Krzysztof Jaroszyński, autor "Półprzewodnika po Polsce": Lubię prowincję, bo prowincja jest prawdziwa

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Dzisiaj czasy są takie, że nie jest ważne, czy coś jest dobre, ale jak to się szeroko promuje i ile się w to włoży klików, lajków. Przecież to jest kompletnie nienaturalne! Jeśli ktoś pisze piosenkę i prosi o ocenę – to ma jakiś sens. Natomiast jeśli ktoś wrzuca na Instagram zdjęcie, że zrobił omlet – to szkoda tych elektrycznych impulsów – mówi Krzysztof Jaroszyński, satyryk, reżyser i scenarzysta.

Pana książka „Półprzewodnik po Polsce” to coś więcej niż lektura z wyraźnymi cechami turystycznego przewodnika.

Zaryzykowałbym i powiedział, że to w ogóle nie jest przewodnik.

Zaraz się będziemy kłócić.

Prawie. Prawie w ogóle to nie jest przewodnik. Jest to pewien zbiór moich spostrzeżeń, anegdot, coś w rodzaju moich mikrofelietonów z rozmaitych dziedzin, rozmaitych czasów i rozmaitych miejsc. Przez lata uzbierałem worek anegdot i szczerze mówiąc, na napisanie książki namawiała mnie moja żona Ela. Mówiła: „Opowiadasz o tym w towarzystwie, sporo wiesz, anegdoty są zabawne”. W końcu się zdecydowałem. Stało się to na skutek pandemii, kiedy wszystkie plany się pozmieniały i okazało się, że mam chwilę, aby zająć się pisaniem. Problem polegał na tym, że cały ten worek spostrzeżeń, anegdot, felietonów musiał być w jakiś sposób poukładany; musiał być jakiś porządek. Pomyślałem sobie, że wszystko to dotyczy Polski.

Nie licząc krótkich wycieczek za granicę, o których Pan też pisze, na przykład do Amsterdamu.

Tak, to prawda. Natychmiast się przyznaję, że wymknąłem się za granicę.

Ale po to, żeby szybko wrócić. Jednak jest Pan w tej książce zdyscyplinowany.

Tak mi się wydaje. Zatem wpadłem na pomysł: niech to będzie po prostu podróż po Polsce. Przy czym każde następne miejsce, do którego przenoszę czytelnika, będzie opowiadało o zupełnie innej sprawie, w zupełnie innych czasach i w zupełnie innej formie. Raz będzie to felieton, innym razem będzie to forma skeczu; zrobiłem też kilka historycznych…

… rekonstrukcji. Na przykład dialog ostatniej spalonej na stosie czarownicy Barbary Zdunk z księdzem w Reszlu to rekonstrukcja, prawda?

Oczywiście, w wyobraźni satyryka, rzecz jasna.

W tej książce na pewno nie przestaje Pan być satyrykiem. Ale wrócę jeszcze do tego, o czym powiedział Pan na początku – że na skutek pandemii wszystkie plany się pozmieniały. W książce też Pan pokazuje, że życie w ogóle rzadko kiedy idzie z planem. Planował Pan podróż w jedno miejsce, a potem – niezgodnie z planem jechał gdzie indziej.

Trzeba się przyzwyczaić do tego, że życie zaskakuje. Czasem zaskakuje w sposób ciekawy. Jeśli zaś chodzi o książkę i jej konstrukcję, to też tak wyszło: w jednym miejscu jest o moim pobycie w wojsku, a za chwilę będzie felieton o tym, jak się ludzie zachowują w kinie. Jedno umieściłem w Grudziądzu, a drugie w leżącym obok Grudziądza Toruniu. Wszystko tam niby do siebie pasuje. W związku z tym ta budowa jakoś sama wyszła. Później jeszcze ustaliłem sobie, że ta podróż zaczyna się na początku wiosny.

W kwietniu. Kiedy zaczyna się sezon grzewczy słońca.

Tak jest. A kończy się w październiku.

