Zupełnie jak w czeskim filmie

Redakcja
Udostępnij:
Mężczyzna z plastikowym pistoletem pod bokiem ochrony strzela do prezydenta, a policja nie może ująć producentów alkoholu, który zabija ludzi. To mogło się wydarzyć tylko w Czechach.

Niejednemu włos się zjeżył na głowie, gdy z kilku zaledwie metrów strzelał do czeskiego prezydenta młody mężczyzna. Jakim cudem przeszedł niezauważony przez ochronę Vaclava Klausa- nie wiadomo do dziś. A jeszcze dziwniejsze jest to, że Pavel Vondrusz, bo to on był sprawcą zamieszania podczas ceremonii otwarcia mostu, spokojnie sobie odszedł po oddaniu kilku strzałów z pistoletu zabawki, zapalił papierosa, rozmawiał z dziennikarzami, a dopiero potem podeszli do niego policjanci i zatrzymali go. 26-letni mężczyzna wyznał, że mierzył w Klausa, bo - jego zdaniem- rząd jest ślepy i głuchy na wołania narodu i trzeba było coś zrobić, aby to zmienić. Zamachowca aresztowano, ale szybko wypuszczono zza krat. Za to skandaliczne zaniedbanie zapłacił Jirzi Sklenka, szef ochrony Klausa, podając się do dymisji. Oświadczył, że ponosi odpowiedzialność za niedopełnienie obowiązków przez ochronę i powinien opuścić swoje stanowisko. Zaraz po tym zajściu Klaus mówił, że gdyby miał tylko okazję, sam by pacnął zamachowca.

Kiedy zamachowiec strzelał - jak opisywała to zdarzenie czeska prasa - ochroniarze Klausa tylko się śmiali. Klaus, jak potem podano, odniósł niegroźne obrażenia łokcia. Opatrzono go dopiero po powrocie do Pragi. Vondrusz będzie odpowiadać z wolnej stopy. Grozi mu do 2 lat więzienia.

Kiedy w wielu krajach do znudzenia analizowano kardynalne błędy popełnione przez prezydencką ochronę, gdy podkreślano, że zamachowiec powinien w każdym innym kraju paść trupem, w Czechach sprawę potraktowano lekko, by nie powiedzieć z przymrużeniem oka.

Podobnie też wielu oceniło to, co się stało z aferą zatrutego alkoholu, który uśmiercił już nad Wełtawą prawie 30 osób. Niemal każdego dnia przybywało ofiar, zabijał nawet alkohol z oryginalnymi banderolami kupowany w supermarketach. Kiedy producenci legalnych wódek i nalewek wyznaczali nagrody za ujęcie fałszerzy, którzy, dolewając spirytus metylowy, nie tylko narażali życie konsumentów, ale też niszczyli legalny alkoholowy biznes, policja działała wyjątkowo opieszale.

Kiedy w szpitalach przybywało poszkodowanych w wyniku spożycia trującego alkoholu, gdy raz po raz ogłaszano komunikaty ostrzegające przed kupnem trunków z niewiadomego źródła, szefowie policji mówili, że sprawa jest w toku. Sytuacja stała się już w pewnym momencie tak dramatyczna (problem rozlał się na czeskich sąsiadów), że Praga zdecydowała się na częściową prohibicję. Chwilę później nadszedł wreszcie ten najbardziej oczekiwany komunikat, że fałszerzy alkoholu ujęto, trafili za kraty, ale nadal na rynku jest kilkanaście tysięcy butelek z trucizną, a kupno silniejszych trunków może być jak gra w rosyjską ruletkę.

W kilkunastu czeskich szpitalach wciąż przebywa pół setki pacjentów - to ludzie z bardzo różnych środowisk: od bezdomnych po pracowników fizycznych, lekarzy, nauczycieli i menedżerów. Kilkanaście osób znajduje się w stanie krytycznym.

Minister zdrowia Leosz Heger uspokajał, obiecując Czechom sprowadzenie specjalnego leku z Norwegii. Pragę odwiedził nawet norweski toksykolog Erik Hovda, który przywiózł ze sobą pierwsze dawki drogiego leku, ale nie uspokoiło to sytuacji.

Wydaje się, że poskutkował ruch rządu, który wprowadził częściową prohibicję i zakazał sprzedaży 30-procentowego alkoholu w kioskach, na straganach i w małych sklepach. Na rynku wybuchła panika. Po apelu ministra zdrowia o całkowite powstrzymanie się od spożycia trunków zakupy zmalały o połowę.
Kontrole przeprowadzane przez inspektorów ujawniły dramatyzm sytuacji. Okazało się, że co druga butelka alkoholu była podejrzana, np. nie miała akcyzy, nie wiadomo więc, skąd pochodziła, a jej etykietka była nieczytelna.

Czesi powoli dochodzą już do siebie, starają się zapomnieć o alkoholowej aferze. To sympatyczny naród, z ogromnym poczuciem humoru, kochający rozrywkę, a nade wszystko piwo. Złośliwi mówią nawet, że każdy kolejny czeski rząd powinien się mieć na baczności przed jednym ruchem. Bo nie kryzys i nie skandale obyczajowe mogą mu najbardziej zaszkodzić, tylko podwyżka cen piwa. Bo Czech bez solidnego kufla ze złocistym trunkiem to jednak nie Czech.

Wspólne picie piwa, biesiadowanie w karczmach i innych lokalach to czeska tradycja. Przy ogromnych stołach zasiadają robotnicy, artyści i politycy. Zmarły czeski prezydent Vaclav Havel widziany był nieraz w praskich knajpkach, gdzie przy solidnym kuflu piwa rozprawiał ze swoimi przyjaciółmi. Dla jednych to człowiek, który za bardzo odpuścił ludziom dawnej epoki, dla większości - po prostu luzak, swój chłop.

Do dziś jeszcze krążą po Pradze opowieści, jak to cudacznie poprzebierani strażnicy wpuszczali na Hradczany ludzi, którzy już tylko samym ubiorem nie przypominali szacownych biznesmenów i polityków. Wystarczyło jednak, że byli przyjaciółmi Havla, to była najlepsza dla nich przepustka.

Czesi to sympatyczny naród, do życia podchodzą na luzie, a każdy kolejny rząd musi pamiętać, że może być z nim źle, gdy tylko zdrożeje piwo

A Havel miał wyjątkową słabość do ludzi kultury, do muzyków, za członkami grupy The Rollinig Stones wprost przepadał. Może to z powodu jednego z przebojów Stonesów, którzy odwoływali się do słynnego apelu Havla i innych opozycjonistów w komunistycznych czasach, a może po prostu dlatego, że kochał takich jak on sam luzaków.

Kiedy dla innych krajów z tej części Europy seks i wszystko co z nim związane traktowane były nad Wełtawą jako tabu, kwitł już seksbiznes. Trzeba było widzieć mieszkańców stolicy, którzy byli oburzeni policyjną akcją sprzed wielu lat (służby wtargnęły do 400 klubów i burdeli podczas największej tego typu akcji w regionie).

Zmęczona część śródmieścia Pragi zawstydzała czeski rząd, który starał się poprawić wizerunek przed akcesją kraju do Unii Europejskiej. Czeska stolica, znana i ceniona za swoją sztukę, muzykę i architekturę, stała się Bangkokiem Europy centralnej. Place i ulice, po których przechadzał się Kafka, są dziś pełne niemieckich seksturystów i pijanych Brytyjczyków świętujących wieczory kawalerskie.

Ulice otaczające plac Wacława, który był świadkiem aksamitnej rewolucji w 1989 r., są dziś pełne skąpo odzianych prostytutek, którym za pełną usługę trzeba zapłacić ledwie cząstkę ceny, jakiej żądają ich koleżanki po fachu z Niemiec czy Austrii.
Ostatnie strony magazynów dla turystów są pełne ogłoszeń bardziej eleganckich prostytutek i nocnych klubów, które otwarcie piszą o swojej ofercie seksualnej. Jeden z dobrze znanych lokali zaprasza swoich gości do kilku pokoi z rozmaitymi motywami przewodnimi, gdzie klienci mogą urzeczywistnić swoje orgiastyczne fantazje za niewielka sumę.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
długo_pis
a jesli delikwent był slusznej postury to 2-ch go trzymało a 3-ci lał... wiec nie dziwi ze po latach akcji w obronie zdobyczy socjalizmu trudno bronic najwazniejsza osobe w panstwie... ta była chroniona zawsze przez przewodnia siłe narodu zaprzyjaznionej partii
Dodaj ogłoszenie