Jak się ma po „Bożym Ciele“ nasze podkarpackie Hollywood? Odwiedziliśmy Jaśliska, które zagrały już w niejednym filmie

Andrzej Plęs
Alicja Majdosz, dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury w Jaśliskach, też zagrała w "Bożym Ciele". Wcieliła się w rolę żony wójta. Zdjęcie zrobiliśmy jej na tle kościoła, który nie mógł "zagrać" swoim wnętrzem w filmie, bo nie zgodziła się na to przemyska kuria
Alicja Majdosz, dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury w Jaśliskach, też zagrała w "Bożym Ciele". Wcieliła się w rolę żony wójta. Zdjęcie zrobiliśmy jej na tle kościoła, który nie mógł "zagrać" swoim wnętrzem w filmie, bo nie zgodziła się na to przemyska kuria Krzysztof Kapica
W Jaśliskach - niemal jak w Hollywood: gwiazdy filmowe bywają tu często, nie wzbudzając sensacji. Raz na kilka lat stolica najmłodszej na Podkarpaciu gminy doświadcza najazdu ekip filmowych, co dla miejscowych też nie jest wstrząsem. Co najwyżej maleńkim, jeśli zdecydują się zagrać w filmie.

Reżyserowi „Bożego Ciała” wymarzyły się Jaśliska na miejsce akcji. W drewnianej architekturze sprzed 100 lat czuć autentyzm polskiej prowincji, murowany kościół z XVI wieku góruje nad domkami w przestrzeni i w codziennym życiu mieszkańców.

I w filmie też miał górować. Metaforycznie i dosłownie. Pięciuset mieszkańców wsi nie będzie robiło tłoku na ekranie, nieregularnie, wytyczona przez potrzeby, a nie urbanistę, mapa nieregularnie prowadzonych uliczek musiała urzec reżysera.

Jaśliska tu nakręcono "Boże Ciało" i wiele innych uznanych f...

No, to kręcimy

Kiedy Jan Komasa zjeżdżał do Jaślisk na „rozpoznanie”, miał scenariusz, ekipę filmową, główną obsadę aktorską, właśnie znalazł scenografię, która już była, a nie było potrzeby jej budować. I pozostało jeszcze uzupełnić obsadę o role trzecioplanowe i statystów. I to też znalazł na miejscu, choć nie bez problemu.

- Wychodzących z kościoła ludzi po kolei pytaliśmy, czy zgodziliby się na udział w filmie - opowiada Alicja Majdosz, dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury w Jaśliskach. - W tym ulicznym castingu uczestniczyły dwie osoby z GOK i asystent reżysera. Każdemu pokrótce tłumaczyliśmy, co to za film i o czym, jak mniej więcej miałby wyglądać ich udział w filmie. Zdecydowana większość odmawiała, bez uzasadnienia.

A jednak kilkanaście osób udało się namówić, pani dyrektor przypuszcza, że motywowani byli „może trochę ciekawością - jak realizacja filmu wygląda od środka”.

Jan Komasa kręci film na Podkarpaciu. W obsadzie m.in. Lesze...

- Na pewno nie żądzą sławy - zastrzega pani Alicja. - Wtedy nikt nie przypuszczał, że obraz sięgnie nominacji do Oskara. - Może ich opór wynikał z tego jeszcze, że społeczność lokalna została przedstawiona w filmie w nie najlepszym świetle. Oczywiście wszyscy byli świadomi, że to nie Jaśliska „grają w filmie”, tylko jakaś hipotetyczna społeczność. To nie film dokumentalny, lecz fikcja, ale opór pozostał.

Są i takie opinie, że kandydatom na statystów nie bardzo spodobało się to, jak Kościół został w filmie przedstawiony.

Sama zagrała rolę żony wójta (Leszek Lichota).

- Uczestniczyłam w castingach, ale jakby po drugiej stronie - szukałam kandydatów - tłumaczy. - Nie brałam pod uwagę, że mogę wystąpić na ekranie. A potem asystent reżysera powiedział mi, że Jan Komasa od samego początku upatrzył mnie sobie w tej roli, i że to mam być ja. Przejrzałam scenariusz, uznałam, że mogę „mignąć” na ekranie kilka razy, jako ta szara mysz w cieniu wójta, rzucać się w oczy nie będę, więc - czemu nie.

Uważny widz dostrzegł, że - wbrew swoim oczekiwaniom - „migała na ekranie” dość intensywnie.

W realizacji obrazu był jeden cichy zgrzyt: Komasa wymarzył sobie, by kręcić zdjęcia wewnątrz miejscowego kościoła. XVI-wieczny ołtarz estetyką rzuca na kolana nawet niewierzących. Proboszcz w Jaśliskach przejrzał scenariusz, nie miał nic przeciwko temu, nie zgodziła się Kuria Metropolitalna w Przemyślu. I w ten sposób w „Bożym Ciele” kościół jaśliski zagrał, ale tylko jego zewnętrzne mury.

- A szkoda, bo wnętrze naszego kościoła to wyjątkowej klasy zabytek, żałuje Adam Dańczak, wójt Jaślisk.

Sebastian Szałaj zagrał w „Bożym ciele” komendanta straży pożarnej. Nim padł pierwszy klap, od lat znał scenarzystę filmu, znał reżysera, kilka lat mieszkał w drewnianym domku, który w filmie „robił za plebanię”.

Czytaj także

- Rzeczywiście była wśród części mieszkańców obawa, że film może mieć wydźwięk antykościelny, znamy społeczną dyskusję po „Klerze” - tłumaczy. - Być może te obawy podzielano również w kurii. Tymczasem po premierze proboszcz wręcz namawiał z ambony, by wybrać się na seans, że daje przykłady tych dobrych postaw moralnych, że nie pada nawet cień sugestii, że wiara w Boga jest zła. Wręcz przeciwnie. Wtedy nawet ci sceptyczni wcześniej teraz przestali dostrzegać na ekranie interpretacje antykościelne, resztki sceptycyzmu opadły, kiedy film dostał nominację do Oskara. Choć były pojedyncze komentarze, że… historia trochę za mocna.

Nieoficjalnie wiadomo, że proboszcz miał tylko drobne uwagi do scenariusza, które zresztą zostały wprowadzone. Chodziło głównie o scenę nieprzytomnie pijanego filmowego proboszcza - alkoholika, dźwiganego z podłogi na łóżko. Scena i tak została, choć w wersji pierwotnej miała bardziej dramatyczny przebieg.

Szałaj dodaje, że nawet przed i w trakcie zdjęć nie trzeba było długo tłumaczyć miejscowym, że tak otwarta - jak tu - społeczność, ma zagrać rolę społeczności hermetycznej, pełnej uprzedzeń, stereotypowo myślącej, z awersją do obcych. Czyli zupełną swoją odwrotność.

- Owszem, nie jesteśmy społecznością doskonałą, mamy swoje przywary, jak każda, ale w tych niedoskonałościach daleko nam do skali prezentowanej w filmie - tłumaczy.

Swojego udziału w filmie nie przecenia.

- Nie mam usposobienia narcystycznego - zapewnia. - Zobaczyłem to, czego mniej więcej się spodziewałem.

Trochę samokrytycyzmu prezentuje pani Jolanta. Widziała się na ekranie?

- Widziałam - przyznaje z uśmiechem. - I - Bogu dzięki - było mnie tylko tyle, ile było, a nie więcej.

Filmowy ministrant, służący do filmowe mszy, narzekał po wszystkim, że po iluś tam dublach rękę mu urywało od dzwonienia.

Jaśliska gwiazdorzą

„Boże Ciało” nie było debiutem miejscowości. Jaśliska debiutowały w 1988 roku dramatem „Gwiazda Piołun” Henryka Kluby, w gwiazdorskiej obsadzie (m in. Zdzisław Kozień, Ignacy Machowski, Tadeusz Huk, Leon Niemczyk, Marian Dziędziel). Na następną scenograficzną rolę główną miejscowość musiała czekać pełne 20 lat.

W 2008 r. na ekrany wszedł obraz Dariusz Jabłońskiego „Wino truskawkowe”. Trochę jaśliszczan ekipa wymęczyła, zdjęcia - z przerwami - trwały półtora roku.

- Akcja filmu mówiła, że plenery mają być kręcone w różnych porach roku, toteż ekipa filmowa pojawiała się w Jaśliskach i znikała - dodaje pani Alicja.

Nie tylko miejscowość zagrała w tym obrazie, ale i tłum jej mieszkańców. Bez większych oporów, choć i tym razem na ekranie lokalna społeczność wypadała mało pochlebnie. Sebastian Szałaj dodaje, że ten obraz został w Jaśliskach „mocno” odebrany, bo też występuje w nich pewnie z połowa mieszkańców.

Po następnych dziesięciu latach w Jaśliskach zaroiło się od ekip filmowych. Od 2017 można je było dostrzec we francuskiej „bardzo czarnej” komedii „Wielkie zimno”. Tego samego roku zjechała tu ekipa Małgorzaty Szumowskiej, nagrać kilka ujęć do filmu „Twarz”. I tym razem Jaśliska posłużyły za scenografię obrazu, który miał przedstawiać małomiasteczkową społeczność wszystkie jej typowe przywary i stereotypy „dziury zabitej dechami” ze wszystkimi jej niedoskonałościami.

W Jaśliskach już wcześniej zrozumieli, że film to tylko film, fabuła nie jest rzeczywistością, a lokalna społeczność - także w „Twarzy” - to nie oni. Taki niefart mają, że Jaśliska muszą robić za scenerię filmów o ludziach trochę podłych, trochę wrednych, trochę prostackich, ale potrafią odróżniać ekran od realu.

Jeden zwierzył się markotnie, że przy „Bożym Ciele” płacono tylko 80 zł za dzień zdjęciowy statystowania, a w „Winie truskawkowym” było dwa razy tyle, ale tylko jeden. I bardzo za złe nie miał.

Źródła popularności źródłami zysku?

Filmowcy bałaganu w Jaśliskach nie zrobili, przez ten ponad miesiąc zdjęciowy wtopili się między miejscowych, typowo „filmowcowych” brewerii nie było, co może wynikało ze spokojnego charakteru głównodowodzącego operacją reżysera.

W miejscowym sklepiku spotykali się miejscowy gospodarz z operatorem filmowym, jak człowiek z człowiekiem, a nie jak człowiek z gwiazdą. Na uliczkach mijali się dźwiękowiec z gospodynią: normalne, ludzkie uprzejmości przy powitaniu.

To nie Międzyzdroje, z ich czołobitnością wobec gwiazd ekranu. I nie Hollywood, ścielący czerwone dywany przedstawicielom X Muzy. Nawet oskarową nominację na najlepszy film nieanglojęzyczny przyjęto tu bez histerycznego entuzjazmu, choć z powściągliwą dumą. Nawet występujących w obrazie kilkunastu jaśliszczan nie zaczęło gwiazdorzyć, choć oglądała ich kapituła oskarowa w Hollywood.

- Wcześniej było przecież kilka produkcji w Jaśliskach, jesteśmy już obyci z kamerą - tłumaczy Sebastian Szałaj. - Od początku do końca zdjęć oba światy wyraźnie darzyły się życzliwością.

I z wdzięczności ekipa filmowa przysłała do Jaślisk zaproszenia na rzeszowską premierę filmu. Pojechali, zobaczyli, podobno się podobało. Nawet tym, którym początkowo nie bardzo się podobało, że film „tyka Kościół”.

Urokliwość drewnianej, wiejskiej architektury sprzed dekad, beskidzka pochyłość uliczek, autentyzm tego miejsca, piętrzące się wokół na horyzoncie malownicze wzniesienia Beskidu Niskiego, spokój codziennego życia. Nie tylko to filmowców tu przyciąga.

- Na pewno otwartość mieszkańców - zapewnia dyrektor Majdosz. - Niczego nie udają. I specyficzny klimat Jaślisk. Janek Komasa, jak tylko tu przyjechał, powiedział: „to jest to”. Pierwotnie ponoć miał kręcić na Mazurach, ale… veni, vidi i.. kręcę tutaj. Niektórzy aktorzy do dziś chętnie wracają tu na wakacje, Leszek Lichota wpada od czasu do czasu.

Niektórzy z ekipy filmowej przebąkiwali, że poszukają tu sobie działki do zamieszkania. Podobno niektórzy już zaczęli szukać. Miejscowi już oswoili się z myślą, że ich miejscowość stała się podkarpacką stolicą produkcji filmowej. A i władze gminne zaczęły w tym upatrywać dźwignię promocji i potencjalnych zysków.

Po „Gwieździe piołun” było za wcześnie, po „Winie truskawkowym” i „Twarzy” już można było, bo i Jaśliska były już gminą (od 2010 r.) i udział miejscowości w realizacji sztuki filmowej zaskakująco powtarzalny. Ale żaden z poprzednich obrazów nie miał takiej rozpoznawalności, sławy międzynarodowej i siły promocyjnej, jak „Boże Ciało”.

I to jest ten moment - uznał wójt Adam Dańczak po premierze filmu. A potem, jesienią ubiegłego roku, zauważył, że do Jaślisk zjeżdża się jakby więcej turystów, część z nich chce połazić miejscami, znaczonymi filmem. I że rzeczywiście łazi.

Owszem, turyści tu bywają, Jaśliski Beskid jeszcze tak nie rozdeptany turystycznie, jak Bieszczady, spokój i autentyzm tego miejsca zachwyca nawet światowców. To tu zamieszkał były konsul polski w USA. I sobie chwali. Miejscowi przyjęli go, jak swojego.

Wójt Dańczak potwierdził sobie obserwacją ruchu w gminie, że „Boże Ciało” może być trampoliną rozwoju gminy, wymarzył sobie trzydniowy festiwal filmowy na wolnym powietrzu. I nawet zaczął go organizować. Plan: ruszamy wczesnym latem 2020.

Jeszcze w styczniu do Jaślisk gromadnie zaglądali turyści, miejscowa agroturystyka z wiosną spodziewała się małego tłumu przyjezdnych, co to będą chcieli zobaczyć plenery „Bożego Ciała”, albo chociaż otrzeć się o nieskalany jeszcze Beskid Niski. W lutym marzenia runęły wraz z pandemią.

- Czekamy na rozwój sytuacji - zapowiada wójt Dańczak. - Nie wszystkie nadziej stracone, pewnie wczesnoletni festiwal filmowy już nie do uratowania, ale spróbujemy w późniejszym terminie.

Przecież i później „Boże Ciało” nie przestanie istnieć i Jaśliska z filmu też nie. Ani ten Beskid z przebitek, który widokiem zapiera dech w piersiach, w realu pewnie jeszcze silniej niż na ekranie. Ani szarobura drewniana plebania, ani niebieskawy dom kościelnej, który po zdjęciach wrócił do realnych właścicieli.

Przy rynku wciąż stoi tablica, na której w filmie widać fotografie ofiar wypadku. A widać ją wielokrotnie i „gra” lepiej niż niejeden statysta. Przed zdjęciami i po nich to zwykła tablica ogłoszeniowa, z urzędowymi komunikatami, propozycjami odkupu poroży jelenich i sprzedaży kur niosek.

Przy wjeździe do Jaślisk wciąż stoi ogromny, stalowy koronowany orzeł, otoczony flagami. Zupełnie, jak w niemal ostatnich kadrach filmu. „Wypasiony” dom filmowego wójta Lichoty wciąż taki sam, właścicielka z uśmiechem oświadcza: „Chcecie fotografować? Bez problemu, ale beze mnie. Mnie w filmie nie było”.

Czytaj także

Wideo

Materiał oryginalny: Jak się ma po „Bożym Ciele“ nasze podkarpackie Hollywood? Odwiedziliśmy Jaśliska, które zagrały już w niejednym filmie - Nowiny

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.