Czyli wtedy, gdy zaczyna się sezon grzewczy kaloryferów i się już nie podróżuje. Niemniej, jak wspomniałam, będę się upierać, ze znamiona przewodnika ta książka posiada, z tego też względu, że ze swadą opowiada Pan historie różnych miejsc, jak i to, że niemal wszędzie nocował w Polsce Napoleon Bonaparte. Rzeczywiście niezły z niego śpioszek.

Książce przyświecała też druga myśl, od której trochę uciekam. Po prostu obawiam się, że jeżeli tę książkę nazwie się przewodnikiem, to ona straci czytelników. No, bo przewodnik po Polsce? Kogo to obchodzi. Tytuł więc byłby ryzykowny. Dlatego jest półprzewodnik – a to jest pojęcie z obszaru elektroniki.

Właśnie! Takie miałam pierwsze skojarzenia, kiedy usłyszałam o Pana książce. Że to będzie coś z prądem, bo półprzewodnik to substancja stosowana w przemyśle elektronicznym; w głowie pojawiły mi się zaraz elektrony i ładunki.

To celowy zabieg, aby książka nie została odczytana jako przewodnik służący do odbywania wycieczek, bo tym ta książka nie jest. Jeżeli mówię o historii, o tradycji w poszczególnych miejscach, to na ogół mówię o tym w postaci anegdoty; a jeśli w formie opowieści, to jest ona opisana absolutnie językiem zabawnym. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Tak to odebrałam, momentami rechocząc w głos, a momentami pękając ze śmiechu. Kiedy zastanawiałam się, jaką Polskę Pan pokazuje, doszłam do wniosku, że to jest Polska bocznych dróg. Tam toczy się prawdziwe życie. Również to artystyczne – estradowe, satyryczne.

Tam się toczy każde życie. Ono jest na ogół znacznie bardziej malownicze, niż to życie – trzymajmy się już tej nomenklatury – na autostradach. Lubię prowincję, bo prowincja jest prawdziwa. Warszawa, a już w szczególności warszawka nie jest obiektem mojego ani zainteresowania, ani specjalnej sympatii. Prawdziwie pulsujące życie jest gdzie indziej. Chciałem o tym napisać. Poza tym jestem człowiekiem niemłodym, więc też jakoś tę swoją filozofię niemłodego człowieka wykładam. Mówię więc o tym w sposób łagodny, bo nie jestem polemistą, tylko obserwatorem bliźnich, siebie i kraju. Nawet nie kraj, ale świat cały biegnie w kierunku, który niezbyt mi się podoba. Staram się to zaznaczyć i o tym opowiedzieć. To, myślę, daje książce jakiś charakter. Oczywiście to zawsze są polemiczne rzeczy – na przykład nie jestem fanatykiem ekologii. Widzę pewne rzeczy okiem nie entuzjasty, tylko wysłużonego już krytyka i delikatnie próbuję przemycić to, że moim zdaniem, ta rzeczywistość idzie nie w nie najciekawszym kierunku. Ale to są tylko takie moje sugestie, to żadna z nikim polemika. Ponadto w mojej książce nie ma słowa o polityce. Nic.

Nawet nie wymienia Pan z nazwiska żadnego polityka.

W tej książce nazwiska nie są ważne.

Uważa Pan, że dobrze poznał Polskę? Zjeździł ją Pan wszerz i wzdłuż.

Nadal jeżdżę i nadal znajduję coś, co jest ciekawe. Jest to jednak duży kraj; dla jednego człowieka ogarnąć to nie jest takie proste. Teraz, w związku z pandemią tym bardziej jeżdżę po kraju. Nie zamierzam w związku z restrykcjami, zaprzestać zwiedzania świata; a w Polsce naprawdę jest jeszcze tyle rzeczy do zobaczenia.

Uświadamia Pan ludziom, którzy może boją się podróżować, że podróżowanie po Polsce jest dobre i to z dwóch powodów.

Powód pierwszy to znajomość języka. A po drugie – od domu niedaleko. Ponadto, naprawdę, żeby poznać jakiś inny kraj, nie wystarczy turnus w ośrodku wypoczynkowym. Z punktu widzenia wypoczynkowego, jest to strata czasu. Tam się można wykąpać i opalić, natomiast nie ma mowy o poznaniu kraju, broń cię Boże. Zrobiłem więc to, co było wykonalne, możliwe, realne i co najważniejsze – sprawiające mi przyjemność. Lubię historię i geografię. Łatwo mi to wchodzi do głowy. Pomyślałem (powiem brutalnie), dlaczego muszę jako satyryk być uznawany za jajcarza, czyli takiego faceta, który wyjdzie na scenę, trochę się powygłupia, weźmie pieniądze i na tym polega cała jego osobowość? Mam swoje hobby, lubię coś robić i o tym opowiedzieć; lubię fajne rzeczy, które poznałem, przekazać innym. Być może to dla nich również będzie ciekawe. Oczywiście w tym momencie mam ból głowy, ponieważ ciągle myślę, że to jest za trudne dla prostego czytelnika.

Dlaczego?

Ano dlatego, że będzie musiał czytać, w jaki sposób wybudowano Zamość. A co to go obchodzi? Dużo prościej jest kupić książkę jakiegoś celebryty, z której niczego rozsądnego się nie dowie, ale przynajmniej będzie wiedział kto z kim i gdzie coś się stało. Czyli plotki. Plotki zaś nie za bardzo mnie interesują. Choć, prawdę mówiąc, pisząc o festiwalach czy towarzyszących im imprezach również nie uniknąłem pisania o plotkach.

Podobała mi się plotka „geograficzna”, czyli historia o tym, jak to Missisipi wpada do Wisły w Zakroczymiu. A działo się to podczas kręcenia kultowego filmu „Rejs”.

Myślę sobie, że udało mi się w tej książce opowiedzieć o rzeczach, o których czytelnik chciałby wiedzieć, a o których do tej pory nie wiedział.

Nie miał szans się dowiedzieć.

Ale jeśli plotki wymieszam z delikatną wiedzą historyczną, to ten czytelnik coś więcej już będzie wiedział.

Pewnie! Tylko czy nie obawia się Pan, jednak, że niektórzy czytelnicy, tak zwani lokalni patrioci mogą się obrazić? Na przykład Łodzianie, którzy przeczytają, że Łódź to miasto bez sensu. A Radom? O Radomiu tylko jedno zdanie i to też nieszczególnie pozytywne. Jelenia Góra? Co krok to brzydko.

Ale to jest czynione…

… z czułością?

Tak! Z dobrymi uczuciami. Nie ma w tym jakiejś zapiekłej złości, nie ma chęci odegrania się na kimś. Żadne miasto w niczym mi nie zaszkodziło.

Przypomnę, że w Łomiankach dokonał Pan zemsty. Jak to było?

(Śmiech). Ale to było w kategorii żartu! Żyłem w czasach, kiedy w Łomiankach była centralka telefoniczna na korbkę i ja tę centralkę odwiedziłem. Okazało się, że dziewczęta, które tam pracują, plastrem opatrunkowym zaklejają niektóre łącza. Zapytałem, dlaczego. Dowiedziałem się, że jak ktoś jest niekulturalny, to dostaje karę i nie ma połączenia. Przyjąłem to do wiadomości. Tak się złożyło, że jakiś czas potem wymówiono nam, a właściwie można powiedzieć, że wyrzucono nas z wynajętego domu. Na koniec zadzwoniłem do pań z centralki, żeby się pożegnać, ale przyszło mi do głowy, że, Boże święty, skoro ktoś tak niekulturalnie, bez uprzedzenia mnie wyrzuca, to może jakiś maleńki przejaw kary za to się należy. Wysondowałem panią telefonistkę, jakie byłyby obraźliwe słowa, które by spowodowały, że ona na dłuższy czas zaklei blaszkę abonenta tego domu. Zaproponowałem pewien zestaw obraźliwych słów, na co usłyszałem: „O, za coś takiego, to zaklejamy na pół roku”. Odpowiedziałem: „No, to bardzo proszę”. Może świadczy to o mnie, że jestem człowiekiem mściwym, ale powiedzmy sobie, w minimalnych rozmiarach.

Mam dużo wspólnego z Pana książką. Starą trasę siódemkę Warszawa-Gdańsk, od której zaczyna Pan „Półprzewodnik”, znałam na pamięć i mogłam nią jechać z zamkniętymi oczami. Wiedziałam, gdzie czai się policja, gdzie przystanąć na grochówkę, a gdzie są świeże ryby. Stara siódemka nazywana była trasą śmierci.

Wypadki się zdarzają i nie da się ich przewidzieć. Koniec. Ale malownicza była ta stara siódemka i taka została w mojej głowie. Mogłem napisać daleko więcej szczegółów, ale jak sobie założyłem, że będzie sto miejscowości, to trzeba było zachować proporcje. To nie mogło być wielotomowe dzieło, tylko przystępna książeczka. Notabene, tych miejsc miałem 101.Taką książkę oddałem do wydawnictwa. Wydawca powiedział: „Nie lepiej byłoby 100? To taka okrągła liczba, nawet promocyjnie ładnie brzmi”. No to jedną musiałem wykreślić.

Którą Pan wykreślił?

Nie mogę powiedzieć, żeby mieszkańcy się nie obrazili, ale wszystkich mieszkańców Kamieńca w Kotlinie Kłodzkiej serdecznie przepraszam. Z czegoś musiałem zrezygnować.

Podobało mi się, jak zaprezentował Pan Półwysep Helski. Po pierwsze, dlatego, że w Kuźnicy Pan Bóg pochwalił Pana, po drugie, w Chałupach mieszkał człowiek, dla którego alkohol był zarówno posiłkiem jak i rozrywką.

To zapis moich młodzieńczych emocji. Tak jest w większości tej książki.

Pokazuje Pan Półwysep Helski, jakby to było Lazurowe Wybrzeże, na które ściągają największe gwiazdy telewizji i kina. Teraz już tak nie jest?

Jest różnie. Gwiazdy bywają, tylko one są pochowane w rozmaitych dziuplach, bo obecnie żywot gwiazdy na urlopie jest dość ponury. Wszystko przez to, że są telefony komórkowe. Jeśli gwiazda idzie odpocząć, to natychmiast jest zatrzymywana przez kogoś, kto chce telefonem zrobić zdjęcie z gwiazdą. Zwykle jest tak, że prosi się kogoś trzeciego, żeby to zdjęcie zrobił. Ten trzeci nie umie obsłużyć tego aparatu, przyciska nie to, co trzeba, przy okazji coś kasuje, w rezultacie gwiazda stoi, czeka, no i takich rozmaitych minusów jest dużo. Ja jestem wielbicielem przeszłości. Jak było tak, że ktoś podchodził i mówił do artysty, a takie momenty bywały…

Nawet do Pana podchodzono.

Podchodzili – tak będzie precyzyjniej. Mówili: „Proszę pana, podoba mi się to, co pan robi, chciałbym uścisnąć pana rękę”. Proszę zwrócić uwagę, na czym polega zasadnicza różnica. Jeżeli ściskamy sobie ręce, to jest sytuacja, to jest gest miły dla dwojga ludzi. Natomiast, jeżeli teraz tabuny posiadaczy telefonów chcą koniecznie zrobić sobie zdjęcie z gwiazdą czy celebrytą, to jest to dla osób trzecich. Mogliby podać rękę i mieć te satysfakcję. Ale oni muszą mieć zdjęcie z… żeby pokazać w pracy, ciotce…

… Żeby wrzucić na fejsa!

To po pierwsze – udostępnić na portalach społecznościowych. Boli mnie to, bo dzisiaj czasy są takie, że nie jest ważne, czy coś jest dobre, ale jak to się szeroko promuje i ile się w to włoży tych klików, tych lajków. Przecież to jest kompletnie nienaturalne! Jeśli ktoś pisze piosenkę i prosi o ocenę – to ma jakiś sens. Natomiast jeśli ktoś wrzuca na Instagram zdjęcie, że zrobił omlet – to szkoda tych elektrycznych impulsów.

Pisze Pan o miejscach, które są mi bliskie i wywołały u mnie własne wspomnienia. Może tak też będzie z innymi czytelnikami. Nie tylko inspiruje Pan do wspomnień, ale też pisze o tym, jak wyglądał świat estrady w latach 80., oraz o tym, że w smętnych latach osiemdziesiątych kwitła satyra. Dziś już nie kwitnie?

Na ten temat nie chciałbym się wypowiadać.

Przycisnę Pana.

Dobrze. Proszę mnie przycisnąć.

Występował Pan między innymi w kabarecie Jana Pietrzaka, „Pod Egidą”. Jak Pan dziś patrzy na Jana Pietrzaka, jego żarty i satyrę?

Janek Pietrzak wykonał w swoim czasie bardzo dużo dobrego dla satyry, dla nas, młodszych kolegów. Był bardzo koleżeński, dawał szansę młodszym, tego się nie da zaprzeczyć. Nie wiem, jak to wygląda dzisiaj. Natomiast uprawianie satyry politycznej mnie w ogóle nie obchodzi. Polityka mnie nie obchodzi. W latach 90., w okresie transformacji bardzo dużo widziałem, byliśmy zapraszani do różnych decydenckich gremiów, kół i ja tam się do polityki zraziłem. Pomyślałem, że to nie moja sprawa. Dla mnie polityka to jest trochę strata czasu. Dużo ważniejsze są dla mnie inne rzeczy. Jestem człowiekiem starszym, niewiele czasu mam przed sobą.

Kokietuje Pan tym wiekiem. A polityka dziś dotyka nas wszystkich. Decyzje polityczne wpływają na nasze życie.

Oczywiście, że wpływają. Ale nie będę się zajmować polityką zawodowo – nie będę tworzyć żartów politycznych, bo mnie to, po pierwsze, nudzi. Po drugie, mam absolutną niewiarę w skuteczność działań typu satyryk polityczny. W ogóle satyryk w tej chwili to jest troszkę naciągnięty termin. Dlatego, że my teraz, zwłaszcza w młodym pokoleniu nie mamy satyryków. Mamy komików.

Mamy też stand up-erów.

Stand up to jest jeszcze stosunkowo wysoki poziom. Ale mamy też tak zwany kabaret popularny, telewizyjny; właściwie to jest burleska, rewia. Biegają nieubrane dziewczyny, musi być kolorowo. Widzi pani, moje poczucie humoru bardzo się mija z tym, co widzę. Jeśli widzę satyryka, który poprawia sobie swoją śmieszność tym, że zapina swój sweter nie na te guziki co trzeba, to myślę: „Boże święty! Musisz ratować się wygłupem pod nazwą, że źle zapinasz sweter? A ty powinieneś się wybronić myślą, swoim talentem, swoimi emocjami”. Ale podobnie jest z widownią; proszę pani, to jest dla mnie zdumiewające w skali lat.

Zdumiewa Pana, że widownię to śmieszy?

Tak, że widownię to śmieszy, ale widownia jest też inna. Gdyby na przykład 30 lat temu, na występie kabaretowym pojawił się widz, który miałby pulsujące kolorowe, na głowie zawieszone ośle uszy, to by go prawdopodobnie wyprowadzono z tej sali jako psychicznie chorego. Dzisiaj, jeśli ktoś nie założy pulsującej kokardy albo oślich uszu, to jakby nie brał udziału w tym widowisku. To jest przerażające. Ja też nie za bardzo kocham współczesny, młody wizerunek człowieka, czyli tę łysość, te karki, te tatuaże. Na szczęście nie ja, tylko Jerry Seinfeld powiedział podczas jednego ze swoich występów, że to jest w sumie smutne, że to co kiedyś w cyrku było atrakcją, to dziś jest widownią.

Ostro powiedział.

Ostro. Ale ja go tylko cytuję. Dlaczego tęsknię za przeszłością? Bo wtedy widz musiał podciągnąć się do poziomu artysty. Dziś artysta musi poniżyć się do poziomu widza.

Mimo tego, co Pan wcześniej o Warszawie powiedział, to jednak napisał w książce tak, że dotknęło mnie w miły sposób. Zwłaszcza to, co dotyczy Lasku na Kole, który dla Pana był miejscem zabaw, a dla mnie jest dziś miejscem regeneracji.

Zazdroszczę. Jeżdżę tam na spacery, lubię ten lasek. Jest miły, bo w środku miasta, dzikie miejsce. No i są sentymenty stare.

Pisze Pan, że Warszawę kocha, ale Warszawy nie da się lubić. To jak jest?

Zdecydowanie tak jest. Jeżeli mówimy o tym dzisiaj, a jest pierwsza połowa września, to jak można lubić Warszawę, jeżeli ktoś kompletnie nieodpowiedzialny, anonimowo – i to jest straszne, bo uważam i o tym w książce mówię, że decyzje urzędników powinny być podpisane z imienia i nazwiska – zmienił w ciągu ostatnich 10 dni ruch drogowy w śródmieściu. Powinniśmy wiedzieć, kto to jest, żeby odpowiadał za to przed społeczeństwem. Jeśli popełnił jakieś makabryczne głupstwo – niech za to płaci.

To działanie mające na celu ograniczyć ruch, żeby ludzie z samochodów przesiedli się na komunikację miejską.

Proszę pani! Z tą zgrają ekoistów nic w zasadzie zrobić się nie da. Zachowują się jak plantatorzy w XVIII-wiecznych Stanach Zjednoczonych wobec czarnych. Ci czarni to samochody. Dowieźć pieczywo – owszem, ale poza tym to miej kierowco jak najtrudniej, zmykaj z oczu, nie chcę cię widzieć. O! Rower, hulajnoga, to jest fajne! Tylko że ani rower, ani hulajnoga pieczywa nam nie dowiozą; nie zabiorą nieczystości. Ludzie w tej chwili coraz bardziej są uzależnieni od samochodów i coraz bardziej chcą ten ruch zniszczyć. Dla mnie to jest kompletnie nielogiczne i krzywdzące. Zwłaszcza, kiedy proponuje się pewne idee, w których pokazuje się tylko blaski. Patrzę na to spokojnym okiem. Jeżeli ktoś drogę dwupasmową dla aut zmienia na jednopasmową dla rowerów i jednopasmową dla aut, to od tego tych aut mniej nie będzie. Będą tylko jeździć z jeszcze większym trudem. Nie chcę się na ten temat szerzej rozwijać, ale jeśli już mówi się o tym, jak fantastycznie zdrowy jest pojazd elektryczny, to trzeba też wiedzieć, w jaki sposób wydobycie metali do baterii niszczy środowisko. Żadna sprawa nie ma tylko jednej dobrej strony. Ma dwie – jedną dobrą, drugą złą. Ekologia to dzisiaj wielki biznes. Więc jeśli ktoś chce na ekologii zarobić, to nie może mówić o jej wadach. A one są.

Gdyby miał Pan wybrać i zaprezentować czytelnikowi jedną miejscowość ze swojej książki, to którą by Pan wybrał?

Świerzawę. Nie dlatego, że jest taka atrakcyjna, bo nie jest. Tylko dlatego, żeby zwrócić uwagę czytelnika, jak wielkie znaczenie dla człowieka ma jego wczesne dzieciństwo. Ponieważ w Świerzawie opisałem moje wczesne dzieciństwo. Podobno podczas pierwszym pięciu - sześciu lat życia kształtuje się cała osobowość człowieka. Jeśli ja przez jakiś czas tam przebywałem, pod wpływem tego klimatu, atmosfery i tam przydarzały mi się dziwne przygody, to w ten sposób chcę pokazać, że zapewne każdy ma taką miejscowość wczesnego dzieciństwa, która wycisnęła trwały ślad na osobowości. Wybrałbym więc Świerzawę jako przykład: popatrzmy na najwcześniejsze nasze lata życia, które zresztą, między nami mówiąc, są najpiękniejsze. Warto więc o nich mówić. W życiu ważne są emocje. Jeśli są pozytywne, to warto o nich mówić.

O tym będzie nowa książka?

Piszę w tej chwili książkę, która się nazywa „Poznaj mój świat”. To będzie książka o zagranicy. Ponieważ los pozwolił mi być w kilkudziesięciu krajach na wszystkich kontynentach, oprócz lodowych, to trochę spostrzeżeń, przygód i anegdot się zebrało. Zatem w sposób naturalny drugim tomem będą opowieści zagraniczne.

Jesienna turystyka w Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie