Znów nieco prawdy o odległości między Warszawą a Waszyngtonem

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Witold Głowacki Fot. Polskapresse
Kolejne ujawniane przez WikiLeaks depesze amerykańskich dyplomatów dotyczące polskich polityków ze świecznika budzą przede wszystkim powszechny ubaw, urozmaicając coraz bardziej gęstą atmosferę kampanii wyborczej. Nikt na poważnie nie zastanawia się, jaki obraz "strategicznego sojuszu Polski z USA" wyłania się z tej korespondencji.

Treść depesz zresztą od początku posłużyła w Polsce właściwie bez wyjątku za kampanijne paliwo. Kiedy wyszło na jaw, co tak naprawdę myślał ambasador Ashe o polskiej minister spraw zagranicznych Annie Fotydze i Lechu Kaczyńskim, politycy Platformy chichotali jawnie przed kamerami, co ułatwiał im fakt, że w opisie amerykańskiego dyplomaty znalazło się sporo nacechowanej emocjami ironii. Ale mało kto dotykał ważniejszych wniosków z tej depeszy. Tego, jak bardzo instrumentalnie Amerykanie traktowali zabiegi braci Kaczyńskich i ich politycznego środowiska o względy Waszyngtonu. Po latach okazało się, że w sporze o tarczę antyrakietową co do joty rację miał - odżegnywany wówczas od czci i wiary przez PiS i sympatyzujących z nim politologów i amerykanistów - Roman Kuźniar. Bo na polskim gruncie właściwie on jeden wprost mówił wtedy o skali przedmiotowości, z jaką Waszyngton traktuje na co dzień Warszawę.

CZYTAJ TEŻ: Jak USA oceniają Polskę. Kolejne depesze Wikileaks wyciekają przed wyborami

Kiedy WikiLeaks ujawniła, jakimi spostrzeżeniami dzielili się z Amerykanami Radosław Sikorski (Niemcy - koń trojański Europy) i Jarosław Gowin (PO rządzona przez Tuska nie wygra wyborów), radochę mieli politycy Prawa i Sprawiedliwości i, rzecz jasna, dziennikarze. No bo rzeczywiście wpadki - szczególnie ta Gowina - przezabawne. Ale co poza tym? Bo czy nie ciekawe jest, jak szczegółowo - wbrew wszelkim pozorom - ambasador USA stara się opisać polityczne niuanse na polskiej scenie politycznej? Przecież w tekście depeszy ambasadora Ashe'a znajduje się całkiem interesująca analiza napięć między konserwatywnym a liberalnym skrzydłem partii - nawet jeszcze nie rządzącej, lecz aspirującej do rządzenia. Tymczasem po co to było do szczęścia adresatom depeszy, nikt nawet nie próbuje się zastanawiać. Z jednym wyjątkiem. Bo jedynie Donald Tusk wygłosił znamienne zdanie o nieco zbyt częstych wizytach niektórych posłów w ambasadach.

Zabawnie zadowolony był natomiast Kazimierz Marcinkiewicz, którego amerykańscy dyplomaci nie dość, że nie skompromitowali, to jeszcze w swych depeszach chwalili. Choć twierdził, że depeszy nie czytał, widać było ulgę na jego twarzy. A i przedrukowujące ją gazety i serwisy podawały depeszę na temat Marcinkiewicza w rozkosznie triumfującym tonie. Trochę jakby chciały wykrzyknąć z radością: "no proszę, wcale nie tacy okropni ci amerykańscy dyplomaci, przecież i Marcinkiewicza mogli wyśmiać, a tymczasem chwalą".

CZYTAJ WIĘCEJ KOMENTARZY WITOLDA GŁOWACKIEGO W SERWISIE POLSKATIMES.PL

Nie jestem jednak pewien, czy były premier polskiego rządu powinien jakoś bardzo się cieszyć z określenia "Marcinkiewicz był dla ambasady doskonałym kontaktem". Nawet w świetle odwiecznego "strategicznego sojuszu" nie brzmi to niestety najlepiej. Bo "doskonałym kontaktem" ambasady USA może być równie dobrze któryś z afgańskich watażków albo kubański aparatczyk. Wobec traktowanych serio szefów rządów używa się najczęściej zupełnie innych określeń.

Witold Głowacki

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie