Ach ta Bibi! Historia przekornej hrabiny i odzyskanego pałacu

Mariola Zaczyńska
Beata Ostrowska-Harris, właścicielka pałacu w Korczewie Aga Król
Na powrót do rodzinnego domu przyszło jej czekać pół wieku. Gdy go opuszczała, miała osiem lat. Jej ojciec hrabia Krystyn Ostrowski nie dożył tej chwili. Ale gdyby zobaczył ruinę, którą stał się pałac, pewnie pękłoby mu serce... - Korczew? Nie czekaliśmy na powrót, bo wydawało się to niemożliwe - wspomina Beata Ostrowska-Harris. - Aż pewnego dnia na drogach w Anglii zaczęły się pojawiać ciężarówki z napisem „Solidarność”. Machaliśmy do kierowców.

W 1989 roku do córek hrabiego Ostrowskiego, Renaty i Beaty, odezwał się kuzyn z Krakowa.
- Jeśli chcecie odzyskać Korczew, to musicie przyjechać. Teraz!
Starsza Renata powiedziała do siostry: Jedz!
- To przyjechałam - mówi Beata Ostrowska-Harris.
Tak zaczęła się niesamowita historia mozolnej walki o odbudowę rodzinnego domu, Pałacu w Korczewie, nazywanym kiedyś Perłą Podlasia. Potomkom hrabiego Ostrowskiego zajęło to blisko 30 lat. To także historia wspaniałych kobiet z arystokratycznej rodziny, wychowanych w niezwykłym harcie ducha. Duża w tym zasługa ich matki, utalentowanej malarki, wybijającej się w swej epoce niezależnością i siłą charakteru. Wanda z Krafftów Ostrowska studiowała malarstwo w Polsce, Austrii i Niemczech. Po ślubie odbyła z mężem podróż dookoła świata. Córki Renatę i Beatę wychowywała na swoją modłę, obie wyrosły na piękne i niezależne kobiety.

Konwój ze złotem
Okoliczności, w których Beata Ostrowska-Harris opuściła rodzinny dom, nierozerwalnie wiążą się z jedną z najbardziej tajemniczych i sensacyjnych akcji z początku II wojny światowej - z wywiezieniem za granicę złota zdeponowanego w polskich bankach, by bezpiecznie przeczekało wojenną zawieruchę z dala od niemieckiej okupacji. Decyzja o tym zapadła już na początku września, gdy Niemcy zaatakowały Polskę. Jeden z konwojów zajechał do Korczewa, po hrabiego Ostrowskiego...
- Ojciec był dyplomatą, bywał w świecie, miał tam wielu znajomych. No i znał języki obce. Musiał też dużo znaczyć w ówczesnej polityce, skoro poproszono go o pomoc w tej akcji. Jego rola kończyła się w Konstantynopolu, stamtąd dotarliśmy do Bejrutu. Czy coś pamiętam z tej podróży? W Rumunii byliśmy na statku, a wokół niego krążył jacht ambasady niemieckiej z powiewającą swastyką... Ach, no i ten zapach benzyny, gdy opuszczaliśmy Korczew!
Hrabia Krystyn Ostrowski postawił warunek: wyjedzie z konwojem, ale własnym samochodem i ze swoją rodziną. Do auta załadowano ogromne szklane pojemniki z benzyną.
- Zrobiło się przez to mało miejsca dla nas. Mama i babcia musiały trzymać nogi w górze, a na tym wszystkim jeszcze ja siedziałam. Renata nie pojechała z nami. Została w Warszawie, gdzie pracowała jako wolontariuszka w Szpitalu Maltańskim. Ona miała dwadzieścia lat.

Czas zawieruchy
Przez długi czas wojennej zawieruchy nikt nie wiedział, co się dzieje z Renatą. Ostrowscy udali się z Bejrutu do Francji.
- Okazało się, że z pomocą Stefana Tyszkiewicza, który był związany z włoską rodziną królewską, Renata dostała pozwolenie wyjechania do Rzymu. Tak opuściła Polskę. W 1940 roku dojechała do nas do Francji.
Gdy ruszyła wielka ofensywa niemiecka na Francję, rodzina Ostrowskich przedostała się do Hiszpanii, a stamtąd do Portugalii. Renata jednak znowu ruszyła własną ścieżką. I ponownie ślad po niej zaginął. Ciężkie i straszne były to czasy. W drodze z Francji do Portugalii Wanda Ostrowska zaczęła ponownie malować. Jej obrazy ratowały domowy budżet.
- Ojciec strasznie źle znosił, że mama miała duży wkład w codzienne życie, że właściwie nas wtedy utrzymywała. A ona była kobietą nowoczesną, z silnym charakterem. Rządziła wszystkim i wszystkimi. I nie znosiła gotować! Byliśmy bez pieniędzy, ale kucharka musiała być. Pamiętam jej próbę gotowania w Paryżu. Wynajęliśmy mieszkanie, bo hotel kosztował dużo. Mama weszła do kuchni i oznajmiła: „Jajka wam zrobię!” Ale zaraz zaczęła się zastanawiać, jak się te jajka gotuje? Do zimnej wody się je wrzuca, czy do gorącej? Pamiętam to jej zdziwienie, że nawet jajek nie umie ugotować.
Beata Ostrowska-Harris przyznaje, że to po mamie odziedziczyła niechęć do gotowania.
A Wanda przed ślubem malowała dużo, jednak gdy wyszła za mąż, przestała. Podczas podróży do Portugalii wróciła do pasji. Rysowała budynki, ludzi, a w Lizbonie zajęła się malarstwem już na poważnie. Jej akwarele wystawiano w lizbońskiej galerii przy rua San Pedro de Acantara. Krystyn zaś angażował się w działalność charytatywną. Dzięki wykształceniu i znajomości języków obcych mógł odegrać rolę w pracach komitetu międzysojuszniczego, pomagającego wojennym uchodźcom.

Siostry
Wieści, że Renata żyje i przebywa w Londynie dotarła w końcu do rodziny. Radości nie było końca. Ostrowscy dojechali do Anglii w 1942 roku. Ten kraj stał się już ich drugim domem. Hrabia Krystyn nadal zajmował się polityką jako jeden z działaczy Niezależnej Grupy Społecznej, opowiadającej się za kontynuowaniem na emigracji walki o niepodległość Rzeczpospolitej. Renata także zajęła się działalnością publiczną, była dziennikarką BBC i miała nawet swoją audycję.
- A ja skutecznie pracowałam na opinię czarnej owcy w rodzinie - śmieje się Beata Ostrowska-Harris.
Siostry w dorosłym życiu nie znalazły wspólnego języka. Może dlatego, że dzieliło je 12 lat różnicy, a może to przez wojnę i lata tuż po niej, gdy każda poszła swoją drogą.
- Renata była prawdziwą pięknością. A ja? „Ach, ta Bibi!”, mówili, „Znowu ta Bibi!”. Wiele razy to słyszałam. Ciotkom nie podobało się moje aktorstwo i to, że wyszłam za Anglika
- wspomina Beata Ostrowska-Harris. - Każda z nas miała swoje życie i tak zostało do końca. Tak naprawdę... nie lubiłyśmy się. Kochałyśmy, ale jednocześnie się nie lubiłyśmy. To skomplikowane, przykre i trudne. Obie miałyśmy silne charaktery. Renata zmarła w 2000 roku, już tutaj, w pałacu... Nie doszło między nami do pojednania.

Czarna owca
Niezależna duchem Beata kroczyła swoją własną ścieżką. Przekorna i niezależna. Gdy w latach sześćdziesiątych modne stało się mini, ona chodziła w sukniach do ziemi. A kiedy ogłosiła w domu, że nie pójdzie na uniwersytet, tylko zostanie aktorką, wywołała skandal.
- Ojciec był wściekły na mnie, ale zgodził się. Właściwie na wszystko się godził. Był groźny bardzo, ale nam ulegał. I tak poszłam do szkoły dramatycznej. Po dwóch latach mnie stamtąd wyrzucili. Dlaczego? Bo byłam beznadziejna!
Talent aktorski Bibi odkryła w sobie jeszcze w szkole podstawowej, prowadzonej pod Londynem przez siostry zakonne. Jako że nie czuła w sobie sportowego ducha, słabła i mdlała na zawołanie, gdy siostry kazały dziewczynkom grać w hokeja na trawie.
- Och, to straszna bzdura! Walić w piłkę patykami? Więc biegłam z tym patykiem i słabłam. Siostry były przerażone... Cóż, dziś widzę, że byłam bardzo niegrzeczna...
Po opuszczeniu szkoły dramatycznej Bibi przez jakiś czas jeździła z polskim teatrem, grając w przedstawieniach.
- Ale też mnie wyrzucili. Powód ten sam: byłam bardzo złą aktorką. Czy to wtedy był dla mnie dramat? Niespecjalnie. Znalazłam co innego do roboty. Z koleżanką ze szkoły dramatycznej otworzyłyśmy kawiarnię w Chelsea. A potem drink bar. Z czarnej owcy stałam się „jeszcze bardziej czarną owcą”. Córka hrabiego prowadzi klub! Ale to w nim poznałam mojego męża.
Rodney wszedł do klubu i już nie wyszedł. Wysoki, przystojny, były wojskowy, po wojnie w Korei.
- Od pierwszej chwili wiedziałam, że to TEN. Połączyła nas wielka miłość. Byłam jego drugą żoną, spędziliśmy razem 40 lat.
Na prośbę męża zamknęła klub. Urodziła trójkę dzieci, a gdy już nie potrzebowały codziennej opieki, odnalazła się w handlu antykami. Samodzielnie przemierzała Europę wzdłuż i w szerz, poszukując pięknych przedmiotów. Nawiązała współpracę z dekoratorami wnętrz i odnosiła na tym polu sukcesy.
- Nigdy nie powinnam być aktorką, powinnam za to organizować przedstawienia. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, że byłabym w tym dobra. Czas... Na wszystko potrzeba czasu.

Powrót do Korczewa
Dobra Korczewskie położone w Dolinie Bugu przed wojną liczyły ponad 20 tys. hektarów łąk, pól, lasów, stawów. Pałac nazywany był Perłą Podlasia. Prapradziad Beaty, Aleksander Kuczyński, członek sztabu generała Chłopickiego w powstaniu listopadowym, był znany jako doskonały gospodarz. Założył w Korczewie stadninę koni arabskich, a w Warszawie był współzałożycielem Towarzystwa Wyścigów Konnych. To do jego żony Joanna pisał nostalgiczne listy Cyprian Kamil Norwid i jej zadedykował wiersz „Do pani na Korczewie”. Majątek odziedziczyła potem córka Ludwika, która wyszła za mąż za emigranta mieszkającego we Francji Tadeusza Ostrowskiego. Dzieje jego rodziny sięgają czasów piastowskich. Ich syn hrabia Krystyn Ostrowski okazał się godnym dziedzicem.
- Moje najstarsze wspomnienie z dzieciństwa? Nie wiem już, co jest wspomnieniem, a co znam z opowieści. Strasznie trudno to rozdzielić. Wiem, który był mój pokój. Pamiętam też pokój mojej matki. I widzę siebie w jadalnym, jak jem raki... Do tej pory marzę o rakach, były fantastyczne! Ojciec opowiadał, że przychodziły panie i przynosiły kosze pełne raków... Pamiętam drzewa, których już nie ma, wielką lipę. Siedziałam pod nią. Ogród wyglądał egzotycznie. Na jednym ze zdjęć jest wielbłąd, ale to było zanim ja się urodziłam. Podobno wziął się tu z majątku Ciecierskiego zza Siemiatycz, ale skąd on go miał? Ktoś mi opowiadał, że jeden z Tyszkiewiczów wziął go potem, miał do Paryża z nim pojechać, ale czy tak się stało, to nie wiem.
Gdy Beata przyjechała do kraju w 1989 roku, widok rodzinnego domu był szokiem. Potwornych zniszczeń wcale nie dokonała wojna. Pałac trafił w ręce „ludu”. Umieszczono w nim siedzibę GS, z sali balowej zrobiono magazyn na nawozy sztuczne. Drzwi i okna były zabite deskami, wokół trawa po pas.
- To było straszne... Czułam potworny ból.
Córki hrabiego Krystyna Ostrowskiego mogły odzyskać swój rodzinny dom za symboliczną złotówkę. Do sióstr wrócił pałac i przyległy park, w sumie 15 hektarów. Renata i Beata zamieszkały w pomieszczeniach naprędce przystosowanych do codziennego życia. Z Beatą przyjechał też Rodney. Pokochał to miejsce. Tak zaczęła się dwudziestopięcioletnia batalia o przywrócenie pałacowi dawnej świetności.
Beata okazała się świetnym przedsiębiorcą. Uruchomiła zlewnię mleka, która zaczęła przynosić pieniądze, jakże potrzebne do odbudowy pałacu. I do odkupowania kolejnych obiektów, należących kiedyś do rodziny.
- Odkupuję nasze dobra kawałek po kawałku. Nie czekam, aż ktoś mi je „odda”. Inni potomkowie arystokratycznych rodzin dziwią się, że kupuję to, co do mnie należało... Ale ja nie mam czasu czekać.
W odkupionych stajniach powstały sala weselna i plenerowy grill, przy pałacu otwarto Karczmę z tradycyjną staropolską kuchnią i pokojami noclegowymi. Zlewnia mleka nadal świetnie prosperuje.
Pałac wydzierano ruinom metr po metrze. Sukcesywnie wymieniano okna, szykowano kolejne pomieszczenia, udostępniając je turystom. Przełom nastąpił dzięki dotacji z unijnych pieniędzy na ratowanie zabytków, przyznanej przez Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego. Pałac w Korczewie znowu stał się Perłą Podlasia. Wróciły tarasy z piaskowca, z ruin podniosło się lewe skrzydło, a w prawym otwarto oranżerię z fontannami. Beatę wspierają w działaniach synowie Aleksander i Dominic.
Starsza siostra nie doczekała dnia, w którym Pałac w Korczewie odzyskał swój blask. Zmarła w 2000 roku. Rodney zmarł kilka lat temu. Prosił, by pochować go w Polsce, w Korczewie, który pokochał.

Hrabina
Arystokracja przez wieki odgrywała czołową rolę w życiu narodu polskiego. To z niej wywodzili się wybitni politycy, mecenasi sztuki, działacze gospodarczy. Arystokracja nadawała ton życiu towarzyskiemu, lgnął do niej świat artystyczny. I mimo że czasy się zmieniły, lubimy słuchać i czytać o potomkach arystokratycznych rodów.
- Co to znaczy być dziś arystokratą? Po prostu być ekstra miłym w rozmowie z każdym. Nie utrzymuję kontaktu z innymi arystokratycznymi rodzinami, choć ostatnio odwiedziło Korczew dwóch Radziwiłów. Wypiliśmy kawę... bardzo miło się rozmawiało.
Beacie Ostrowskiej-Harris formalnie nie przysługuje tytuł hrabiny, ale wszyscy się tak do niej zwracają.
- Nigdy nie żałowałam decyzji o powrocie z Anglii do Korczewa. Pałac wrócił do rodziny i tak już zostanie. Ale mam do zrobienia jeszcze jedną rzecz...
Hrabia Krystyn Ostrowski poprosił córki przed śmiercią, by jeśli to będzie możliwe, przywieźć jego prochy do Polski i rozsypać w ukochanym miejscu w Korczewie. Beata przywiozła urnę z prochami ojca w 1989 roku. W kościele w Knychówku odbyła się z tego powodu wielka uroczystość i msza.
- I ksiądz mi zabronił spełnić marzenie ojca. Umieścił urnę w krypcie. Było wtedy dużo ludzi i nic nie mogłam zrobić. Mam więc teraz do wypełnienia jeszcze jedno zadanie... Jeśli trzeba to po kryjomu. Wiem, o którym miejscu mówił tata. Jest tam krzyż na drodze i piękny widok na ukochany Korczew. Prochy ojca czekają...

Bikini z maseczką, plażowy hit tego lata?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie