„Źli Żydzi” w Teatrze Ateneum – śmiesznie i mądrze [RECENZJA]

Piotr Zaremba
Koniec roku, rankingi najlepszych przedstawień, aktorów były już ułożone, przynajmniej w głowach. A tu niespodzianka kompletna. Komedia „Źli Żydzi” na małej scenie warszawskiego Teatru Ateneum wywraca wszystkie hierarchie.

A przecież kiedy usłyszałem ten tytuł, pomyślałem: „No nie, znowu żydowska tematyka”. Tyle że Joshua Harmon z Nowego Jorku, rocznik 1983, napisał tę sztukę nie dla nas, nie po to aby wychowywać świat „gojów”. Napisał ją najpierw dla siebie, a potem na użytek samych Żydów. Marzyłbym, aby jakiś Polak zafundował nam, innym Polakom, taki obrachunek, wolny od agitkowej doraźności, dogłębny, szczery, mądry.

Sztuka tak bezpośrednio porusza temat żydowskiej tożsamości, kłopotów z nią w amerykańskim, asymilującym wszystko i wszystkich społeczeństwie, że choć ma formę rodzinnej psychodramy, można by ją uznać za utwór bez mała polityczny. A równocześnie…

A równocześnie jest fascynującą opowieścią o rodzinie, o relacjach między bliskimi. I na dokładkę niebywale zabawną komedią.

I jeszcze czymś, bo bardzo konkretnie rozliczając się z problemami i dylematami Żydów, dotyka tematyki ważnej dla wielu innych narodowości. Także dla Polaków. My też mamy mnóstwo kłopotów z tożsamością, jedni chcą ją chronić za wszelką cenę. Inni za wszelką cenę od niej się odcinać. I choć nie rozpuszczają nas bezpośrednio soki trawienne Ameryki, zmagamy się z tym, szarpiemy. No więc na dokładkę to jest sztuka dla nas i o nas. Tyle rzeczy w jednym? Ano tak.

Pewnie dlatego od momentu kiedy w roku 2012 Harmon wystawił „Złych Żydów” w offowym teatrze w Los Angeles, objeżdża ona triumfalnie świat. Naturalnie prawdą jest i to, że autor ma większą swobodę podrwiwania sobie ze swoich ziomków. Jak Woody Allen czy – może nawet bardziej – bracia Coen. Czy gdyby był z zewnątrz, mógłby sobie pozwolić na zabawę tyradą głównej bohaterki Diany-Daphne, która w ogniu rodzinnego sporu rzuca koronny argument: 22 procent laureatów nagrody Nobla to Żydzi. Ba, są i delikatne drwiny z kultu Holocaustu, w każdym razie z jego wykorzystywania. Łatwo w takim wypadku o pochopny zarzut antysemityzmu.

Trójka młodych ludzi, dwaj bracia Jonah i Liam, oraz ich kuzynka Diana, która nazwała się Daphne, muszą przenocować jeden raz wspólnie w nowojorskiej kawalerce, bo zjechali na pogrzeb wspólnego dziadka. Daphne jest żydowską patriotką, przestrzegającą na dokładkę religijnych norm i rytuałów. Liama oskarża, że ten traktuje tradycję lekko, więc jest „złym Żydem”. Jonah, zwolennik filozofii „żyj i pozwól żyć innym”, błaga ich nieustannie o wyluzowanie. Jest i ta czwarta, narzeczona Liama Melody, dziewczyna spoza społeczności. Uwikłana w świętą wojnę między kuzynami.

Polski konserwatysta może mieć kłopot z tą sztuką. Z jednej strony miło mu słuchać o wadach Żydów, dotrzeć do samooskarżeń o narodową nadgorliwość. Przegięcia Daphne kojarzą się przecież z naszymi moherami, narodowymi katolikami. Z drugiej strony ona jest bojowniczką o zachowanie tożsamości. Powinniśmy więc jej sprzyjać, rozumieć ją, jeśli jesteśmy po prawej stronie. Problem Żydów amerykańskich bojących się wykorzenienia, to problem wszystkich, którzy chcą aby ludzie nadal mieli swoje dawne ojczyzny.

Daphne jest nieznośna. Harmon zdaje się nam mówić, że nadmierne zaangażowanie w obronę tożsamości czyni życie ludzi nie do wytrzymania. Zwłaszcza, gdy bierze się za to człowiek, który coś sobie życiowo rekompensuje. Ale przecież w teorii liberalny Liam po ludzku też jawi się jako nieustępliwe chamidło. Jego walka z nadgorliwością Daphne ma w sobie wiele z krucjaty, podszytej osobistymi pretensjami. Pretensje są zresztą obustronne.

Co więcej, kiedy Melody ogłasza, że ideałem jest społeczeństwo bez narodów, bo tak śpiewał John Lennon, to też staje się przedmiotem kpiny autora. Zarazem pisarz podpowiada nam, że „liberałowie” też mogą wierzyć w obronę tożsamości, tylko na inny sposób. Róbcie to na własną modłę, taką lub inną, tylko się nie pozabijajcie, podpowiada nie tylko Żydom, także nam Polakom. Muszę powiedzieć, że choć jestem w polskich sporach kulturowych po jakiejś stronie, czasem rozumiem Jonaha błagającego o święty spokój.

W tej sztuce są nawet utrwalone różne stereotypy. Ale pokazuje się je nam po to, aby na koniec powiedzieć: nic tu nie jest jednoznaczne. Takimi regułami rządzi się naprawdę dobra literatura.

Warto zobaczyć tę sztukę choćby dla wspaniałej sceny, kiedy skłócone kuzynostwo łączy na moment wspomnienie z dzieciństwa. Tu już mamy kawał teatru rodzinnego, o niezmiennej naturze człowieka, o uczuciach.

Tak pięknie to jest zagrane, tak prawdziwe, zgodne z naszymi doświadczeniami. Reżyser Maciej Kowalewski rozumie każde włókno tego tekstu, każde drgnięcie emocji. Tak też, bezbłędnie, prowadzi aktorów. Pośród do tego stopnia dosłownej, że aż metaforycznej scenografii Arkadiusza Kośmidra.

W grze czteroosobowego teamu nie ma jednego fałszywego tonu. Są do bólu prawdziwi, choć przecież chwilami „metaforyczni”. Zwłaszcza Daphne, której niemal biblijne przemowy brzmią tak hebrajsko, tak rytualnie, jak monologi bohaterów Hanocha Levina. Poza wszystkim to dzieje się tuż przy publiczności. Może stąd jeszcze większe poczucie: to dotyczy także nas. My jesteśmy w samym środku tego wszystkiego.

Cała czwórka jest wspaniała, ale i z logiki tekstu i trochę z temperamentu aktorki wynika dominacja Daphne. Olga Sarzyńska jako nadpobudliwa, toksyczna, wiecznie mówiąca kobieta-potwór jest tym, kim bywa często: mistrzynią od ról tragikomicznych, niejednoznacznych. Przerysowuje postać, by jej w finale współczuć. Jest przejmująca, a jednocześnie… niebywale śmieszna. To wielka KREACJA. A dobrych komików bywających równocześnie tragikami nie mamy tak wielu.

Aktorka do tego stopnia ogniskuje na sobie naszą uwagę, że zaczynamy zerkać na nią z niepokojem, nawet gdy nic nie robi, milczy, próbuje zasnąć Ale brutalny, męski, ciskający się po scenie Liam Wojciecha Brzezińskiego jest jej godnym antagonistą. Wielkie oklaski dla tego chyba trochę niedocenionego aktora. Kiedy szaleje przed nami, przeraża, a jednak nie ma w tym przerysowania.

Podobnie grając słodką idiotkę Melody Julia Konarska balansuje nieustannie na granicy przesady. Ale nie – to jednak pełnokrwista postać, tak skomplikowana, jak tylko da się to wyprowadzić z tekstu.

Wreszcie Jonah-Piotr Sędkowski, debiutujący w teatrze przy ulicy Jaracza absolwent uczelni aktorskiej w Londynie, to postać, która budzi moją największą sympatię. Często bywa tłem dla tamtych, a jednak warto od czasu

do czasu na niego spojrzeć, jego ciche reakcje to też część atmosfery tego przedstawienia. On zresztą okaże się kluczem do wzruszającego finału. Aktor radzi sobie znakomicie, a rola osobnika grającego najbardziej samą obecnością nie należy do łatwych.

Niedługo obsada ulegnie zmianie. Marta Ojrzyńska zastąpi Olgę Sarzyńską, a Paulina Gałązka – Julię Konarską. Obie panie są w ciąży. A ja chętnie zobaczę drugi raz ten spektakl. Warto zbadać, czy nie zmieni to jakoś jego akcentów. Na dziś jest na ocenę celującą.

Ateneum postawiło na repertuar popularny, a jednak ambitny, mądry, na tekst wielowarstwowy, bardzo literacki i ani przez chwilę nie manieryczny. To jest teatr, który kocham. Powtórzę: marzę tylko żeby kiedyś jakiś Polak dokonał podobnie celnych obrachunków. I aby jakiś teatr go wystawił.

BEZ ŚCIEMY: Na scenie

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie