Były oficer służb specjalnych: W Polsce też można zostać Jamesem Bondem

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Major Adam Zieliński w trakcie negocjacji z Afgańczykami z Nanghar Khel po ostrzale wioski; sierpień 2007 r. Archiwum domowe
W tej chwili mamy niemal pod nosem mnóstwo mudżahedinów, którzy działają pod przykryciem; siedzą sobie wygodnie na Bałkanach, mają bośniackie obywatelstwa, a nie wiadomo, co kombinują, do czego się przygotowują. Ktoś – mam tu na myśli służby – powinien nad tym mieć pieczę. Mogę się domyślać, że ma, bo przecież ja już w firmie nie pracuję - mówi Adam Zieliński, major w stanie spoczynku, były oficer kontrwywiadu i wywiadu

Byłeś zarówno oficerem kontrwywiadu, jak i wywiadu. To chyba nie jest standard, jeśli chodzi o pracę w służbach specjalnych?

Masz rację, to nie jest standard. Wywiad i kontrwywiad to osobne służby. Ale tak mi się przydarzyło. W kontrwywiadzie przepracowałem ponad 10 lat. Następnie zostałem przeniesiony do wywiadu i wysłany na misję do Bośni i Hercegowiny.

Zaraz zaraz, nie tak szybko! Jak w ogóle trafiłeś do kontrwywiadu? Co robiłeś wcześniej?

Skończyłem szkołę oficerską, pracowałem w różnych jednostkach. W Skwierzynie, w obronie przeciwlotniczej jako dowódca plutonu, potem dowódca kompanii. Następnie w jednostce pod Zawierciem.

Jak to się stało, że kontrwywiad pojawił się w Twoim życiu? Ktoś cię odnalazł, zgłosił się, zaproponował?

Sam szukałem swojej drogi na przyszłość. Konwencjonalne, tradycyjne wojsko nie pasowało do mojej osobowości. Już wtedy pojawiły się pierwsze informacje na temat jednostki GROM. Rozbudzały wyobraźnię. Ale na temat wywiadu czy kontrwywiadu wojskowego takich informacji nie było; o tym się nie mówiło, nikt nigdzie o tym nie pisał. Tym bardziej mnie to zainteresowało. Odszukałem oficera kontrwywiadu, który stacjonował w jednostce w Bytomiu, czyli stosunkowo niedaleko ode mnie. Dyskretnie się z nim spotkałem. Zapytałem, czy jest taka możliwość i co trzeba zrobić, żeby się dostać do tego rodzaju służb.
Spotkaliśmy się potem kilka razy. Ale najpierw bardzo dokładnie mnie sprawdził, żeby zobaczyć, czy w ogóle mam jakiejkolwiek szanse. Okazało się, że miałem, bo zakomunikował mi, że przedstawi moją kandydaturę na kurs kontrwywiadu wojskowego. Kilka miesięcy trwało to, zanim dowiedziałem się, że mogę jechać na egzaminy wstępne tego kursu.

Jak trafiłeś na oficera kontrwywiadu? Możesz już dziś o tym powiedzieć?

W każdej jednostce oficjalnie stacjonował oficer kontrwywiadu, którego zadaniem była ochrona kontrwywiadowcza czy to jednej, czy kilku jednostek wojskowych. Ale, jak wspomniałem, o tym publicznie się nie mówiło wtedy i wśród niższej wojskowej kadry mało kto o tym wiedział. Pewnego razu ów oficer pojawił się w mojej jednostce. Zapytałem mojego przełożonego, kto to jest. Usłyszałem: „To facet z kontrwywiadu. Ochrania naszą jednostkę”. I to był ten pierwszy impuls.

Powiedziałeś, że oficer kontrwywiadu najpierw musiał cię sprawdzić. Co sprawdzał? Co jest istotne, zanim się kogoś przyjmie do tego rodzaju służb? Jakim trzeba być człowiekiem, jaką trzeba mieć przeszłość za sobą?

Teraz oczywiście wiem, w jaki sposób mnie sprawdzał. Wtedy tego nie wiedziałem. Generalnie mówiąc kontrwywiad interesowała cała moja przeszłość. Wszystko, co dało się na mój temat ustalić. Wszelkie istniejące kartoteki, czy nie pojawiam się w jakichś sprawach sądowych. Sprawdzano moją rodzinę, i to bardzo szeroko, łącznie z ciotkami, wujkami, kuzynami – jakie mają powiązania z zagranicą; w ogóle czy mam rodzinę za granicą. Czy jest jakaś nitka, która mogłaby wskazywać na to, że jestem w jakimś sensie uzależniony od innego kraju. Czy to w sensie sentymentalnym, czy innych zobowiązań w związku z rodzinnymi koligacjami. To było ważne dlatego, że mogłoby być wykorzystane przez obce służby, gdyby postanowiły mnie przewerbować do współpracy z nimi. Sprawdzenie zakończyło się pozytywnie i mogłem jechać na kurs.

Ile trwał kurs i na czym polegał egzamin?

Sam kurs trwał rok; uczyliśmy się całej pracy operacyjnej. Czyli: jak rozmawiać z ludźmi, jak przeprowadzić przesłuchanie, jak obserwować, na co zwracać uwagę w czasie rozmowy i wcześniej – w czasie przygotowań do niej. Oczywiście o wszystkim nie mogę ci powiedzieć, ale nauczyłem się bardzo dużo bardzo ciekawych rzeczy. Na zakończenie mieliśmy ćwiczenia, każdy z nas był zadaniowany, czyli otrzymywał określone zadanie i trzeba było to zadanie wykonać. Oczywiście kandydat na oficera kontrwywiadu był w trakcie szkolenia potajemnie obserwowany – sprawdzano, czy umie wykorzystywać nabytą na kursie wiedzę i wszystkie możliwe techniki. Ale to nie była forma egzaminu. To był rodzaj ćwiczenia. Okazało się, że niektórzy kandydaci odpadali już w trakcie szkolenia. Cały rok nas obserwowano; przełożonych interesowało nawet to, jak piło się wódkę z kolegami. Wtedy również byliśmy na podglądzie i podsłuchu. Przełożeni byli ciekawi, kto co mówi, jak się zachowuje w różnych sytuacjach. Słowem – to była obserwacja non stop. No i zdarzało się, że co jakiś czas kilka osób z kursu, ni z tego, ni z owego zaczynało brakować. Znikali.

Rozumiem, że im podziękowano. Gdzie się odbywał ten kurs?

Tego powiedzieć nie mogę. To jest tajna informacja.

Myślałam, że wszystkie tego typu służby trafiały na naukę do słynnej szkoły szpiegów w Starych Kiejkutach.

A to jest bardzo przestarzała informacja (śmiech).

Po roku intensywnego zostajesz oficerem kontrwywiadu i jakie jest Twoje pierwsze zadanie?

Nadal nie ma czegoś takiego jak pierwsze zadanie. Po prostu idziesz do pracy. W Gdyni na Kamiennej Górze mieściła się moja jednostka – kontrwywiad marynarki wojennej. Do ochrony dostałem jednostkę w Darłowie. Przeprowadziłem się do Darłowa, ochraniałem tam kontrwywiadowczo jednostki, a do Gdyni przyjeżdżałem raz w miesiącu, by zdać relację swojemu szefowi z tego, jak wygląda moja praca; by rozliczyć się z poszczególnych obowiązków. Byłem rozliczany z tego, co zrobiłem.

Na czym polegała ochrona kontrwywiadowcza? Sprawdzałeś, czy inne służby nie interesują się jednostkami w Darłowie, przyglądałeś się żołnierzom i ich kontaktom?

Dokładnie. Na tym ta praca polegała. Musiałem zdobywać informacje, czy do kogoś nie próbują docierać obce służby, przez kontakty interpersonalne, z kimś z kadry wojskowej. Ważne było, abym dużo o tych ludziach wiedział. Szczególnie o tych, którzy mieli dostęp do informacji poufnych, objętych klauzulą. Poza tym musiałem nawiązywać współpracę z policją, ze strażą graniczną, z żandarmerią i wszystkimi instytucjami; z urzędem miasta włącznie. Jesteś dziennikarką, to wiesz, że dobrze jest znać ludzi zewsząd, mnie było potrzebne mieć wyrobione tak zwane chody, bo nigdy nie wiadomo do jak rożnych rzeczy określona znajomość może się przydać. No i ze wszystkimi trzeba było umieć dobrze żyć, w takim sensie, aby ludzie się przed tobą nie zamykali; a raczej sprawiać swoją osobowością, żeby byli ufni, otwarci – po to właśnie, by zebrać jak najwięcej informacji. Nie było to, broń Boże, niczym złym. Nie chodziło o gromadzenie informacji przeciwko komuś. Informacje służyły tylko do tego, żeby zabezpieczyć pewne osoby przed interwencją obcych służb.

Czy jest jakaś uniwersalna metoda na to, aby ludzie się otwierali i mówili ci takie informacje, jakich potrzebujesz?

Nie ma takiej uniwersalnej metody, bo każda osoba jest inna; do każdego człowieka trzeba inaczej podejść. I to w zależności od tego, czego oczekujesz. Jeżeli chcesz, żeby ktoś po prostu nawiązał z tobą bliskie kontakty, to wiadomo, że trzeba najpierw go poobserwować, dowiedzieć się, czym się interesuje, jakie tematy będą dla niego ciekawe. A następnie, już będąc przygotowanym, stosować to w rozmowie z nim, kierować go na takie tematy, gdzie będzie mógł wykazać się wiedzą i doświadczeniem. Wtedy automatycznie taka osoba przejmuje inicjatywę i zaczyna mówić. Wystarczy tylko być uważnym i umiejętnie podtrzymywać ogień konwersacji.

Jak długo pracowałeś w kontrwywiadzie? Jaka właściwie jest różnica w pracy oficera kontrwywiadu a wywiadu? I co jest lepsze? Czy wywiad daje wrażenie, że można najbardziej poczuć się jak James Bond, bożyszcze wszystkich szpiegów?

Nie, nie, to w ogóle nie o to chodzi. Zarówno kontrwywiad jak i wywiad są tak samo ważne. Wywiad zdobywa dla państwa informacje wywiadowcze, czyli próbuje uzyskać te informacje z zagranicy, które nam mogą być bardzo potrzebne. Praca kontrwywiadu zaś polega na tym, żeby właśnie tym wywiadowcom z innych państw uniemożliwić zdobycie ważnych dla nich informacji. Krótko mówiąc – kontrwywiad to szukanie szpiegów, a wywiad to bycie szpiegiem.

Jak z szukania szpiegów stałeś się szpiegiem?

W pewnym momencie, ze względu na zdobyte doświadczenie, a mowa tu o dużym doświadczeniu operacyjnym i bardzo dobrych wynikach w pracy, a do tego częstych wyjazdach misje wojskowe, do Afganistanu, mój zwierzchnik w rozmowie ze mną stwierdził, że dobrze by było, żebym pojechał do Bośni i Hercegowiny. Miałem się stawić w międzynarodowej placówce wywiadu, która znajdowała się w Tuzli, już z ramienia wywiadu wojskowego. W ten sposób, rozkazem zostałem przeniesiony z kontrwywiadu do wywiadu wojskowego i zacząłem służyć w wywiadzie. Przygotowywałem się do tej misji dość długo, około 4-5 miesięcy, a w Bośni moje zadania polegały na tym, aby zebrać informacje na temat mudżahedinów, którzy na początku konfliktu na Bałkanach przedostawali się tam różnymi metodami, z Afganistanu, z Pakistanu na Bałkany. Wielką zachętą dla nich było to, że zostali niejako autoryzowani – dostali bośniackie paszporty. Stąd bardzo dużo mudżahedinów przedostało się na tamte tereny i bardzo ciężko było ustalić, gdzie mieszczą się ich największe skupiska, bo oficjalnie byli normalnie obywatelami Bośni i Hercegowiny. Mogę powiedzieć tyle, że okazało się, iż w tej chwili mamy niemal pod nosem mnóstwo mudżahedinów, którzy działają pod przykryciem; siedzą sobie wygodnie na Bałkanach, mają bośniackie obywatelstwa, a nie wiadomo, co kombinują, do czego się przygotowują. Ktoś – mam tu na myśli służby – powinien nad tym mieć pieczę. Mogę się domyślać, że ma, bo przecież ja już w firmie nie pracuję. Wracając do mojej bośniackiej misji, to również zajmowałem się tam poszukiwaniem zbrodniarzy wojennych. To był 2005 rok.

Możesz powiedzieć o swoich sukcesach? O tym, co Ci się udało?

O sukcesach operacyjnych w ogóle nie mogę mówić. To wszystko jest tajemnicą państwową i dopóki żyję, tą tajemnicą zostanie. Zwolnić z tajemnicy państwowej może mnie tylko sąd. Ogólnie mogę powiedzieć, że udało się zrobić wiele ciekawych rzeczy. W każdej tego typu misji, czy to w Afganistanie, czy w Bośni wydarzają się rzeczy spektakularne, takie, których autorami są na przykład żołnierze GROM-u, bo na przykład odbijają zakładników terrorystom. Ale ja również miałem bardzo ważne zadania i myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że dzięki informacjom, które zdobyłem w Afganistanie i Bośni, wielu naszych żołnierzy dzisiaj żyje.

Co jest najtrudniejsze w robocie szpiega?

Dla mnie najtrudniejsze było to, że działałem sam. W wojsku zawsze ma się wsparcie. Nie działa się samemu, zawsze jest jakaś drużyna, pluton, kompania, ma się kolegów, którzy cię wspierają na danej misji; możesz na kimś polegać. W mojej służbie nie mogłem polegać na nikim. Jest się pozostawionym samemu sobie. A zadań jest mnóstwo. W Polsce głównie to papierkowa, bezpieczna robota. Natomiast w strefie działań wojennych praca wygląda zupełnie inaczej. Trzeba nawiązać relacje ze służbami z innych państw, z Amerykanami. Dużo jeździłem z CIA na wspólne wypady, żeby zdobywać informacje, bo łączył nas wspólny cel. Jechało się po cywilnemu. Żadnym Bóg wie jak opancerzonym hummerem z obstawą, tylko zwyczajną Toyotą Hilux ze zdjęciem lokalnego wirażki na przedniej szybie; pod cywilnymi, zwykle lokalnymi ciuchami ukryta była giwera i dusza siedziała na ramieniu. Ale jechało się z nadzieją, że wszystko będzie dobrze. Spotkanie na miejscowym bazarze, zdobywam informacje, płacę za nie i nigdy nie wiem, w którym momencie może pójść coś nie tak. Może wcześniej ktoś mnie obserwował, może chcieć mnie porwać. Zabić. W końcu zdarzają się w życiu przeróżne rzeczy.

Miałeś wtedy jakąś legendę? Na przykład, że jesteś pracownikiem ambasady?

Tak było. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałem do Afganistanu w 2003 roku, a nie jechałem z wojskiem, wojskowym transportem, ze zmianą kontyngentu, tylko zupełnie sam jako cywil. Leciałem z Dubaju do Baku w Azerbejdżanie, tam przesiadka i prosto do Kabulu w Afganistanie. Wylądowałem z turystycznym plecakiem. Oczywiście dowództwo w Bagram wiedziało o moim przylocie; byłem umówiony, nie wiedziałem z kim, tylko, to, że ktoś ma mnie zabrać z lotniska. Stanąłem więc z boku i nagle poczułem szturchnięcie lufy pistoletu na plecach i wypowiedziane po polsku: „Cześć. Przyjechaliśmy po ciebie”. To byli żołnierze z GROM-u, również po cywilnemu. Zawinęli mnie z lotniska i eskortowali do bazy w Bagram.

Dużo miałeś takich przywitań, że ktoś Cię lufą trącał?

Sporo (śmiech).

Jak było z Twoim odejściem z wywiadu? Odszedłeś na emeryturę?

Można tak powiedzieć. Za każdy rok spędzony poza granicami, na misjach wojskowych liczyły się dodatkowe procenty do emerytury, więc emeryturę miałem wypracowaną, choć nie w stopniu maksymalnym. Ale to był czas wielkiej zmiany, Wojskowe Służby Informacyjne przeobrażały się na SKW i SWW. Weryfikację przeszedłem bez problemu, bo też nigdy wcześniej nie służyłem w wojsku, w którym zwracano się słowami „obywatelu”, trafiłem już po 1989 roku do nowych struktur. Jednak na czas weryfikacji zostaliśmy zdjęci z etatów i przeniesieni do dyspozycji szefa kadr i szkolnictwa wojskowego w Warszawie. I potem nikt się nie kwapił, żeby przywrócić nas do służby, na dawne stanowiska. Spotkałem się wtedy z pewnym szantażem, który brzmiał: „Jak pan pojedzie do Afganistanu, to pana przywrócimy”. Pojechałem. Nie do końca było tak, jak miało być, co można sobie obejrzeć w jednej ze scen w filmie Patryka Vegi, kiedy oficer jedzie do Afganistanu i na miejscu pytają, co on robi, bo przecież nie jest już pracownikiem służby. Pamiętasz ten fragment?

Jasne. To twoja historia?

Moja i moich kolegów. Potem wróciłem i pojechałem znów, już jako wyznaczony na to stanowisko, ale prawdą jest, że przez jakiś czas zachowania, jakich wówczas doświadczyłem, były nie do końca poważne. Jeszcze wcześniej pracowałem w Biurze Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czyli w tak zwanym kontrwywiadzie kontrwywiadu; to był szczyt mojej kariery. Dostają się tam oficerowie najbardziej doświadczeni, z najlepszymi wynikami operacyjnymi.

Mówi się, że szpieg nigdy na emeryturę nie przechodzi. Jak to jest w Twoim przypadku?

W naszym kraju jest zupełnie inaczej i ja nie jestem tu odosobniony. Po odejściu ze służby, drzwi się zamykają i wszyscy o Tobie zapominają, a Twoje nazwisko zostaje wytarte ze wszystkich możliwych indeksów. Nikt ci nic nie proponuje, zostajesz kompletnie sam. Możesz robić co chcesz.

Co zrobiłeś?

Poczułem się źle, bo nie zdawałem sobie sprawy, jak słabo jestem przygotowany do życia w cywilu. Nie miałem pojęcia, jak ciężko jest znaleźć pracę. Byłem przekonany, że z moim CV, z doświadczeniem, wykształceniem, znajomością języków, znajdę pracę bez problemu. Oglądano moje CV, wołali „Wow!”, a zaraz potem: „Ale co ja mam z panem zrobić?” Po czym mówili, że zadzwonią i już nigdy nie zadzwonili. Z wojska żadnych propozycji nie było. Wciąż mnie zdumiewa, że państwo na wyszkolenie kogoś takiego jak ja wkłada kilka milionów złotych, a potem nie chce korzystać z naszej wiedzy, kiedy odchodzimy do cywila.

Wielokrotnie o tym pisałam. Dla mnie to też niepojęte. Jak sobie poradziłeś po odejściu ze służby?

Miałem kontakty z kolegami ze Stanów Zjednoczonych. Pytali: „Jakie propozycje pracy dostałeś?” Też nie mogli zrozumieć, że rząd nie zapewnił mi dalszej możliwości pracy. No, to od nich dostałem ciekawe propozycje. I znów trafiłem do Afganistanu. Już jako cywil, na kontrakcie firmy amerykańskiej.

Pamiętam, jak opowiedziałeś mi raz historię, o tym, co się wydarzyło w amerykańskim supermarkecie, kiedy ludzie usłyszeli, że jesteś weteranem z Afganistanu.

To było już dużo później. Jako pierwszy Polak pracowałem w ochronie, w firmie Royal Carribbean Cruisers, pływając na największych statkach pasażerskich świata. Przypłynęliśmy do Miami, wszedłem do supermarketu. Byłem wtedy w Stanach pierwszy raz i bardzo mi się podobała otwartość Amerykanów. W supermarkecie zagadał do mnie jakiś gość, zapytał, czy jestem ze statku, co tam robię, powiedziałem, że pracuję w ochronie. Od razu się zainteresował, zapytał, czy byłem w wojsku. Kiedy usłyszał, że przez prawie 20 lat przepracowałem w wojsku, że byłem na misji w Afganistanie, zrobił ogromne oczy i zakrzyknął: „Ludzie! Mamy weterana po Afganistanie!” Zaczął mi ściskać ręce, dziękować, a wszyscy w sklepie zaczęli bić brawo. To było niesamowite przeżycie, jak z filmu. Tam się poczułem bardzo doceniony za to, co kiedyś robiłem.

Zrobiłeś wielką rzecz, kiedy po ostrzale wioski w Nanghar Khel to Ty negocjowałeś z Afgańczykami, jak im wynagrodzić straty. Możesz o tym opowiedzieć?

Kiedy te wydarzenia miały miejsce, w 2007 roku, wszyscy stacjonowaliśmy wtedy w bazie Wazi Khwa. Po ostrzale niemal wszyscy wyjechali z bazy, zobaczyć, co się wydarzyło w Nanghar Khel. W bazie zostało nas niewielu, praktycznie garstka żołnierzy polskich i amerykańskich. Byłem najstarszy stopniem, po mnie kolejnym był amerykański kapitan. Z wieży wartowniczej dostajemy wiadomość, że tłum się zbiera pod wieżami wartowniczymi, coraz więcej ludzi, że podłożyli ogień. Zdecydowałem z tym Amerykaninem, że wyjdziemy do tych ludzi. Bez broni, pokojowo, na pertraktacje. Wyszliśmy do wzburzonego, nieprzewidywalnego w zachowaniu tłumu. Pluli na nas, poleciały w naszą stronę drobne kamienie. Usiedliśmy ze starszyzną i zaczęły się rozmowy. Oni chcieli się dowiedzieć, w jaki sposób mamy zamiar odkupić swoje winy. Wiedziałem jedynie, że wioska została ostrzelana, że jacyś ludzie zginęli, ale bez szczegółów. Natomiast tak prowadziłem rozmowy, aby załagodzić nastroje, zapytałem, jakie mają potrzeby. Obiecaliśmy, że je spełnimy. I tak się rzeczywiście stało: dostali potem żywy inwentarz, nową studnię i odnowiony budynek, tak jak chcieli.

Co byś powiedział młodemu adeptowi, który właśnie trafia teraz do wywiadu? Jaką radę by od Ciebie usłyszał?

Rada jest prosta: niech się skupi na nauce języków obcych, im więcej ich będzie znał, tym lepiej. Jeśli ktoś trafia do służb, to nie po to, żeby siedzieć za biurkiem, ale żeby jeździć i rozwijać swoje doświadczenie operacyjne. Chciałbym zachęcić młodych ludzi, żeby realizowali swoje marzenia. W Polsce też można zostać Jamesem Bondem i przeżyć niesamowite rzeczy.

Czym się dzisiaj zajmujesz?

Z jednej strony szykuję się do wyjazdu; będę pracować na statkach w charakterze ochrony antypirackiej. A z drugiej – pracuję nad własną książką, w której będę w stanie opowiedzieć więcej szczegółów z pracy w kontrwywiadzie i wywiadzie.

Więzienie za łamanie kwarantanny. Jest wyrok!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

W PRL to były służby a dziś teoretyczne państwo i teoretyczna reszta. Po za tym można stracić emeryturę za wysługiwanie się reżimowi jak przyjdzie inna opcja i uzna solidarną melinę za zbrodniczą. Co byłoby z pożytkiem dla kraju gdyby solidarnych wsadzono na resztę życia do kamieniołomów by wreszcie mogli popracować bo jedyną rzeczą jaką znają i potrafią to strajki, sabotaże i rozdawanie majątku wypracowanego przez ludzi.

Dodaj ogłoszenie