możliwe, o tym rozmawialiśmy. Udało nam się zainteresować kilka fundacji, między innymi Fundację X. Czartoryskich, która jest naszym patronem i wspomaga promocję naszych książek.
M.K.: Nie baliśmy się opowiadać o naszej książce każdemu i w każdym miejscu, niezależnie od dzisiejszych podziałów na media mniej lub bardziej rządowe czy sprzyjające opozycji. Zawsze byliśmy otwarci na tłumaczenie treści naszych powieści, ich przesłania.
M.F.: Kiedyś Vincent Severski powiedział, że warto dbać o każdego czytelnika. Staramy się tak robić. Do każdego mamy szacunek. Każdy jest dla nas partnerem do dyskusji. Warto mieć też trochę dystansu do rzeczywistości. Nie wszystko w naszym życiu jest polityką i nie wszystko polityką być musi.

Ranking polskich influencerów. Są zaskoczenia

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie