Zespół pocovidowy, czyli jak "ozdrowieńcy" nie mają sił ruszyć palcem i swobodnie oddychać

Maria Mazurek
Maria Mazurek
21.11.2018 krakow  radny miejski rada miasta krakowa prokop staszecka annafot. anna kaczmarz  / dziennik polski / polska press
21.11.2018 krakow radny miejski rada miasta krakowa prokop staszecka annafot. anna kaczmarz / dziennik polski / polska press Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
Rozmowa z dr n.med. Anną Prokop-Staszecką, pulmonologiem, która w szpitalu Jana Pawła II kieruje oddziałem covidowym.

FLESZ - Nowa szczepionka położy kres pandemii?

Pani w ostatnich miesiącach, po ponad 40 latach praktyki lekarskiej, była zmuszona zostać specjalistką od covida.
Nie. Jeśli usłyszy pani od kogokolwiek na świecie, że zna się na covidzie, to znaczy, że gada bzdury. Nie ma specjalistów od tej choroby. Z prostej przyczyny: my o niej wciąż wiemy niewiele.

Ale działa pani na pierwszej linii frontu.
Tak. Ponad miesiąc temu oddział, którym kieruję - chorób płuc i onkologii - został przekształcony w covidowy. Na początku byliśmy przerażeni.

Czym najbardziej?
Wyzwaniem. Bo my wciąż szukamy możliwości leczenia. Jeszcze nikt na świecie nie opracował skutecznej metody leczenia rozwiniętego zespołu covidowego.

A przeciwciała z osocza ozdrowieńców? Tę terapię się stosuje, ponoć z sukcesami.
Tylko że na osocze pacjenta muszę czekać aktualnie cztery dni. A pacjent potrzebuje tego osocza teraz - nie za tydzień czy pół. Bo już teraz jest w ciężkim stanie; proszę pamiętać, że do mnie trafiają pacjenci z rozwiniętą chorobą. Musimy się spieszyć, żeby nie było za późno.

Kiedy jest za późno?
Kiedy cytokiny - to takie substancje pojawiające się przy zapaleniu - niszczą już cały organizm. Mam w tej chwili czterech pacjentów zakwalifikowanych do terapii osoczem. I czekamy, walcząc z czasem. Kolejna rzecz: to wciąż jest terapia eksperymentalna. Teoretycznie powinna działać, tak wynika z naszej wiedzy o immunologii, ale my nie mamy na to badań klinicznych.

Brzmi pani na zmęczoną.
Jestem koszmarnie zmęczona. Z jednej strony cieszę się, że spełniam się jako lekarz, że podjęłam wyzwanie, że mam okazję być w centrum wydarzeń. Każdy sukces - a mamy już jako oddział swoje sukcesy, mamy oczywiście też porażki - jest niesamowitą motywacją. Z drugiej strony, czasem myślę: po co mi to? Pracujemy bardzo ciężko, ja i mój zespół. Kosztem rodziny, odpoczynku, własnego zdrowia. Mamy nadzieję, że za trzy-cztery miesiące to już się skończy. Bo ta pandemia jest już tak nakręcona, że teraz zatrzymać się jej nie da.

Nie zatrzymamy jej, czyli wszyscy przechorujemy?
Nie wszyscy. Większość. Dlatego przestrzegam przed rozumowaniem: i tak mnie to spotka, to już nie muszę uważać, mogę darować sobie maseczki, dystans, dezynfekcję. Nie. Naszym obowiązkiem jest konsekwentnie przerywać łańcuch epidemiologiczny w środowisku - w szkole, w przedszkolu, rodzinie, miejscu pracy. Powinniśmy „wychwytywać” zakażonych, testować, izolować. No ale z testami mamy problem od początku. Kupujemy testy nie zawsze dobre, za to zawsze drogie - a jak drogie, to musimy oszczędzać. Za mało testujemy.

Jedno to systemowy brak testów. A drugie to niechęć społeczeństwa do testowania się. Absurdalne przygody z sanepidem, dziwne zwyczaje kwarantanny mogły obrzydzić tę ideę.
Ale to nie chodzi o to, co nam się podoba, a co nie. Mamy objawy albo mieliśmy kontakt z zakażonym - to powinniśmy się zbadać.

Ja powiem szczerze: jak będę podejrzewała u siebie covid, to zamknę się na dwa tygodnie w domu - pracuję zdalnie, mieszkam sama - a nie będę czekać godzinami w kolejce, żeby się wymazać, a potem mieć na głowie sanepid i policję. Uważam, że racjonalny człowiek ma w sobie wystarczająco dużo odpowiedzialności za innych, by sam się kontrolować.
Pani jest uczciwa, to pani zakłada, że wszyscy wokół są. Ja mam to samo, dlatego najczęściej jestem oszukiwana. Każdy sądzi według siebie. Tylko że niestety - obserwuję to nawet u osób światłych - nie każdy z objawami zamknie się w domu. Wiele osób z gorączką i utratą węchu będzie chodzić do pracy albo słać dziecko do przedszkola. Na ogół negują swoje objawy - a jeśli je negują, to w ich opinii nie zakażają. Mechanizm zaprzeczenia, klasyka psychologii.

Wszyscy wiemy, jak chronić się przed zakażeniem. A co możemy zrobić już teraz, jak jeszcze jesteśmy zdrowi, żeby przebieg ewentualnej infekcji był łagodniejszy? Mówi się na przykład o suplementacji witaminy D.
Jedni mówią: kluczowa w odporności jest witamina D3, inni mówią: hola, hola, całe pokolenia jej nie przyjmowały i zachowywały odporność. Suplemantacja niewysokich dawek - 1000, maksymalnie 2000 jednostek - na pewno nie zaszkodzi, choć osobiście witaminę D3 polecam przyjmować w formie tranu, sama od wielu lat to robię. Inni zaś mówią o czosnku, cebuli, cytrynie, imbirze, kurkumie. A może o pietruszce? Ile w tym jest prawdy? Powiem tak: od czasów, kiedy zaczęła się pandemia, przeżyliśmy już: zieloną herbatę, sodę oczyszczoną…

Nawet w pewnym momencie pojawiły się doniesienia, że przed ostrym przebiegiem infekcji chroni palenie papierów.
No właśnie. Oczywiście było to bzdurą. W dobie Internetu ktoś przeczyta jakieś głupstwo i przekazuje dalej. Powracając do pani pytania: nie ma złotej recepty na koronawirusa, ale na pewno podstawową sprawą dla układu immunologicznego jest wyspać się, regularnie zjeść, nie żyć w stresie. Jak będziemy się wzajemnie straszyć wirusem, to wkoło będzie depresja. A przy depresji układ odpornościowy jest bardzo osłabiony. Ja nie widziałam człowieka z depresją, który by żył 100 lat. Pani widziała? I tu jest cała sztuka, żeby mówić o zagrożeniach, ale nie straszyć. A przecież ja sama się martwię.

Czym najbardziej?
Po pierwsze: że - jak podają źródła - można zakazić się drugi raz. Czyli zachorowanie nie strzeże nas przed nawrotem choroby. Po drugie, o czym mówi się mało: zespół pocovidowy. On dotyka mniej więcej co dziesiątego pacjenta. My zajmujemy się teraz pandemią, a pytanie, co pozostanie po niej.

Co pozostanie?
My dzisiaj tego nie wiemy. Obawiamy się, że covid może zostawiać po sobie ślady w wielu narządach. Przede wszystkim na płucach. Do tego może dojść niewydolność oddechowa na skutek zwłóknienia. My tak naprawdę nie wiemy, co z tym zrobić. Są leki, które można by było ewentualnie wdrożyć, ale nikt tego nie robi z dwóch względów: po pierwsze to są bardzo drogie specyfiki, po drugie nie ma żadnych badań klinicznych potwierdzających ich skuteczność. My nie wiemy, jak to będzie przebiegać dalej, bo trzy miesiące obserwacji to za mało. Tak czy inaczej u tych z ozdrowieńców, którzy kilka tygodni po infekcji wciąż kaszlą, mają duszność, odczuwają zmęczenie - zalecamy kontrolę radiologiczną.

Pani powiedziała, że zespół pocovidowy najczęściej dotyka płuc, ale nie tylko. Czego jeszcze?
Obserwujemy bóle głowy, bóle mięśniowe, zaburzenia sercowe, elektrolitowe, wielkie zmęczenie. Chorzy mówią, że nie mają siły palcem ruszyć, mimo że nazywa się ich „ozdrowieńcami”. Literatura mówi nawet o zmianach psychiatrycznych. Ja widziałam tylko pacjentów z paniką oddechową - to znaczy nie mieli duszności, ale tak hiperwentylowali, że uważali, że się duszą. Mamy takich, którzy mówią, że gorzej słyszą - więc nie wiadomo, czy to kwestia psychiatryczna, czy neurologiczna. Albo ktoś narzeka: Boże, ja chyba niedowidzę. Ale potem mówi, że mu przeszło. Nikt tak naprawdę nie wie, co dzieje się w organizmie po infekcji i czy to odwracalne.

Czy zespół pocovidowy dotyczy tylko tych, którzy przeszli samą infekcję ciężko?
Nie tylko. Ale ciężki przebieg infekcji zwiększa ryzyko wystąpienia tych powikłań.
A czy wśród pani pacjentów o ciężkim przebiegu są też młodzi ludzie bez chorób współwystępujących?
Tak. Również młodzi ludzie mogą ciężko przechodzić chorobę. Ale z tego, co obserwujemy, dotyczy to przede wszystkim przepracowanych, zestresowanych albo bagatelizujących zagrożenie osób. Trafiają do nas już w fazie, kiedy z zakażonych komórek po całym ciele rozlewają się substancje toksyczne. I może dojść do sepsy. Najgorsze jest, że w Polsce nie przygotowaliśmy się merytorycznie na to, co się teraz dzieje. Apelowałam na przykład, żeby wzorem Anglii powstała u nas platforma z wszystkimi doniesieniami na temat covid. To jest kilkaset prac dziennie! Ale nic takiego się nie wydarzyło. Druga sprawa: lekarze rodzinni za długo byli niejako chronieni przed pandemią i nie nauczyli się tego covida. U pacjenta z początkiem choroby, zupełnie niepotrzebnie, włączają na przykład antybiotyki.

Właśnie dlatego nie do końca ufam lekarzom rodzinnym. Tego że antybiotyki działają na bakterie, a nie na wirusy, uczy się w szkole średniej.
Nie lubię krytykować innych, wolę zacząć od siebie. Ale to prawda: są wspaniali lekarze rodzinni i są tacy, którzy mają gdzieś zdobywanie wiedzy, a nawet troskę o pacjenta. Ale i nie każdy lekarz-specjalista to geniusz. W tym zawodzie jest jak wszędzie - jak u księży, dziennikarzy i sędziów - są różni ludzie. Na usprawiedliwienie niewiedzy części lekarzy rodzinnych mam to, że ich czujność mogła zostać uśpiona po tym, jak parę miesięcy temu politycy obwieścili: pandemia się skończyła. Teraz z kolei słyszymy od polityków: wszystko jest pod kontrolą. Wydaje się miliardy, żeby budować szpitale polowe. Niech mi pani powie: chciałaby pani leżeć w tauron arenie? Poza tym łóżka to mogę sobie kupić, ale czy na to jest przygotowana kadra medyczna: lekarze, pielęgniarki, ratownicy? Kto będzie leczył tych pacjentów? Straż miejska? Pożarna? Wojsko? Dlaczego - póki był na to czas - nie zaangażowano i nie przeszkolono studentów? Ja mogłam ich szkolić całe lato, ale nikt tego nie proponował, choć przecież było wiadomo, że będzie druga fala. Zaprzepaściliśmy kilka miesięcy.

Służba zdrowia jest nad przepaścią?
Tak. Ja w tym momencie na swoim oddziale, gdzie jest dziewięciu lekarzy i 20 pielęgniarek, mam trzy osoby zakażone - to nie jest skutek zakażeń szpitalnych, tylko w domu, „na mieście”, no ale te zakażenia są. Wystarczy, że jeszcze jeden lekarz mi zachoruje i ja staję się niewydolna. Ale to nie jest tylko mój problem - i nie tylko problem leczenia pacjentów covidowych. Dziś strach chorować na cokolwiek innego. Diagnostyka, onkologia, kardiologa - wszystko leży.

To się kiedyś skończy?
Musi się skończyć. I musimy wyjść z tego mądrzejsi i pokorniejsi. Akurat ta pandemia, jak nic, uczy pokory. Jakby ten wirus przypominał nam: pamiętajcie, jak niewiele jeszcze wiecie.

Czytaj także

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Wideo

Materiał oryginalny: Zespół pocovidowy, czyli jak "ozdrowieńcy" nie mają sił ruszyć palcem i swobodnie oddychać - Gazeta Krakowska

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

R
Robert Prochownik

Zanim wykonałem test na covid, w związku z moimi dolegliwościami (temperatura, ostry kaszel) lekarz internista po osłuchaniu mnie przepisał antybiotyk, który zacząłem przyjmować , a następnie wykonałem test i po 24h wynik testu okazał się pozytywny. Trafiłem pod opiekę innego internisty już z POZ który wszczął procedurę izolacji ale zalecił też kontynuację przyjmowania antybiotyku. W kolejnych dniach miałem telefoniczne rozmowy z lekarzami: zakaźnikiem i pulmonologiem, którzy potwierdzili konieczność przyjmowania zaleconego antybiotyku tłumacząc, że uchroni mnie od ew. "nadkażenia".

Do pani dr Prokop miałbym pytanie czy wg niej wirus wyklucza ew. nadkażenie i rozwinięcie się np. zapalenia płuc pochodzenia bakteryjnego?

m
malek

To jasne, że każdy rozsądny człowiek powinien rozumieć konieczność kwarantanny w przypadku kontaktu z osobą zarażoną. Ale człowiek, który miesiąc temu przechorował infekcję i czyta o nabytej (czasowej) odporności, nie rozumie dlaczego teraz w takim przypadku miałby poddawać się kwarantannie. Bo tu logiki już trochę jakby brakuje. Tyle uwagi poświęca się szczepionkom, ale do tej pory nie znalazłem żadnej informacji, czy odporność po szczepieniu jest w jakiś sposób lepsza od odporności po przebytej chorobie? Bo jeśli nie, to nawet przy masowych szczepieniach wszyscy zaszczepieni mający kontakt z zarażonymi trafią na kwarantannę, czyli gospodarki to ratować nie będzie. A jeśli tak, to wszyscy ozdrowieńcy powinni być i tak szczepieni, co oczywiście zasadniczo zwiększyłoby koszty operacji. Kiedy osób z nabytą odpornością jest kilkadziesiąt tysięcy, można ich lekceważyć. Ale kiedy takich osób będzie ponad połowa populacji, to udawanie, że się tego nie widzi, pociągnie za sobą olbrzymie niepotrzebne koszty.

Z
Znajomy

Jest Pani bardzo mądrym człowiekiem i doskonałym lekarzem. Cieszę się, że tacy ludzie jak Pani nas leczą. Warto żeby ten doskonały artykuł ze znakomitą wypowiedzią rozpropagować. Powodzenia Pani Doktor(-orko) - :)