Joanna Wnuk-Nazarowa: Jeśli orkiestry nie będą mogły ćwiczyć ze sobą w dużych składach, to będzie z nimi koniec

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Joanna Wnuk-Nazarowa, kompozytor, dyrygent, była minister kultury i sztuki: Ludzie chcieliby na chwilę wejść do świata odświętnego. Takiego, w którym Bach i Bruckner nadal prowadzą nas do nieba
Joanna Wnuk-Nazarowa, kompozytor, dyrygent, była minister kultury i sztuki: Ludzie chcieliby na chwilę wejść do świata odświętnego. Takiego, w którym Bach i Bruckner nadal prowadzą nas do nieba Adam Jankowski
Ważna jest jakość życia, a nie jego długość. Decydenci naprawdę muszą wyważyć to zamykanie wszystkiego, to ogłaszanie pandemii na dłuższy czas. Chce się przedłużać życie, obniżając jego jakość. Tymczasem cóż to za życie bez możliwości uczestniczenia w kulturze? – mówi Joanna Wnuk-Nazarowa, dyrygent, kompozytor, była minister kultury

Co Pani czuła, kiedy w pandemii pozamykano teatry, filharmonie, sale koncertowe?

Jestem niepoprawną optymistką. Kiedy w ubiegłym roku na przełomie marca i kwietnia ogłoszono lockdown, ludzie zostali niejako uwięzieni w domach, to ten krótki okres przymusowej samoizolacji odbierałam jako coś, co może się stać wartością. Świat zwolnił, kazał ludziom się zatrzymać, zastanowić nad sobą, swoim życiem. Spojrzeć na ten wyścig szczurów, pęd do przodu, na łapanie dziesięciu srok za ogon. Dotyczy to i muzyków: grają w orkiestrze, grają w zespołach; wszyscy też uczą. Wiadomo, płace muzyków orkiestrowych i nauczycieli muzyki w szkołach nie są w Polsce wysokie. Ale to zatrzymanie się wpłynęło korzystnie na nasz stan umysłów. Uważałam, że nam wszystkim się to należało.

Jak wyglądała Pani kwarantanna?

Zacznę od tego, że mając 69 lat, zdecydowałam się odejść na twórczą emeryturę. Tak to sobie zaplanowałam.

Nawiasem mówiąc początki Pani drogi zawodowej były równie twórcze.

Byłam organizatorem życia muzycznego; kierownikiem muzycznym Teatru Ludowego, potem Starego; pisałam muzykę teatralną. Na swoim koncie mam opracowania muzyczne spektakli telewizyjnych Kazimierza Kutza; pisałam muzykę dla Teatru Stu. Sporo też pisałam do przedstawień teatralnych mojego męża, Krzysztofa Nazara.

Dwie artystyczne dusze. Wspaniale się Państwo dobraliście.

Poznaliśmy się, jak mieliśmy po 19 lat. Ale pobraliśmy dopiero po 9 latach znajomości. Potem urodziłam syna, cały czas ucząc na uczelni w Krakowie, ale z kolei dyrygenturę musiałam wtedy ograniczyć. Miałam 42 lata, kiedy zostałam dyrektorem Filharmonii Krakowskiej. Był 1991 rok. Od tej pory, aż do roku 2018, przez cały czas byłam albo dyrektorem…

…albo ministrem.

Ministrem byłam tylko przez półtora roku, ale był to czas niezwykle intensywny – cztery reformy; człowiek nie miał czasu na nic. Nawet na spanie. Bywało, że rzucałam się do łóżka jak stałam; w ubraniu.

Jeszcze o to zapytam.

Nie, nie czas o tym rozmawiać. Chociaż dla mnie to było ważne; zrozumiałam pewne mechanizmy, procesy; poznałam polityków. Potem w dalszym życiu zawodowym to zaprocentowało.

Przez 18 lat kierowała Pani Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia.

Gdy zostałam dyrektorem NOSPR-u, było to tak odpowiedzialne zajęcie, że o intensywnym pisaniu muzyki nie było już mowy. A po paru latach, gdy z oddziału Polskiego Radia orkiestra stała się nową instytucją kultury, moje działania programowo-organizacyjne jeszcze bardziej się zintensyfikowały.

Doprowadziła Pani do wybudowania nowej siedziby.

