O samotności, związkach i podróżach do dżungli rozmawiamy z Beatą Pawlikowską - pisarką, dziennikarką i podróżniczką. W tym roku ukazała się jej książka "Jestem szczęśliwym singlem".

Beata Pawlikowska jest znaną podróżniczką, dziennikarką i pisarką. Napisała bardzo wiele książek podróżniczych i poradników. Dla wielu kobiet stała się prawdziwą inspiracją, motywuje do życia w zgodzie z naturą i zdrowego odżywiania. Sama ilustruje swoje książki. Poradnik "Jestem szczęśliwym singlem" napisała wtedy, gdy była już w związku. I to nie bez powodu. Przekonuje w nim, że aby być w stanie być w szczęśliwym związku, trzeba najpierw zaprzyjaźnić się ze sobą, tzn.

pokochać wszystkie swoje wady i zalety. Dopiero wtedy można budować trwałą relację, a ta zazwyczaj zdarza się przypadkiem - wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy. Właśnie te i inne wątki dotyczące relacji damsko-męskich Blondynka, czyli Beata Pawlikowska porusza w tej książce. Zapraszamy do przeczytania wywiadu.

W książce "Jestem szczęśliwym singlem" wspomina Pani o tym, że podróżowanie pozwala spojrzeć inaczej na problem relacji damsko-męskich. Jedną z takich odkrywczych podróży była wyprawa do dżungli. Czy każda podróż pozwala złapać dystans do pewnych spraw czy może raczej musi to być coś ekstremalnego?

To nie musi być ekstremalna podróż w sensie podróży na Antarktydę albo do serca dżungli amazońskiej. Każda podróż jest wyjściem ze swojej strefy komfortu. Opuszczamy miejsce, które znamy i w którym czujemy się wygodnie, by wyruszyć w nieznane. To wymaga odwagi. Nie chodzi tylko o podjęcie decyzji. Podjęcie decyzji nie jest nawet najtrudniejsze, najtrudniejsze jest zrealizowanie tej decyzji i... wyjście z domu: zapakowanie plecaka, wyruszenie, dotarcie do nowego miejsca i odnalezienie tam swojej drogi.

Dla Pani taką podróżą była dżungla amazońskiej.

Każda wyprawa do dżungli amazońskiej zawsze była nauką czegoś ważnego i sprawiła, że zmieniłam się jako człowiek.

Co takiego chciała Pani zrozumieć, kiedy po raz pierwszy wyruszyła Pani w podróż do dżungli amazońskiej? Co chciała Pani w sobie przepracować?

Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze z tego sprawy. Było to po prostu miejsce, które magnetycznie mnie do siebie przyciągało. Dopiero później zaczęłam dostrzegać niezwykłe rzeczy. Na przykład to, że w naszym świecie ludzie przyzwyczajeni są do tego, żeby zawsze coś udawać. Udawać kogoś lepszego niż się jest. Uczy się nas, co zrobić, by wypaść lepiej w czyichś oczach. Tymczasem Indianie w dżungli nigdy niczego nie udają. Są zawsze sobą i dzięki temu mają poczucie wewnętrznej równowagi, bezpieczeństwa, harmonii. Nie znają stresu, manipulacji, chaosu czy sprzeczności, bo to są cechy przynależne naszej zachodniej cywilizacji. Uczy się nas tego, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy. A jednocześnie nikt nie uczy nas tego, że trzeba być silnym i odważnym. Uczymy się tylko tego, żeby udawać to przed innymi i jak sprawić, żeby inni w taki sposób o nas myśleli. Z tego bierze się wewnętrzny chaos prowadzący do chronicznego stresu, który z kolei staje się przyczyną wielu chorób.

Bardzo często jest tak, że tę odwagę musimy sobie sami w sobie odnaleźć. Wiele kobiet szuka tej odwagi, wyruszając w podróż. Podróże mogą być sposobem na zbudowanie w sobie siły?

Siła wewnętrzna bierze się z działania. Można podróżować, ale można też być silnym nie ruszając się z Polski, ze swojego miasta czy wsi. Chodzi raczej o wewnętrzne nastawienie i poczucie gotowości do podjęcia wyzwania. Gotowości do tego, żeby zrobić coś trudnego. To może być wejście na szczyt góry albo nauczenie się gry na instrumencie. To może być też gotowość do tego, żeby podjąć samodzielne decyzje dotyczące przyszłości. Zamiast iść po śladach, które wydeptał ktoś inny, odkryć swoją własną ścieżkę.

W swojej książce pisze pani o tym, że trzeba zaakceptować i pokochać siebie, żeby móc tą miłością dzielić się z innymi. A często problemem jest to, że uzależniamy swoje szczęście od drugiej osoby. Jak się od tego uwolnić?

Taka emocjonalna zależność to rodzaj podświadomego założenia mówiącego o tym, że niezbędny jest mi drugi człowiek do tego, żebym była kochana, ważna, wartościowa, akceptowana, a nawet więcej, do tego, żebym była szczęśliwa. Ale – tak jak powiedziałam – to jest przekonanie, czyli pewna myśl. Tę myśl – czyli to przekonanie – można zmienić. I warto zmienić. Znam to świetnie z mojego życia. Byłam nieszczęśliwa i samotna dlatego, że długo czekałam na kogoś, kto dostarczy mi poczucia własnej wartości, poczucia bezpieczeństwa i przyjaźni, ale jednocześnie sama odrzucałam samą siebie jako niewystarczająco wartościową i dobrą. I to było prawdziwe źródło mojej samotności. Przestałam być samotna dopiero wtedy kiedy dałam samej sobie szansę. Spojrzałam na siebie życzliwie. Zaprzyjaźniłam się ze sobą. Wtedy zmienił się cały mój świat!

I dlatego dzisiaj wiem, że dopiero kiedy człowiek zaakceptuje i pokocha siebie, to jest gotowy do tego, żeby kochać innych. Bo naprawdę wtedy zupełnie inaczej patrzysz na ludzi, świat wszystkie żywe istoty. Jestem przekonana o tym, że zaprzyjaźnienie się ze sobą jest niezbędnym warunkiem do tego, żeby być szczęśliwym człowiekiem. Tak długo jak walczysz ze sobą, nienawidzisz siebie i próbujesz siebie ukarać za różne rzeczy, to będziesz ciągle w stanie stresu, zagrożenia i wojny. A z tego nigdy nie wynika nic dobrego, więc trzeba najpierw zaakceptować siebie ze wszystkimi wadami i słabościami. Nie chodzi o to, żeby udawać, że nie mam wad i jestem doskonała. Wprost przeciwnie: jestem świadoma tego, że mam wady i nie jestem doskonała. Ta akceptacja i przyjaźń wobec samego siebie daje ogromną wewnętrzną moc. Kiedy lubisz i kochasz siebie, czujesz się bezpieczna. Z tego bierze się wielka wewnętrzna siła, która pozwala nie tylko pracować nad swoimi wadami, ale też spełniać swoje marzenia.

Ale są też marzenia niezależne od nas. Gonimy za tym, co mają inni. Tak samo singiel może chcieć uwolnić się od samotności. Ale czy w tej samotności może poczuć się szczęśliwy? Może chcieć iść przez życie z kimś. Nawiązuję tu oczywiście do tytułu książki "Jestem szczęśliwym singlem".

Ludzie marzą o różnych rzeczach. Niektórzy marzą o tym, żeby mieć dzieci i rodzinę, a inni marzą o tym, żeby zarobić milion dolarów. Niezależnie od tego, jakie to jest marzenie, chodzi o to, żeby nie żądać. Tylko o to, żeby marzyć. Bo marzenie tym różni się od żądania, że marzenie jest otwarte i radosne. Człowiek mówi sobie wtedy: "Och, tak bardzo bym tego chciał. Byłabym taka szczęśliwa, gdyby to się zdarzyło". Ale jednocześnie wiem, że być może to się nie zdarzy i to zaakceptuję. To nie zepsuje mojego szczęścia. A jeżeli ktoś żąda, to mówi: "Ja muszę to mieć! Jeżeli tego nie będę miał, to moje życie straci sens!". Jeżeli masz żądania, a nie marzenia, to próbujesz być Bogiem, próbujesz rządzić światem i przeznaczeniem. Kiedy żądasz, to jesteś spięty wewnętrznie, zestresowany i znów wyruszasz na wojnę, a wojną czy przemocą niczego nie da się uzyskać. Jest wiele dowodów na to, że kobiety, które ponad wszystko pragną mieć dzieci, żądają tego i są przekonane, że nie będą szczęśliwe jeżeli nie doświadczą macierzyństwa, to właśnie one nie zachodzą w ciążę. Jest tak dlatego, że walczą, usztywniają się wewnętrznie i uzależniają od tego swoje szczęście. Przez dziesięć lat walczy, żąda, upiera się i płacze, aż w końcu rezygnuje. Mówi, że nie ma już siły walczyć i niech będzie co ma być. I właśnie wtedy zachodzi w ciążę. Dzieje się tak dlatego, że przestaje kurczowo trzymać się swojego żądania. Otwiera się na to, co jest i będzie. I wtedy dostaje dokładnie to, co jest dla niej najlepsze.

To znaczy, że odpuszczając, pozwalamy na to, co ma do nas przyjść. I wtedy to, czego tak bardzo chcemy, nadchodzi.

Zawsze tak jest. Chodzi o to, żeby mieć marzenia i cieszyć się nimi, wyobrażać sobie jak to będzie wspaniale, przezywać to w myślach już teraz. Cieszyć się i myśleć o tym w pozytywny, otwarty, jasny sposób. Ale nie żądać, bo kiedy żądasz, to prawie na pewno tego nie dostaniesz.

Ludzie najczęściej próbują znaleźć sobie odpowiedzi na pytanie: jaki jest sens życie i czym jest miłość? Pani już znalazła odpowiedź na to ostatnie pytanie?

Czym jest miłość? Miłość jest dobrym, jasnym płomieniem, który czujesz w sobie i on ogrzewa zarówno ciebie, jak i innych ludzi wokół. Miłość jest zawsze połączona z akceptacją, szacunkiem i z przyjaźnią. Jeżeli brakuje któregoś z tych trzech elementów, to znaczy, że to nie jest miłość.

Pani zdaniem najtrwalsze związki opierają się na przyjaźni?

Nie wyobrażam sobie związku bez przyjaźni. Przyjaźń zawiera w sobie akceptację, szacunek, lubienie drugiej osoby, a to stanowi esencję miłości.

Co było dla Pani przełomem? By zmienić swój sposób myślenia o świecie, potrzebny jest impuls, jakieś doświadczenie, które wywołuje w nas refleksję, czasem bunt. Co u Pani było takim impulsem?

Zorientowałam się, że robię rzeczy, których nie chcę robić. I myślę rzeczy, których nie chcę myśleć. W mojej głowie pojawiały się myśli, które jakby w ogóle nie były moje, które z mojego punktu widzenia były złe albo niepotrzebne czy krzywdzące. Zaczęłam się zastanawiać, skąd one się biorą i co mogę zrobić, żeby być w przyjaźni z tym, co znajduje się w moim umyśle i w mojej duszy.

Czyli, cytując tytuł jednego z rozdziałów książki, trzeba stworzyć swoją wioskę. Zbudować pewien azyl.

Dobrze jest zacząć od tego, żeby zorientować się, jakie są moje myśli. Ludzie bardzo rzadko spędzają czas sami ze sobą. Odruchowo otaczają się innymi ludźmi. Ciągle z nimi rozmawiają. Moim zdaniem równie ważne jest to, żeby pobyć ze sobą i usłyszeć swoje prawdziwe myśli, swoje marzenia, znaleźć odpowiedzi na różne pytania. I nie bać się niczego, co pojawi się podczas takiego poznawania samego siebie, ponieważ każda myśl, która we mnie jest, z czegoś się bierze. Chodzi więc o to, żeby je poznać, znaleźć i nazwac po imieniu, bo właśnie wtedy można spróbować je zmienić.

Jakie praktyki w tym celu są pomocne? Wiele mówi się o zbawiennym działaniu medytacji czy jogi. Pani wspomina niejednokrotnie o zmianie sposobu odżywiania.

To wszystko jest ze sobą połączone. To, w jakim stanie jest moje ciało, ma wpływ na to, w jakim stanie jest moja dusza. To, w jakim stanie jest moja dusza, ma wpływ na to, jak się czuje moje ciało. Zmiany najlepiej wprowadzać stopniowo, małymi krokami. Na przykład zrobić sobie jeden zdrowy dzień w tygodniu. Jeżeli poczujesz, że to ci się podoba i czujesz się po tym dobrze, to wprowadzić dwa takie dni w tygodniu. Jeść wyłącznie zdrowe rzeczy, unikać używek, uprawiać sport, spędzać czas na świeżym powietrzu. To może być jazda na rowerze, bieganie, spacery, gra w badmintona. Fantastyczna jest joga - to jeden z doskonałych sposobów na to, by odnaleźć wewnętrzną równowagę, spokój i radość. W Internecie można znaleźć dziesiątki darmowych filmików instruktażowych dla początkujących. Ja codziennie biegam, ćwiczę jogę, jeżdżę na rowerze i oczywiście jem tylko i wyłącznie zdrowe rzeczy.

W Pani poprzednich książkach wiele razy wspomina Pani o "wyprowadzaniu siebie na spacer". Niesamowite jest to, że przebywanie wśród zieleni, spacer po parku może dać nam dużo energii.

Tak, to naprawdę działa! Szczególnie kiedy jestem zmęczona i nie mogę się skupić. Wtedy mówię do siebie: "Wyprowadzę cię na spacer, zobaczysz, że poczujesz się lepiej". Nie pytam siebie, czy mam na to ochotę, tylko wstaję i wychodzę. Świeże powietrze, ruch i tlen działają magicznie.

Do zmiany nawyków potrzebna jest motywacja. Nie zawsze mamy na tyle silnej woli.

A czy motywacją nie jest to, że nie jestem zadowolona z mojego życia i że chciałabym coś zmienić? Jeżeli jesteś gotowa na to, żeby coś zmienić, to zmień jedną małą rzecz. Nie zmieniaj od razu wszystkiego, tylko jedną małą rzecz. Na przykład codziennie wyprowadź siebie na spacer. Nie musi to być półgodzinny spacer, wystarczy 5 minut.

Ale te większe marzenia (związek, rodzina, dziecko) to nie tylko kwestia zmiany nawyków. Możemy zmieniać swoje życie, ale tylko to, co należy do nas.

Znów powiem, że chodzi o to, żeby marzyć, a nie żądać. Jeżeli jestem sama, to znaczy, że życie zmusza mnie do tego, żeby jeszcze coś w sobie przepracować. W tej samotności mam znaleźć dla siebie coś ważnego. Przestałam szukać drugiego człowieka. Postanowiłam nawiązać pełny i znaczący kontakt z samą sobą. Tak jakbym weszła z sama sobą w związek. Po raz pierwszy w życiu, bo wcześniej zawsze chciałam być z kimś. Byłam sama przez siedem lat i całkowicie zaakceptowałam ten stan. Uznałam, ze tak właśnie ma być i czułam się szczęśliwa. I dopiero wtedy niespodziewanie na mojej drodze stanął mężczyzna.

To też jest piękna historia. Jak z bajki czy filmu. Pani przykład pokazuje, że nieważna jest odległość. Jeżeli dwoje ludzi chce być ze sobą, to ze sobą będzie.

Tak. Cuda zdarzają się codziennie. Jestem o tym przekonana. I nie chodzi o to, żeby ich szukać, tylko żyć tym, co jest teraz, starać się być dobrym człowiekiem, starać się zmienić swoje życie na lepsze. Wtedy dobre rzeczy same zaczynają przychodzić.

A książka "Jestem szczęśliwym singlem" powstawała już wtedy, gdy była Pani w związku?

Tak i to wcale nie jest książka tylko dla singli. To jest też książka dla osób w związkach. Bo ja wciąż jestem szczęśliwym singlem, mimo że jestem w związku. Oprócz tego, co mamy wspólnie w związku kiedy jesteśmy razem, ja mam też swoje własne życie. Mam swoje marzenia, cele, mam swoją pracę i mam siebie, więc niezależnie, czy będę z kimś, czy nie, nigdy nie zostanę z niczym, bo mam siebie. I to jest właśnie bycie szczęśliwym singlem.

Czyli singiel nie musi być singlem.

Tak jest. Chodzi o emocjonalną samodzielność.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiała
Kinga Czernichowska