- Rząd nakłada na polskich przedsiębiorców absurdalne regulacje, nieistniejące nigdzie indziej w Europie. Niemożliwe jest spełnienie wszystkich wymagań, stawianych firmom przez państwo – mówi dr Sławomir Mentzen, ekonomista, doktor nauk ekonomicznych i polityk Konfederacji.

„Państwo jest z przedsiębiorcami. Będziemy wspierać polskie firmy” – mówi premier Mateusz Morawiecki. A Pan premierowi nie wierzy.
Nie wierzę, bo rzeczywistość wygląda inaczej, niż przedstawia ją premier Morawiecki. Podam przykłady z ostatnich tygodni i miesięcy. W połowie października wprowadzono Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Od tego momentu każda nowo zakładana spółka Z.O.O.

ma obowiązek w ciągu tygodnia zgłosić beneficjentów rzeczywistych, czyli udziałowców tej spółki, do specjalnego rejestru. Jeżeli tego nie zrobi, grozi jej kara w wysokości do miliona złotych. Problem jest taki, że większość zarządów nowo zakładanych spółek Z.O.O. nie ma pojęcia o tej regulacji.

Ale to wina rządu?
Nie było żadnej kampanii informacyjnej, żadnej akcji, z której przedsiębiorcy dowiedzieliby się, że jeśli zakładają taką spółkę, to muszą dodatkowo zgłosić się do specjalnego rejestru. A w przypadku wprowadzania takich regulacji poinformowanie przedsiębiorców jest po prostu niezbędne. Przedsiębiorcom mówi się, że mamy tzw. jedno okienko do zakładania spółki w ciągu 24 godzin. I na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak to wygląda. Problem polega na tym, że pojawiły się nowe, dodatkowe okienka, do których trzeba się zapisać, a o których przedsiębiorców nikt nie informuje.

Rząd broni się, że dodatkowe regulacje to efekty wymogów, które narzuca Unia Europejska.
Jasne, ale dlaczego nie dobudowano tego do systemu S24, żeby równocześnie z założeniem spółki można było od razu zgłosić beneficjentów rzeczywistych?

CRBR to jedyny przykład?
Jest ich dużo więcej. Kolejny to wchodzący teraz rejestr BDO, gdzie każdy... a właściwie tak naprawdę nie wiadomo dokładnie kto, musi się zgłosić, żeby rejestrować przekazywanie komuś odpadów. W tym przypadku przepisy są wyjątkowo nieprecyzyjne i przedsiębiorcy nie wiedzą, czy muszą się do tego rejestru wpisywać, czy nie. Podobno każdy, kto zużywa opony, akumulatory i tonery, czyli de facto każdy przedsiębiorca, który ma samochód firmowy i drukarkę, powinien wpisać się do tego rejestru i w czasie ciągłym przekazywać informacje o zużywanych odpadach. To jest olbrzymi narzut regulacyjny. Według tych przepisów każda kosmetyczka, każda fryzjerka, powinna ważyć ścięte włosy i przekazywać informację na temat ich wagi. Przecież to kompletny absurd, żeby fryzjerka podlegała pod te same przepisy, co spalarnia śmieci.

To faktycznie sytuacja dziwna.
Powinniśmy zacząć rozróżniać małych przedsiębiorców, mikroprzedsiębiorców od naprawdę dużych firm. Rozumiem, że są obszary, w których naprawdę należy narzucić regulacje - choćby ochrona środowiska, czy ochrona danych. Ale w tej chwili mamy sytuację, że te same przepisy stosowane są dla KGHM-u i najmniejszego salonu kosmetycznego.

Skoro te regulacje są wymuszone przez Unię Europejską, to w krajach takich jak Niemcy, czy Francja również istnieje ten problem?
No właśnie na zachodzie Europy wygląda to zupełnie inaczej. Tam rozumieją, że mały przedsiębiorca to nie jest wielki przedsiębiorca. Jest mnóstwo wyłączeń, z których najmniejsi przedsiębiorcy korzystają, dzięki czemu kary im nie grożą. W Polsce niestety nie jest stosowana zasada UE+0, czyli wprowadzanie tylko tych regulacji, do których zobowiązuje nas Unia Europejska. U nas, gdy pojawia się jakaś regulacja na poziomie unijnym, to pracownicy ministerstw wykorzystują ją jako pretekst do nałożenia kolejnych regulacji, które wchodzą w tej samej ustawie, a sprzedawane są ludziom, jako wypełnienie wymagań unijnych.

Na przykład?
Wprowadzono w Polsce Exit Tax, do czego rzeczywiście zobowiązała nas Unia Europejska. Problem w tym, że w Polsce ten podatek od przeniesienia spółki za granicę rozszerzono również na osoby fizyczne. Więc jeżeli mamy Polaka, który ma udziały w spółce wartej więcej niż 4 mln złotych i on wyprowadza się z Polski np. do USA, tracąc w tym czasie polską rezydencję podatkową, to w momencie wyjazdu, w ciągu siedmiu dni musi zapłacić dziewiętnaście procent od posiadanego majątku, czyli od wartości rynkowej swojej spółki. Mało który przedsiębiorca posiada w ogóle tyle kapitału płynnego, żeby spłacić dziewiętnaście procent wartości swojej firmy. Tego nie ma w innych krajach, a nawet jeżeli jest, to założenie jest takie - okej, możesz wyjechać, a jeśli kiedyś swoje udziały sprzedasz, to wtedy zapłacisz nam podatek. Ale nie w momencie wyjazdu! To jest nasz polski wymysł. Takiego rozwiązania nie nałożyła na nas Unia Europejska.