Stanowisko dyrektora objęłam drogą konkursu w 2000 roku, po 17 latach rządów Antoniego Wita. Parę lat później, dzięki mądremu działaniu ówczesnego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego oraz wsparciu prezesa ówczesnego zarządu Polskiego Radia Andrzeja Siezieniewskiego, oraz dzięki temu, że udało nam się namówić ówczesnego prezydenta Katowic, Piotra Uszoka, podpisano umowę o współprowadzeniu tej instytucji. Stała się ona instytucją kultury wpisaną do rejestru ministra współprowadzoną przez Polskie Radio i miasto Katowice od 1 stycznia 2006 roku. Dwa lata później zaczęło się mówić o tym, że może trzeba by zbudować siedzibę, a trzy lata później stało się to faktem – postanowiono budować siedzibę NOSPR, która nigdy wcześniej swojej siedziby nie miała. Ważną rolę odegrała tu determinacja przewodniczącego Rady Programowej Orkiestry Krzysztofa Pendereckiego, poparta głosami Wojciecha Kilara i Henryka Mikołaja Góreckiego, członków tejże Rady.

Dużo się działo za Pani dyrektorowania.

Postawiłam na ciekawe projekty. Już nie tylko nagrania archiwalne dla Polskiego Radia i piątkowy koncert symfoniczny, raz w miesiącu, ewentualnie niedzielny poranek. W 2003 roku, w 70 urodziny Henryka Mikołaja Góreckiego zorganizowałam Maraton Twórczości Góreckiego. Przez cały dzień zaprzyjaźnione zespoły śląskie, z moją orkiestrą na czele, grały wszystkie jego utwory. W rocznicę ucieczki ze Lwowa małego Wojciecha Kilara z matką zorganizowaliśmy Pociąg do muzyki Kilara. Pociąg jechał do Lwowa i z powrotem, zatrzymywał się na dworcach, gdzie dawaliśmy koncerty. Kilar wprawdzie z nami do Lwowa nie pojechał. Wsiadł do pociągu już w drodze powrotnej, na terenie Polski. Chciał, aby Lwów został w jego pamięci taki, jak go widział, gdy był dzieckiem. Zakończenie projektu miało miejsce na Jasnej Górze. Tam zagraliśmy jego sakralne utwory. Następne były dwie podróże morskie. Raz popłynęliśmy „Darem Młodzieży”, naszą wspaniałą fregatą, z okazji 70 urodzin Jurka Maksymiuka i na 80-lecie nadania praw miejskich Gdyni.

Pani urodziła się w Gdyni, ale co wspólnego z morzem ma Jerzy Maksymiuk?

Zastanawiałam się, co zrobić dla Jerzego Maksymiuka; co on najlepiej dyryguje? Jerzy Maksymiuk cudownie interpretuje „Morze” Debussy’ego. Pomyślałam też, że trzeba „przegonić” Ślązaków, żeby przeżyli przygodę morską, żeby „Morza” nie grali tylko z wyobraźni. Pierwsza podróż odbyła się po bałtyckich państwach – Łotwa, Estonia, Finlandia, zakończona koncertem na skwerze Kościuszki w Gdyni. Druga, z Jackiem Kaspszykiem jako dyrygentem, odbyła się w Roku Chopinowskim 2010. Popłynęliśmy do Kopenhagi, potem do Göteborga, potem do Oslo i na wskroś przez Morze Północne do portu Dover. Stamtąd, przez kanał La Manche do Boulogne-sur-Mer, skąd Chopin wybrał się do Londynu w swoją ostatnią przed śmiercią podróż. Nasza podróż trwała trzy tygodnie i można powiedzieć, że się nasyciliśmy tą morską przygodą; na Morzu Północnym przeżyliśmy sztorm, 10 stopni w skali Beauforta; cały czas płynęliśmy na postawionych żaglach. Było wspaniale.

Projektów było więcej.

Był „Dzień Kilara”, „Noc Kilara” w jego kolejne 75 i 80 urodziny. No i wreszcie to wszystko wpisało się w dążenie Katowic do zdobycia tytułu kreatywnego miasta UNESCO w dziedzinie muzyki. Mądra polityka ówczesnych władz samorządowych, prezydenta Katowic Piotra Uszoka i jego współpracowników spowodowały, że Katowice z miasta przemysłowego stały się rzeczywiście miastem kultury i to muzycznej. Muzykalność Ślązaków znana była od dawna. W Katowicach i okolicach była największa liczba orkiestr górniczych i innych. To muzykowanie przy gołębniku na cyi, czyli na akordeonie! Krótko mówiąc, oni mają muzykowanie we krwi. Amatorzy, starzykowie, siedzący przy gołębniku marzyli, że ich dzieci będą już profesjonalnymi muzykami. Wielu spośród NOSPR-owych muzyków to są właśnie dzieci tych muzyków amatorów, grających w górniczych orkiestrach marszowych czy śpiewających w chórach. W Katowicach zawsze była najsławniejsza w Polsce „blacha”, czyli blaszane instrumenty. Nie ubliżając smyczkom, bo one miały z kolei wiedeńską miękkość. Ale „blacha”, choć wypasiona, wspaniała, miała blask też połączony z miękkością. Potem, o czym pani wspomniała, przyszło nowe wyzwanie, czyli budowa sali, trzeba było wykorzystać ostatnie pieniądze unijne. Jak Ślązak powie, że buduje, to buduje, a nie przekłada z roku na rok, jak w Krakowie, w którym mieszkam od 5 roku życia. Dzisiaj dzielę moje życie na Kraków i Warszawę; nie biorę udziału w sławnym, krakowskim życiu kawiarnianym, gdzie rozkwitają idee dekadenckie, ale o inwestycjach mówi się: „Nie, jeszcze nie teraz”. Chociaż jaskółki ćwierkają, że może coś się niebawem zmieni…

Piwnica pod Baranami zdołała powstać. A jednym z jej założycieli był Krzysztof Penderecki.

Penderecki z kabaretem nie miał nic wspólnego. Wiem o tym doskonale, bo niedługo przed jego śmiercią zdążyliśmy na ten temat porozmawiać. Jeszcze zdążył w Piwnicy, obok dłoni Andrzeja Wajdy, odcisnąć swoją. On właśnie był tym, który z Romanem Polańskim i z Wajdą wydobywali z tej piwnicy miał węglowy – po tym, jak oddano piwnicę młodym artystom. Miała tam być tworzona awangardowa sztuka. Ale w momencie, kiedy zaczęły się działania kabaretowe, Penderecki stamtąd uciekł. Zrozumiał, że jeżeli będzie tam dalej siedział, ze wszystkimi popijał, to niczego w życiu nie osiągnie. Śmiał się, mówiąc, że w Piwnicy lubiano przesiadywać, filozofować… Piosenka literacka mogła powstać w jeden wieczór; wystarczył błysk. Natomiast, uważał, że napisanie dzieł na wielką orkiestrę symfoniczną czy oratoriów w takiej atmosferze nie może się udać.

Gdzie je więc pisał?

Jako młody człowiek Krzysztof Penderecki pisał w kawiarni Jama Michalika. W domu miał za ciasno. W Jamie Michalika była sala wielka, zabytkowa, w której nie wolno było palić. A wtedy wszyscy w kawiarni palili papierosy, więc siedzieli w pierwszej sali, w której wolno było to robić. Penderecki, za kotarą, mógł sobie spokojnie siedzieć i tworzyć.

Jak widziała Pani Krzysztofa Pendereckiego w czasach, gdy była jego studentką?

Zostałam jego studentką za jego drugiego powrotu do uczelni. Penderecki jako adiunkt na uczelni wychował tylko Marka Stachowskiego i Stanisława Radwana. Dyplom zrobił jeszcze u niego Krzysztof Meyer. Antoni Wit studiował u niego kompozycję, ale po latach poświęcił się całkowicie dyrygenturze. Potem Krzysztof Penderecki wyjechał za granicę – powrócił w glorii i chwale, jako profesor kilku uczelni, niemieckiej, amerykańskiej. Dostał tak zwaną belwederską profesurę i wrócił na uczelnię w 1970 roku, na której pozostał aż do swojej śmierci.

Pani robiła u niego dyplom.

Po dwóch latach uczenia się u Tadeusza Machla, przeniosłam się do Pendereckiego, ale musiałam zdać egzamin. Penderecki to była już wtedy wielka sława. Machl był prorektorem i chciał, żeby Penderecki miał studentów; chciał, żeby już na uczelni pozostał. Sam mi zaproponował, „może koleżanka się przeniesie ode mnie”. Dostałam się do Pendereckiego z Jurkiem Horwathem. Jerzy, nieżyjący od 2018 roku, był pianistą i założycielem zespołu Dżamble. Jerzy Bezucha grał tam na perkusji, Maniek Pawlik na gitarze, a śpiewał Andrzej Zaucha. Dziś z tego towarzystwa żyje tylko Pawlik... Grywa nadal ze Skaldami i w wielu innych formacjach. Jurek Horwath nie skończył kompozycji u Pendereckiego. Zaczął jeździć z Dżamblami, potem na saksy do Niemiec. Osiadł w Szwecji, tam umarł. Był bardzo zdolnym człowiekiem. W późniejszych latach u Pendereckiego studiowały również barwne postaci: Abel Korzeniowski, Syryjczyk Zaid Jabri i Koreańczyk Jeajoon Ryu.

Jakim pedagogiem był Krzysztof Penderecki?

Znakomitym. Nigdy niczego nie wymuszał. Nie zadawał zadań warsztatowych. Nie kazał pisać w jakimś stylu czy określonej formie. Przynosiło się, co się chciało, a on oglądał partyturę i robił bardzo celne uwagi. Inspirował, a nie pouczał.

Krzysztof Penderecki zmarł w ubiegłym roku, 29 marca. Urna z jego prochami została złożona w kościele św. Floriana i czeka na uroczyste przeniesienie do Panteonu Narodowego. Ma to być uroczystość o charakterze państwowym. Zapowiadano, że odbędzie się w maju tego roku. Tak się stanie?

Nie chciałabym się wypowiadać na ten temat. Rzecznikiem w tej sprawie jest Andrzej Giza, dyrektor Stowarzyszenia Ludwiga van Beethovena. O tym, jaki przebieg będą miały te uroczystości, rodzina ustala z prezydentem miasta Krakowa – miasta, którego honorowym obywatelem był Krzysztof Penderecki. Wiem tyle, co wszyscy: Krzysztof Penderecki ma spocząć w Panteonie Narodowym, obok Sławomira Mrożka.

Chciałabym wrócić do Pani decyzji o emeryturze.

Po 4 sezonach NOSPR w nowej siedzibie wiedziałam, że odejdę spełniona. Z teamem wspaniałych współpracowników rozkręciłam wielką, nową instytucję. Codziennie, z wyjątkiem poniedziałków, odbywały się różnego rodzaju koncerty. Jazzowe wtorki, środa młodych, czwartki NOSPR-owskich kameralistów. NOSPR otworzył się dla muzyki dawnej, było dużo przedsięwzięć z wybitnymi jazzmanami. Orkiestra zaczęła grać jazz w sposób profesjonalny, najlepiej w Polsce, dzięki współpracy z big bandem Radia Północnoniemieckiego (Norddeutscher Rundfunk) z Hamburga. Ach, z kim oni nie grali! Chick Corea, Branford Marsalis, Pat Metheny, Wayne Shorter… A prócz tego nagrali złotą płytę hip hopu z Jimkiem, czyli Radzimirem Dębskim i Miuoshem, ciekawym śląskim raperem. Zatem kiedy skończyłam 69 lat, opuściłam tę instytucję, żeby wrócić do swojego pierwszego wyuczonego zawodu, czyli kompozycji, zakończonej dyplomem u Pendereckiego. Postanowiłam pisać muzykę i od tej pory cały czas piszę. Ten czas wyciszenia w marcu bardzo mi się podobał. Nikt nie dzwonił, nikt nie alarmował, mogłam się skupić. Załamanie nastąpiło po śmierci Krzysztofa Pendereckiego. Rozdzwoniły się telefony, media prosiły o wywiady. Trudno było mi odmawiać, ale to zburzyło mój spokój i pisanie na ładne parę miesięcy. Zaraz minie rok od śmierci Pendereckiego, smutne uczucia się wyciszyły, ale ta trauma, która stała się też moim udziałem, nie pozwoliła mi z takim samym optymizmem podchodzić do tego, że czas pandemii to jest czas twórczej pracy; tym spokojniejszej, że można sobie siedzieć w domu i ludzie nie zawracają głowy. Brak mi nie tylko Krzysztofa, ale też tych, którzy odeszli w ciągu ostatnich 10 lat, a którym tak wiele zawdzięczam: Henryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kilara, dwóch tytanów dyrygentury, Stanisława Skrowaczewskiego i Jerzego Semkowa. I tego, który w dużej mierze ukształtował moje spojrzenie na sztukę – profesora Mieczysława Tomaszewskiego.

Czy teraz, przez pandemię, zbiednieliśmy duchowo?

Jeszcze nie, ale zbiedniejemy, jeśli taka sytuacja będzie się dalej utrzymywać. Jeśli orkiestry nie będą mogły ćwiczyć ze sobą w dużych składach, to będzie z nimi koniec. Nie tylko w Polsce, ale i całej Europie, w Ameryce. Trzeba będzie je potem na nowo budować, na nowo zgrywać. Będzie więc okres, kiedy one będą trochę słabiej grały. Myślę o tych wielkich produkcjach, których teraz w ogóle się nie robi. Nie śpiewa się wielkich oratoriów, orkiestry stuosobowe grają w składach czterdziestoosobowych. Moje utwory, które napisałam, też czekają na wykonanie. Mam nadzieję, że opera, jaką piszę, będzie miała premierę we wrześniu. Ma być na świeżym powietrzu, na Wawelu. Może się uda.

Może Pani powiedzieć więcej o tej operze?

Piszę ją z okazji Roku Norwidowskiego, do sztuki Norwida, „Wanda”, która de facto jest misterium scenicznym. Aż się prosi, aby je umuzycznić. Nawet Moniuszkę zachęcano, aby się za tę „Wandę” wziął, ale się nie wziął. Przeczytał i nie uważał, że z tego można zrobić operę. Dla mnie to jest sztuka bardzo ciekawa psychologicznie. Kiedy w czasie zaborów Norwid przyjechał do Krakowa, pokazano mu Kopiec Wandy; tak bardzo się wzruszył, że sztukę zadedykował tej mogile „w dowód głębokiego poważania”. Opera traktuje o uwarunkowaniach historycznych, wobec których miłość dwojga ludzi nie może się spełnić.

Muzyka w pandemii umiera?

Muzyk to ktoś, kto pracuje zespołowo. Oczywiście są muzycy soliści, którym okres pandemii dał motywację do tego, żeby w zaciszu domowym nauczyć się nowych utworów i pewnie niektórzy to wykorzystali. Pomijam drugą stronę medalu, że muzyk solista też chce w pewnym momencie skonfrontować się z publicznością, pokazać innym, zobaczyć reakcję na jego interpretację. Wielu muzyków zaczęło się produkować na YouTube. Największym moim zaskoczeniem, miłym i podziwianym, jest pani Lidia Grychtołówna. Ma 92 lata! I dała już szereg pełnych recitali fortepianowych ze swojego mieszkania. I to na żywo! Bez montażu.

Jak Pani traktuje tego rodzaju internetową twórczość muzyków?

Dla Lidii Grychtołówny to była na pewno wielka szansa. Mało kto ją zaprasza, żeby koncertowała; organizatorom życia muzycznego trudno uwierzyć, że pani Lidia w tym wieku potrafi zagrać świetny recital. I nagle okazało się, że wszyscy rzucili się do swoich komputerów, smartfonów, żeby posłuchać tych recitali. Pani Lidia cały czas ćwiczy i jest w doskonałej formie.

Ale tęsknimy za koncertami, ich eleganckim entouragem. Możliwością wymiany poglądów w foyer.

Jest jeszcze inny aspekt: muzycy pracujący grupowo. Orkiestry symfoniczne, chóry - oni muszą ćwiczyć razem, ze sobą. Nie wszystko da się wyćwiczyć w domu. Praca orkiestry polega ma codziennym zgrywaniu się. Na słuchaniu kolegi przy sąsiednim pulpicie. Na tym, że smyczki słuchają dętych i odwrotnie. Na tym, że wszyscy kierują się rytmem nadawanym przez perkusję. Wreszcie – wszyscy grają pod batutą mistrza batuty, dyrygenta, który przekazuje swoją interpretację i uczy orkiestrę swojego rozumienia danego utworu. Muzycy pozbawieni tego, próbowali nagrywać w domu. NOSPR też nagrał „Bolero” Ravela z muzykami grającymi w swoich mieszkaniach, łączącymi się w sieci; każdy wykonywał swoją partię. Akurat „Bolero” można tak zagrać, bo ma równy puls. Ale już większość utworów romantycznych ma tak zwane rubato, kiedy raz się przyspiesza albo zwalnia i tego już nie da się połączyć. Chyba, że na ekranie będzie dyrygent z batutą, bo takie próby też były. Ale to są wszystko namiastki. To może być nawet przyjemną zabawą, na jakiś czas. Na miesiąc, dwa. Nawet trzy. Później – to już tylko rozpaczliwe szukanie ratunku.

Mija rok.

Myślę, że akurat minister Piotr Gliński dobrze to rozumie: walczył o to, żeby teraz otworzyć teatry i filharmonie i to nie z jedną czwartą publiczności, tylko z połową. No, nie słychać nigdzie w świecie, żeby ludzie się masowo zarażali w filharmoniach lub operach. Byłam w ostatnią sobotę w filharmonii w Warszawie, wszystkie miejsca dostępne były zajęte. Ludzie przyszli słuchać koncertu i cieszyli się bardzo. Trzeba też było widzieć uśmiechnięte twarze w orkiestrze. Zwykle filharmonicy cieszą się, jak jest wybitny dyrygent, ale jak średni, to mają znudzone miny wyrobników. A tym razem taka radość! Oto są ludzie na widowni! Gramy! Widzieliśmy nieraz w internecie, że muzycy grali bez udziału publiczności. Kłaniali się do kamery albo sami sobie bili brawo. Albo brawo biło im kilka osób z obsługi, siedzącej na widowni, dyrektor instytucji, pracownicy administracji… Słychać było te pojedyncze „klap”, „klap”, „klap” i widać smutne miny członków orkiestry. Bez kontaktu, bez tej zwrotnej, która idzie od publiczności, cała przyjemność z tego sukcesu, że coś się dobrze zagrało, ginie. To napięcie, które jest pomiędzy grającym muzykiem, a publicznością – ono jest nie do zastąpienia. Podziw publiczności uskrzydla wykonawcę.

A publiczność wraca do domu też uskrzydlona. Muzyka ratuje nasze człowieczeństwo, cywilizację i w ogóle świat, który w posadach drży.

Tak samo działają galerie sztuki, w których oglądamy wspaniałe dzieła. Patrzymy na Rembrandta czy na Caravaggia i widzimy tak wspaniały warsztat malarski, że aż wątpimy w to, by dziś ktokolwiek mógł ich doścignąć. Sztuka jest w stanie przetrwać wieki i jej potęga nadal jest widoczna.

We Włoszech ludzie siedząc na kwarantannach, wychodzili na balkony i śpiewali opery.

To jest włoska zdolność narodowa. Tam choćby i fryzjer ma głos i wyśpiewuje arie. Włosi to bardzo muzykalny naród. Mieszkają na południu, nie mają wiecznie bolących zatok czy chrypy. Włosi, jak i Hiszpanie zawsze byli pełni muzyki.

Położenie geograficzne też ma wpływ na muzykę?

Zasadniczy. Aczkolwiek Rosjanie to bardzo muzykalny naród, a żyją jeszcze bardziej na północy niż my. Są muzykalni dzięki wielogłosowej muzyce cerkiewnej. W polskich kościołach ewenementem jest, kiedy ktoś z wiernych śpiewa drugim głosem, tak po prostu, po amatorsku. Moi rodzice to potrafili. Pół kościoła się oglądało, co ci Wnukowie wyprawiają. Pani Wnukowa śpiewa drugim głosem w kościele akademickim św. Anny, w którym ksiądz Tischner kazanie głosi? Wszyscy byli tacy wyciszeni; „nie śpiewamy, bo my niegodni, może głos nieładny mamy”. Im bardziej inteligencki był kościół, tym mniej śpiewał. Ludzie mówili: „Co też się będę wygłupiał”. A moi rodzice – ojciec góral, mama Kaszubka – śpiewali na cały regulator, na dwa głosy.

Jest coś, o czym Pani marzy w tej pandemii?

Nie, ja nie marzę. Ja wiem, co mam robić. Mam zamówienia na kolejne utwory i chcę pisać. W maju skończę 72 lata. No, ale grywam jednak w lotto, bo… ja wiem? Może bym się pokusiła o to, by kupić sportowy samochód? Oczywistą oczywistością jest to, że ważna jest jakość życia, a nie jego długość. Decydenci naprawdę muszą wyważyć to zamykanie wszystkiego, to ogłaszanie pandemii na dłuższy czas. Chce się przedłużać życie, obniżając jego jakość. Tymczasem cóż to za życie bez możliwości uczestniczenia w kulturze? Ludzie chcieliby na chwilę wejść do świata odświętnego. Do lepszego świata. Takiego, w którym Bach i Bruckner nadal prowadzą nas do nieba, Beethoven nadal ma siłę rażenia. W którym opery Mozarta nie tracą na aktualności, Pieśni Schuberta nadal głęboko poruszają. A „Święto Wiosny” Strawińskiego zaskakuje za każdym razem potęgą pierwotnej żywiołowości. W którym są wartości trwałe i nieprzemijające. One świadczą o potędze umysłu człowieka, potędze jego wyobraźni, o twórczej sile. To ludzi umacnia i pokrzepia.

Dla kogo brytyjskie Oscary?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kurier

babcia donosy już tylko do UE nie do GW :)

Dodaj ogłoszenie