reklama

Grzegorz Kalinowski: Mieczysław Fogg był Dawidem Podsiadło międzywojennej Polski

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Zaktualizowano 
fot. materiały prasowe
Warszawa przedwojenna to był świat kontrastów. Babcia z jednej strony pamiętała z tamtych czasów kolorowe neony, kina, piękny Ogród Saski, a z drugiej – bezdomnych mieszkających na Powiślu pod mostem - mówi Grzegorz Kalinowski, autor ksiązki "Smierć z ogłoszenia".

W księgarniach już jest „Śmierć z ogłoszenia”, trzecia część kryminalnej serii o komisarzu Kornelu Strasburgerze, którego znamy też z innych Twoich powieściowych cykli. Zanim zapytam o metamorfozę Strasburgera, interesuje mnie, skąd Ty tak dobrze znasz przedwojenną Warszawę?

Nie pamiętam, żebym nie znał.

Jak to?

Znałem ją od zawsze. Babcia ze strony mamy dużo mi o niej opowiadała, a ja z babcią spędzałem w dzieciństwie najwięcej czasu. Trochę wiedzy przekazał mi też dziadek ze strony taty – informacji było może mniej, ale były to interesujące szczegóły. Swój udział ma też mój tata, który jest przedwojennej daty.

Zbigniew Kalinowski

Tak jest. Tata sporo pamięta wciąż wspomina. No i oczywiście teść, któremu dedykowałem tę książkę.

Teść, czyli Mieczysław Skaryszewski, który urodził się jeszcze przed zamachem majowym. Kim on był?

Był po prostu zwykłym warszawiakiem. Pracował jako księgowy.

Pochodził z ciekawej, bogatej w tradycje rodziny.

Rodzina była na tyle ciekawa, że jej losy odwzorowałem niejako w książce „Śmierć frajerom”. Znalazło się w niej trochę nazwisk z linii pochodzenia rodziny; stąd właśnie Heniek Wcisło ma drugie nazwisko Haas, które wziął po swoich niemieckich kuzynach. Stąd Heniek ma matkę Niemkę, tak jak moja żona miała babcię Niemkę. Rodzina teścia wżeniła się w niemieckich kolonistów, Haasów którzy od połowy XIX wieku mieli ziemię w Skoroszach, na terenie dzisiejszych Włoch i Ursusa. Niedawno pojechałem wstawić samochód do warsztatu antykorozyjnego; w pobliżu warsztatu znajduje się ulica Władysława Hassa (nazwisko Haas straciło jedno „a” i zyskało drugie „s”), wujka mojego teścia. Niedaleko jest Skwer Rodziny Hassów, na Skoroszach znajduje się ich kapliczka, która stała na brzegu ich gospodarstwa. Władysław Hass był pierwszym wójtem Skoroszy i podlegającym im Włoch, szefował straży pożarnej, i komitetowi budowy kościoła, był przedwojennym posłem BBWR.

Imponująca postać!

Zmarł na serce wychodząc z posterunku żandarmerii, gdzie po raz kolejny odmówił przyjęcia obywatelstwa Rzeszy. Warszawa, podobnie jak Łódź i wiele innych miast w Królestwie Polskim była wielokulturowa; dominującą rolę odgrywali Polacy, ale żyli tu też Żydzi, Niemcy i Rosjanie.

Narodowościowy tygiel, który wzajemnie się tolerował?

Nie do końca. Najbardziej otwarci byli Niemcy. Wśród najważniejszych warszawiaków są; Wedel, Gebethner i Wolf, Kolberg, spolonizowanie przyszło im łatwiej niż Rosjanom, niemal wszyscy wyjechali w 1915 roku i nigdy już do Warszawy nie wrócili. W większości byli to urzędnicy i nie wszyscy byli tak ciepło wspominani jak pełniący obowiązki prezydenta Warszawy u schyłku XIX wieku Sokrat Starynkiewicz. Natomiast czy w gwarze warszawskiej, czy sposobie mówienia na pewno zostało wiele rusycyzmów. Moja babcia klęła po rosyjsku. Znakomicie (śmiech).

Twój teść Skaryszewski miał coś wspólnego z Parkiem Skaryszewskim?

To zupełnie inna para kaloszy. Teść zamówił badania genealogiczne, ale w tym względzie do niczego nie doszedł – nie znalazł połączeń. Natomiast na pewno wśród jego przodków z linii bocznej jest biskup Skaryszewski, pochodzący z ubogiej szlachty, który nie najlepiej zapisał się w historii Polski.

Targowiczanin. Czyli sprzedawczyk, kolaborant, zdrajca.

A potem został prymasem Polski pod auspicjami cara, od egzekucji uratował go nuncjusz apostolski. Legenda rodzinna mówi o tym, że urodziło się dwóch braci, jeden z nich od chrzestnych Tarnowskich dostał pieniądze na edukację i został biskupem, a drugi nie chciał się uczyć i został szewcem. Kwerenda w archiwach wykazała, że faktycznie tak musiało być, bo obaj pochodzili z tej samej miejscowości, w tym samym kościele byli chrzczeni, jeden zaszedł wysoko, a drugi w XVIII wieku jako szewc osiedlił się w Piasecznie; to były czasy, kiedy szlachta zaczynała tracić ziemię i posady w magnackich wojskach i wchodzić do rzemiosła.

Nie bez powodu mówią o Tobie – mistrz warszawskiej opowieści. W swoich książkach, czy to serii sensacyjno-przygodowej, czy retro kryminalnej, pokazujesz Warszawę z czasów XX-lecia międzywojennego, pokazujesz Polskę lat 30. Ale Polskę odbrązowioną. Jaka więc ona jest? Jaka wtedy była i jak rozwijała się Warszawa?

Babcia z jednej strony pamiętała z tamtych czasów kolorowe neony, kina, piękny Ogród Saski, a z drugiej – bezdomnych mieszkających na Powiślu pod mostem. To był świat kontrastów. Ale jak większość starszych ludzi, którzy przeżyli wojnę i jej niewyobrażalny koszmar, czasy przedwojnia wspominała w bardzo pozytywny sposób. Tak budowała legendę – od wolnej stolicy, przez okupację hitlerowską, potem radziecką, po czasy beznadziei komunistycznej. Wydaje mi się, że większość ludzi z tamtych czasów opowiadała nie o tym, co było, ale o tym, do czego aspirowali. Zresztą, ówczesna kinematografia, której poświęcam w książce sporo miejsca, była właśnie aspirująca. To znaczy – były salony, był ktoś, kto się wybijał, było piękne towarzystwo, gładkie, przedniojęzykowe „ł”, były kreacje, smokingi. Być może dzisiaj nam wydaje się to trochę groteskowe, ale jeśli popatrzymy na współczesne seriale, to w zasadzie nie ma takiego, który by się toczył gdzieś w dołach społecznych. Ludzie chcą oglądać klasę średnią albo wypucowaną wieś, albo obrazki z życia ludzi sukcesu. Słowem – świat, którego praktycznie nie ma, podmalowany, w pięknych barwach; a kiedy w tym świecie ktoś umrze, to dopiero jest sensacja. Prasa długo potem pisze o tym, że ktoś z serialu umarł; zupełnie, jakby działo się to w realnym życiu.

Pokazujesz w książce przedwojenne polskie kino, które wtedy głównie służyło rozrywce. Filmy były szmirowate, ale z gwiazdami takimi jak Eugeniusz Bodo i inni, których zresztą w swoją powieść wplotłeś. Tamte dawne gwiazdy były na miarę ówczesnych gwiazd Hollywoodu?

Dokładnie to samo można powiedzieć i o dzisiejszych gwiazdach – to nasze gwiazdy, o których marzymy, żeby zrobiły karierę w Hollywood. Nieprzerwanie trwają dyskusję o tym, że Tomasz Kot ma zagrać czarny charakter w nowym Bondzie, tylko Bond się nie zgadza, bo jest za niski, a Kot za wysoki i to by źle wyglądało. Ileż to prasa pisała o tym, że w amerykańskim filmie miał grać Tomasz Karolak i jaką to rolę miał nie zagrać, a potem się okazało, że go wycięli i była straszna kicha. Ile pisano o Weronice Rosati, że gra z Michaelem Duglasem, a okazało, że tylko przemknęła przez ekran. A jak pompowano „Pewnego razu w… Hollywood, w którym zagrał Rafał Zawierucha. Z polskiej prasy wynikało, że zagrał główną rolę, a Brad Pitt, Di Caprio i cała reszta posłużyła jedynie za tło. A potem okazało się, że Zawierucha wypowiada tylko jedno zdanie i to do psa.

To nasz narodowy kompleks wobec Hollywood?

Chodzi nie tylko o Hollywood, bo portale robią klikalność na tym, że Polak będzie grał w Bundeslidze. A potem się okazuje, że Bundesliga owszem, ale nie w Niemczech, tylko w Austrii, nie w piłkę nożną, tylko w siatkówce. Zawsze wyglądaliśmy polskich sukcesów! Stąd też zwycięstwo w challenge w 1932 roku polskiej załogi Żwirki i Wigury było była ekscytacja, jaką dziś wywołałoby tylko zdobycie mistrzostwa świata w piłce nożnej. Głód sukcesu wynikał z tego, że państwo polskie było młode i bardzo tego sukcesu potrzebowało.

Pokazujesz to w „Śmierci z ogłoszenia”. Jak też to, w jaki sposób liczy się sukces zarówno w sensie szerszym, jak i prywatnym, osobistym. Jakie znaczenie ma uznanie, poklask, ambicja. To jest uniwersalne i nie zmienia się w zależności od czasów?

To jest niezmienne. Dlatego postać Weinberga bardzo przypomina współczesnych producentów. Stąd postać tego strasznego śpiewaka operowego, który wzorowany był na zupełnie innej profesji…

… a przypomina mi pewnego celebrytę (śmiech).

Niech czytelnicy sami zgadują, kto był pierwowzorem. Niektórzy widzą w nim Placido Domingo choć książkę skończyłem przed wybuchem skandalu.

W Twojej powieści występuje też prawdziwy Jan Kiepura i Mieczysław Fogg. Słuchałeś ich utworów?

Fogg na pewno należy do postaci trochę niedocenianych. Patrzy się na niego z perspektywy lat 70.-80., kiedy śpiewał dla starszych ludzi i wszystko, co śpiewał trąciło myszką. Ale gdyby się cofnąć w czasie, to zbytnio nie przesadzę, kiedy powiem, że był on Dawidem Podsiadło międzywojennej Polski i że gdyby wtedy był w Warszawie taki stadion, jaki dziś mamy, to spokojnie byłby zapełniony ludźmi, którzy kupiliby bilety na jego koncert.

Wspomniałeś o postaciach powieści, więc mogę już z czystym sumieniem zapytać: jak możliwa była taka przemiana aspiranta Konrada Strasburgera, z nieporadnego ciamajdy w top one bohatera polskiego kryminału, świetnego komisarza specjalnej grupy w Komendzie Głównej Policji?

W książce „Śmierć frajerom” jest on po prostu gówniarzem. Facetem, który wchodzi w świat starych wyg i już pierwsze jego starcie z kierowcą Szpicbródki to absolutny nokaut. Ale w kolejnej części da się zauważyć, że jest on niedoceniany, jest krnąbrny, ale na tle prymusa, którym był Karol Denhel (nie mylić z pisarzem Jackiem Dehnelem), okazuje się, że posiada zmysł psa myśliwskiego i znakomicie sobie radzi. W „Złotej masce” jest już facetem krotochwilnym, może nie zawsze celuje z dowcipami, oczywiście od pierwszej do ostatniej części nadal przekręca wszystkie łacińskie przysłowia, ale jeśli chodzi o warsztat policjanta, to jest coraz lepszy.

To ciekawy zabieg, żeby wyjąć go z ram drugoplanowej postaci, jaką był w łotrzykowskiej serii powieści.

On po prostu dojrzewa. A nawet, powoli, zaczyna się już starzeć.

Ciekawa jestem, czy powieściowe Archiwum X, w którym pracuje Twój bohater, byłoby w przedwojennej policji w ogóle możliwe?

To był sposób na urozmaicenie fabuły, swego rodzaju ukłon w kierunku współczesnych czasów. Na pewno były sprawy z przeszłości, do których wracano, ale nie było, a przynajmniej ja o tym nie wiem, specjalnego wydziału policji. To też był pomysł na to, jak przełożeni Strasburgera, radzą sobie z utalentowanym, ale krnąbrnym śledczym. Dają mu „kopa w górę”, awansują tak, żeby się go pozbyć i co doprowadza go wraz ze współpracownikami do pokoiku na poddaszu komendy, przy archiwum. Niewygodni ale najlepsi, więc tworzy się z nich komando do specjalnych poruczeń. Dostają bardzo dziwne sprawy, niekoniecznie przedawnione czy przedawniające się.

Podczas pracy nad „Śmiercią z ogłoszenia” czytałeś nietypowe ogłoszenia w ówczesnej prasie?

Wszystkie ogłoszenia z wyjątkiem tych, które zamieszcza morderca, są autentyczne: szewca, który przenosi swój zakład, zapowiedź występu artystów w cyrku, anonse restauracyjne, włącznie z barem reklamującym się „Americana to grono rolników walczących z kryzysem”. To wszystko w skali jeden do jednego zdjęte jest ze starych, przedwojennych gazet. Taki był język, tak się wtedy ludzie ogłaszali.

Jest pierwowzór pisarza, który w powieści ginie, a miał napisać powieść przygodową z miłosnym wątkiem, aby posłużyła za kasową adaptację filmową?

W każdej epoce są tacy pisarze, tak jak w każdej epoce są tacy aktorzy czy aktorki, jak gwiazda teatru lwowskiego. Raz znajomy z Krakowa podzielił się ze mną swoją obserwacją: - Siedzą aktorzy wielkich teatrów, ci, którzy grają sztukę wysoką i narzekają: „Ech, Warszawa. Telewizja! Serial! Ech… znów nie zadzwonili”.

(Śmiech).

Trochę tak jest – niby artyści są ponad to, jednak miło by było zagrać w filmie. Słabość do tego mają i wielkie postaci, wielcy aktorzy. Raz kolega aktor zapytał na rynku Andrzeja Grabowskiego: „- W jakim gównie ty grasz. Ja bym odmówił. - A zaproponowali ci? - No nie” - To jak ci zaproponują, to odmów. Kiedyś, kiedy jeszcze pracowałem w radiu, zaprosiliśmy do audycji Kazimierza Kaczora, który tłumaczył, że zdarza się, iż komercyjny występ w reklamie czy serialu daje aktorom możliwość występowania w teatrze. Częściej zastanawiamy się nad tym, dlaczego któryś z aktorów występował w serialu, a powinniśmy się zastanawiać, dlaczego, skoro ma pieniądze, występuje jeszcze w teatrze. Odpowiedź brzmi: bo naprawdę to kocha. Warto byłoby czasem spojrzeć na to z drugiej strony.

Należysz do tych artystów, którzy czekają na ten jeden telefon? Niekoniecznie z Hollywood, ale na przykład z Canal+. Zadzwonią do ciebie jak do Vincenta Severskiego i powiedzą: „Chcemy zaadaptować pana książki na świetny serial o Kornelu Strasburgerze”?

Na szczęście ten problem mam z głowy od samego początku. Zacząłem pisać książki, bo uznano, że mój scenariuszowy pomysł na historię, którą można by pokazać w serialu, jest kompletnie nierealizacyjny. Za drogi, za dużo się dzieje.

To znaczy, że jesteś pisarzem elitarnym.

Czy ja wiem. Większość pisarzy, którzy tworzą dziś tego rodzaju książki, trzeba by nazwać elitarnymi. Polska kinematografia czy telewizja nie ma takich zdolności produkcyjnych, żeby zrobić serial wysokiej klasy, dobry i komercyjny zarazem. Serial „Pitbull” był jednym z takich nielicznych przykładów, który łączył te dwie cechy i może jeszcze „Wataha”. W całej reszcie jakość i komercja w dobrym tego słowa znaczeniu nie spotykają się razem.

Dlaczego właściwie odszedłeś od pisania powieści sensacyjno-przygodowych, łotrzykowskich i zdecydowałeś się na kryminał?

Wzięło się to z tego, że prowadząc research, czytając, zainteresowałem się historią handlu kobietami i alfons-pogromu. W „Śmierci frajerom” nie miałem żadnej możliwości, żeby o tym napisać, bo zniszczyłbym przyjętą narrację. Pomyślałem więc, że fajnie byłoby napisać przedwojenny kryminał. Miał być tylko jeden. Napisałem trzy.

„Śmierć z ogłoszenia” jest tą trzecią częścią. Ostatnią?

Na razie ostatnią. Ale na pewno ze Strasburgerem będzie z nim tak, jak jest teraz z Heńkiem. Przecież Henryk Wcisło występuje we wszystkich tych trzech częściach, przewija się przez nie.

Przewija... Znam czytelniczki, które bardzo tęsknią za Heńkiem Wcisło i chciałyby poczytać o nim, jako o głównym bohaterze. Masz dla nich dobrą wiadomość?

Nie po to Henryk po pijaku wygrywał w karty hacjendę pod Marbellą, żeby nigdy do niej nie pojechać. To klucz do jego przyszłości. Ciąg dalszy musi być; plany wobec niego mam bogate.

Recenzenci, którzy oceniają twoją literaturę, podkreślają namiętne wręcz przywiązanie do szczegółów i to, że prowadzisz kronikarską narrację.

Niektórzy nawet czynią mi z tego zarzut, traktując to jako wadę.

Nie uważam tak. Przeciwnie, to spotkanie z historią, którą dzięki takim zabiegom ożywiasz. To szczególna twoja umiejętność, aby wplatać życie fikcyjnych bohaterów w rzeczywistość. Skąd wzięła się taka Twoja biegłość?

Pomysł na to, żeby bawić się w tego rodzaju klucze i mieszać różnego rodzaju historie wziął się od Umberto Eco i jego „Imienia Róży”. Eco mrugnął okiem, umieszczając jako detektywa ojca Wilhelma z Baskerville, czy Jorge z Burgos, kostycznego mędrca, ślepca, w którym od razu rozpoznałem Jorge Luisa Borgesa. Kolejną inspiracją był film „Forrest Gump”.

W którym fikcyjną postać wpleciono w najważniejsze wydarzenia Ameryki i świata w ogóle.

Bardzo mi się to spodobało. Potem okazało się, że jest jeszcze jeden pisarz, który z tego korzysta. To Jonas Jonasson, autor książki „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”.

Można więc powiedzieć, że to zabieg w literaturze znany.

Tak. Ale ja mam swoje zasady. Na przykład taką, że postaci historyczne i daty – to wszystko musi się zgadzać. Tu odzywa się we mnie stary belfer. Uważam, że historia i oryginalne wydarzenia są na tyle ciekawe, że nie można być leniem. Trzeba tak poprowadzić bohaterów, żeby się wpasowali w prawdziwe historie, prawdziwe charaktery, a nie naginać historię w taki sposób, żeby to nam było wygodnie.

Z jednej strony mówi się, że kryminał w Polsce trzyma się nieźle, a z drugiej strony od samych autorów kryminałów słyszę, że dziś już trudno napisać coś oryginalnego, bo tak daleko się zaszło. Czy można pokazać jeszcze bardziej okrutne morderstwo, jeszcze bardziej zwyrodniałego mordercę.

No właśnie, ja mam tego dość. Kiedy jeszcze Marek Krajewski stworzył swoje straszne uniwersum wrocławskie, to było dość zajmujące. Ale część kolegów prowadzi chyba do takiej sytuacji, jaka była w „Mindhunterze”, choć generalnie to była prawdziwa sytuacja – ktoś komuś obciął głowę, a potem jeszcze zgwałcił. Wydaje mi się jednak, że tu te rezerwy są najmocniej wykorzystywane, rzadko ktoś myśli o tym, co by tu jeszcze nowego wydobyć. Jestem pod wrażeniem serii kryminalnej Grześka Kapli i to nie dlatego, że to mój kolega. Należałem do sporego grona osób, które mówiło mu: „Stary, przestań pisać bloga, bo marnujesz czas; zrób w końcu jakąś powieść”. Bloga nie zarzucił, ale trzy świetne powieści napisał. Świetnie się je czyta, to majstersztyk, a nie powieści z taśmy.

Niektórzy tak robią. Na przykład Remigiusz Mróz.

Można by tak powiedzieć. Tylko, że Mrozowi to wychodzi. W jego przypadku to nie zarzut. Stworzył swój gatunek – powieści Mroza, który odnosi sukcesy, mimo, że od czterech lat się mówi, że się skończył, zdewaluował, zbankrutował…

… a który w ogóle się tymi opowiastkami nie przejmuje, tylko robi swoje.

Trzeba po prostu robić swoje. Jeżeli ktoś chce się ścigać z Remkiem Mrozem, albo napisać kryminał à la ktoś inny, to mu to nie wyjdzie. A Grzesiek Kapla opisał rzeczywistość przez kryminał. Czyli pojechał tak zwanym Chandlerem.

Co Ty chciałbyś jeszcze osiągnąć w kryminale?

Na pewno chciałbym utrzymać poziom. Bardzo się cieszę, że recenzenci, na których mi zależy, mówią, że „Śmierć z ogłoszenia” to moja najlepsza książka. Nie wiem, czy jest najlepsza. Każdą traktuję osobno. Ale na pewno jest inna. Chciałbym, żeby nie trafił mnie efekt wypalenia i presji, że coś muszę, coś powinienem. Wciąż szukam czegoś nowego. Teraz kończę książkę, która z założenia miała przedstawiać świat rockowy lat 80., a tak naprawdę jest czymś, o czym Jacek Kaczmarski śpiewa w piosence „Co się stało z naszą klasą”. Co się stało z ludźmi, którzy w latach 80. byli młodzi, gniewni. Co robią teraz, co się z nimi stało?

Młodzi, gniewni zbuntowani. Jeden z nich jest na przykład wicemarszałkiem Sejmu.

A inny posłem. O ile „Śmierć z ogłoszenia” mówi o tym, jak daleko można się posunąć, żeby zrealizować swoje marzenia, albo zrobić karierę, to ta książka mówi o tym, jak dalece można się zmienić w stosunku do lat młodości. Jak stracić swoje ideały. Jak człowieka może zgubić jego własna pazerność, do czego mogą doprowadzić nieszczęścia dnia codziennego. Jak można kogoś złamać, wypaczyć, wyrzucić na zupełnie inne tory; bo ktoś nie został gitarzystą, został pobity, ktoś miał złamane serce i poszedł w zupełnie inną stronę i zaczyna budować zupełnie inny świat niż ten, o którym marzył.

Wracając do „Śmierci z ogłoszenia” - co najważniejszego starałeś się w niej przekazać?

Chyba to, że marzenia można spełniać na różne sposoby. Ale najfajniej spełniać je tak, aby mieć z tego satysfakcję, a nie tylko chwilowe zadowolenie i żebyśmy przy tej okazji nie krzywdzili innych i nie poniżali siebie.

Szczerze o muzyce: Paprodziad

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie