Doktryna Ziobry. Nigdy się nie cofać, zawsze żądać jeszcze więcej [ANALIZA]

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Zbigniew Ziobro
Zbigniew Ziobro brak
Zdyscyplinowana garstka ziobrystów trzęsie Zjednoczoną Prawicą, narzuca jej główne polityczne tematy i ordynuje działania o fundamentalnym znaczeniu. Jak to w ogóle możliwe?

Partia Zbigniewa Ziobry Solidarna Polska jako samodzielny byt polityczny mogłaby liczyć na najwyżej kilkuprocentowe poparcie. Tymczasem niezwykle aktywni w mediach i w sieci ziobryści narzucają w tej chwili narrację całemu obozowi władzy, zupełnie tak, jakby to oni, a nie PiS byli tym dominującym w rządzącej koalicji . Zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Mateusz Morawiecki muszą brać udział w wyścigu z Ziobrą na radykalizm - w którym to minister sprawiedliwości narzuca tempo i reguły gry.

Ten wyścig zaczął się na dobre latem - w czasie poprzedzającym wybuch „wojny na górze” w obozie Zjednoczony Prawicy. Nie skończył się jednak po zawieszeniu broni, którym była rekonstrukcja rządu Mateusza Morawieckiego pomyślana tak, by zaspokoić roszczenia ziobrystów. W dodatku tempo tego wyścigu stale rośnie, a jego stawka staje się coraz wyższa. W efekcie dziś to działania Ziobry i jego ludzi są głównym powodem, dla którego Polska u boku Węgier Victora Orbana ruszyła na wojnę z Unią Europejską. Na szali stanęło 27 miliardów euro dla Polski bezpośrednio z unijnego Funduszu Odbudowy i kolejne 32 miliardy do wzięcia w postaci niskooprocentowanych pożyczek. Ważą się losy unijnego budżetu na kolejne lata - groźba polskiego i węgierskiego weta sprawiła, że w roku wychodzenia z pandemicznego kryzysu w Unii może funkcjonować prowizorium budżetowe.

Na tym nie koniec, bo w programach politycznych i publicystycznych w mainstreamowych mediach -które zawsze bardzo chętnie goszczą żwawych, pewnych siebie, niekiedy wręcz aroganckich - a tym samym zapewniających dobry polityczny show ziobrystów - na poważnie rozważany jest obecnie temat „polexitu”. I to w sytuacji, w której za ewentualnym wychodzeniem z Unii według sondaży mogłoby się opowiedzieć jakieś 11-13 procent Polaków, z których większość nie jest nawet wyborcami Solidarnej Polski, lecz Konfederacji.

Jak to właściwie możliwe, ze partia o dość marginalnym sondażowym znaczeniu narzuca obozowi władzy tematy i posunięcia o zupełnie fundamentalnym znaczeniu? Powody mają trojaki charakter. Pierwsza grupa tych powodów wynika stąd, że rachunki sił wewnątrz koalicji rządzącej zdecydowanie różnią się od reguł zwykłej arytmetyki. Fakt, że Ziobro rozporządza zaledwie 19 posłami z 235 mandatowej większości jest tu o wiele mniej ważny od tego, że bez Ziobry i jego ludzi tej większości po prostu nie ma.

Drugi obszar, z którego ziobryści czerpią swą siłę, to sama konstrukcja ich partii. Trzeba tu oddać ministrowi Ziobrze i jego ludziom, nomen omen, sprawiedliwość. Są bardzo pracowici, konsekwentni i aktywni - czy wręcz hiperaktywni. Politycy Solidarnej Polski są niemal bez wyjątku młodzi, skupieni wokół lidera i bardzo wobec niego lojalni, zdeterminowani i w każdej chwili gotowi do działania na wezwanie Ziobry. Spowolnienie tempa, wahanie, brak odpowiedzi na każde możliwe pytanie - takie rzeczy są wśród ziobrystów nie do przyjęcia. Patryk Jaki, Jan Kanthak, Jacek Ozdoba, Janusz Kowalski, Sebastian Kaleta, Marcin Warchoł czy Michal Woś to ludzie bez wyjątku młodzi, część z nich nie przekroczyła jeszcze 30-tki, dynamiczni i aktywni. Żaden z nich nie ma problemu z hierarchiami innymi niż ta wewnątrzpartyjna - niezależnie od tego, czy chodzi o polemistów pełniących najważniejsze funkcje w sądownictwie czy o osoby z tytułami profesorskimi. Tej grupie nie chcą narażać się nawet ważni politycy PiS, znalezienie się na liście celów oznaczałoby długotrwałe, uporczywe i kosztowne kłopoty.

Jest wreszcie trzeci fundament potencjału ziobrystów - czyli polityczna konkurencja. Solidarna Polska jest tym z ugrupowań Zjednoczonej Prawicy, które może w naturalny sposób konkurować z Konfederatami, wciąż próbującymi zajść PiS od ultra prawej politycznej flanki. Obecność w Zjednoczonej Prawicy grupy prawicowych radykałów, gotowych odwoływać się do retoryki katolicko-narodowej, wzywać do rozprawy z opozycją, czy snuć wizję wyjścia Polski z Unii Europejskiej sprawia, że Konfederaci mają problem z rozwinięciem skrzydeł i przejmowaniem części twardo prawicowych wyborców.

W większości badań opinii publicznej ziobryści nie przekraczają progu w wyborczego. Pewnym wyjątkiem jest jedynie sondaż Millward Brown SMG/KRC dla „Faktów” TVN z początku listopada, w którym w kontekście otwartej wojny w obozie władzy badano potencjalne skutki rozpadu Zjednoczonej Prawicy i sytuacji, w której każda z partii obecnej koalicji rządzącej startowałaby oddzielnie. W tym badaniu Solidarna Polska odnotowała swój rekordowy w ostatnich latach wynik - na poziomie 9 procent.

Choć to już byłoby sporo, mówimy wciąż o tylko jednocyfrowym wyniku. Ziobro i jego ludzie nie czerpią swej siły z szerokiego poparcia społecznego. Ziobro nie może stanąć przed Morawieckim i wygarnąć mu „słuchaj, co mówię, bo tego chcą Polacy”. Tego, co mówi Ziobro, chce bowiem na ogół zdecydowana mniejszość Polaków. Słuchanie go w celu profilowania polityki rządu skończyłoby się kłopotami. Co innego ze słuchaniem go w celu spełnienia jego żądań - zwłaszcza, kiedy nie ma się innego wyjścia.

Dokładnie tak jest z najpoważniejszym chyba w kontekście potencjalnych skutków politycznym tematem ostatnich miesięcy - czyli kwestią wojny z Unią Europejską o tzw „mechanizm praworządności”. Jeszcze latem, gdy toczyły się w tej sprawie negocjacje, polski rząd nie zamierzał się przeciwstawiać zasadzie powiązania wypłat unijnych funduszy z kwestią przestrzegania prawa w państwach członkowskich. W kontekście dotychczasowych doświadczeń rządu PiS w konfrontacjach z Brukselą była to całkiem rozsądna strategia - wszak mimo rozmaitych gniewnych pomruków Komisji Europejskiej dotyczących kolejnych reform sądownictwa, nigdy dotąd sprawy nie stanęły naprawdę na ostrzu noża. Nic też nie wskazywało, by coś miało się w tej kwestii bardziej radykalnie zmienić.

Zmianę kursu wymusił dopiero Ziobro - dosłownie chwilę po zakończeniu barwnej batalii o rekonstrukcję rządu, w której udało mu się przeforsować większość dotychczasowych żądań. Po co? Prawdopodobnie głównie po to, by pokazać PiS-owi i wyborcom swą siłę wewnątrz koalicji. W efekcie Morawiecki musiał ruszyć na niechciane nawet przez część własnych wyborców (dowodzą tego liczne sondaże) zwarcie z 25 państwami Unii stając u boku Victora Orbana i Węgier, które mogły w zdecydowanie pierwszej kolejności spodziewać się zasłużonych kłopotów wynikających z mechanizmu praworządności. To są jednak właśnie zasady działania ziobrystów- nigdy się nie cofać, i zawsze żądać więcej. Wewnątrz obozu władzy była to jak dotąd strategia więcej niż skuteczna.

Ziobryści od momentu zdobycia władzy w 2015 roku przejawiali dość drapieżną aktywność w obszarze zawłaszczania wpływów w spółkach skarbu państwa. Za rządów Beaty Szydło rodziło to wieczne napięcia pomiędzy nimi a wicepremierem Mateuszem Morawieckim (co było Szydło na rękę), po przejęciu sterów przez Morawieckiego stało się to mocno kłopotliwe - bo te majątkowo-posadowe starcia z Ziobrą i jego ludźmi podważały wiarygodność szefa rządu nawet w oczach własnego obozu, nie mówiąc już o zawiedzionych nadziejach, zazdrosnych spojrzeniach i mściwych strzałach zza węgła.

Dlatego w tej kadencji Kaczyński próbował rozwiązać sprawę systemowo. Tuż po ostatnich wyborach parlamentarnych specjalnie do dzielenia wpływów w państwowych spółkach zostało powołane zupełnie nowe ministerstwo aktywów państwowych, na czele którego postawiony został wierny człowiek Kaczyńskiego od czarnej niekiedy roboty, czyli Jacek Sasin.

Głównym - a początkowo niemal jedynym - zadaniem Sasina miało być równoważenie wpływów stronników Ziobry, Morawieckiego i innych grup wewnątrz Zjednoczonej Prawicy w spólkach skarbu państwa. Co ciekawe, Sasinowi przynajmniej po części dość długo udawało się to zadanie wypełniać.

W efekcie w obszarze wpływów w spółkach ziobryści byli w tej kadencji przez dłuższy czas w odwrocie. Trzeba im jednak przyznać, że pod pewnymi względami i jak na standardy obowiązujące wewnątrz Zjednoczonej Prawicy to nawet chwalebny odwrót. Ziobryści ze swą małą armią i prawie bez zapasów zdołali dojść prawie do celu, niczym polska wyprawa na Moskwę z 1612 roku, gromadząc zupełnie oszałamiające jak na środki, którymi rozporządzali, łupy i wpływy. Teraz wprawdzie zostali wyparci z Kremla, ale cofają się powoli, stawiając poważny opór. Kto wie, może utrzymają w swych rękach nawet Smoleńsk. Stracili swoich namiestników w PZU, Pekao i PGNiG. Zostało im jednak mnóstwo posad w zarządach i radach nadzorczych państwowych molochów. Pozostały również zdobycze o szczególnym znaczeniu symbolicznym, bardzo ważnym w hierarchii prestiżu wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Żona ministra Ziobry - Patrycja Kotecka - pozostaje w zarządzie Link4 podporządkowanej PZU, jego brat Witold wciąż zajmuje lukratywną posadę doradcy zarządu Pekao, choć powiązanego z braćmi prezesa Michała Krupińskiego zmuszono do odejścia już rok temu.

Wypieranie ziobrystów ze spółek skarbu państwa zostało jednak wstrzymane w okresie największego napięcia wewnątrz koalicji. We wrześniu Jacek Sasin przygotowywał na użytek wewnętrzny specjalny raport, mający inwentaryzować wszystkie wpływy ziobrystów w spólkach. Raport miał odegrać rolę straszaka na Ziobrę i jego ludzi - skończyło się jednak na dość niespodziewanym publicznym ogłoszeniu, że według ustaleń Sasina wpływy ziobrystów są generalnie niewielkie i w pełni odpowiadają proporcjom w koalicji.

Szybko zaczęła się rekonkwista. Od paru miesięcy domeną ziobrystów stały się na przykład Lasy Państwowe - uważane w obozie władzy za jedną z pereł w koronie państwowego majątku. Zajęcie fotela ministra środowiska przez Michała Wosia jest jednym z największych sukcesów ziobrystów w wewnątrzkoalicyjnych rozgrywkach ostatnich miesięcy, specjalnie po to, by spełnić ich żądania

Ziobryści wciąż mają też grupę bardzo silnych sojuszników wewnątrz PiS. Na pierwszym miejscu trzeba tu wymienić Jacka Kurskiego, prezesa TVP i współtwórcę Solidarnej Polski. Choć w okresie przed wyborami 2015 roku jego relacje z Ziobrą wyglądały marnie, po powrocie do gry (i objęciu przez Kurskiego kluczowej posady w TVP) sojusz został wyraźnie odnowiony. Na tyle wyraźnie, że kwestia faworyzowania polityków Solidarnej Polski przez TVP była podnoszona przez najważniejszych polityków PiS już w pierwszej połowie poprzedniej kadencji parlamentu.

Wtedy jednak Ziobro miał jeszcze jedną - wówczas potężną - sojuszniczkę. Była nią premier Beata Szydło, która po części na Ziobrze i jego ludziach opierała się w przepychankach z wicepremierem (i ostatecznie jej następcą) Mateuszem Morawieckim. To pod parasolem Szydło ziobryści gromadzili swe nieproporcjonalnie duże łupy w spółkach skarbu państwa, to także w jej rządzie Ziobrze było znacznie łatwiej niż później forsować projekty zmian w prokuraturze i sądownictwie zmierzające do podporządkowania ich w jak największej mierze właśnie jemu.

Budowa tak zwartej i zdyscyplinowanej drużyny, jaką jest grupa Zbigniewa Ziobry, wymagała oczywiście odpowiednich działań formacyjnych. Naiwny jednak, kto myśli w tym momencie o formacji w stylu którejś z katolickich organizacji świeckich, z którymi ziobryści pozostają na ogół w świetnej komitywie.

Pisarz Wojciech Engelking w fascynującym eseju „Epsilon, czyli formowanie elit” opublikowanym w „Piśmie” i bezpośrednio nawiązującym do Miłoszowskiego „Zniewolonego umysłu” przedstawił historię swego przyjaciela. młodego utalentowanego prawnika po elitarnym MISH-u, który rozpoczął urzędniczo-polityczną karierę w strukturach wymiaru sprawiedliwości - generalnie nie podzielając ani światopoglądu rządzącej tam ekipy, ani jej zapatrywań na kwestie praworządności i organizacji systemu sądownictwa. Kariera jednak i tak stała przed nim otworem.

„Zrozumiał, że osobista wielkość, której pożądał, jest do osiągnięcia tylko w ramach tej partii - więc właśnie ta partia jest dla niego uniwersalna. Nie będąc oficjalnym jej członkiem, wspomaga ją, bo nie opłaca mu się pomagać nikomu innemu. Jest funkcjonariuszem partii, ponieważ wie, że poza krajem przez nią skolonizowanym pozostaje pariasem. Na tym właśnie polega geniusz rządzącej moim krajem formacji i w taki sposób uzależnia ona od siebie tych, których uczyniła młodymi elitami. Nie ostrzega ich wprost przed upadkiem, wierząc w ich inteligencję, która podpowiada im, że gdy rządy mocodawców się skończą, to z fruktów nici.” - pisze Engelking w końcowej części eseju, doskonale oddając motywacje i sposób myślenia przynajmniej części młodych gwardzistów Zbigniewa Ziobry. A przy okazji formułując przepis na prawdziwie żelazną polityczną gwardię.

500+. Będzie zmiana okresu rozliczeniowego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie