„Zamek” Kafki w Narodowym – ileż śmiechu, a ile grozy

Piotr Zaremba
Fot. Materiały prasowe/Krzysztof Bieliński
Udostępnij:
Tu Miśkiewiczowi udało się coś ważnego. Wychodziłem pod wrażeniem. Chciało się ten tekst, te postaci, dalej analizować, pytać o nie. To jedno z lepszych przedstawień tego ułomnego sezonu.

Odczuwam duży sentyment do „Zamku” Franza Kafki (o ile słowo „sentyment” najbardziej tu pasuje). We wrześniu 2019 byłem zachwycony spektaklem impresaryjnego lubelskiego Teatru Klepisko. Wystawił on bardzo sugestywnie adaptację tej powieści na zamku (lub raczej w ruinach zamku) w Kazimierzu Dolnym. Reżyserował Jan Wawrzyniec Tuźnik.

Miałem wtedy wrażenie, że wszedłem w świat nie jednej, a wielu tajemnic. Pożyczyłem od znajomego książkę i przypomniałem ją sobie prawie jednym tchem. Chociaż nie jest to lektura łatwa.

O czym to jest?
Na małej scenie Teatru Narodowego podjął się przeróbki teatralnej „Zamku” Paweł Miśkiewicz. Jako adaptator i reżyser. Nie będę taił, że byłem średnim entuzjastą tego, co Miśkiewicz robił ostatnio, przynajmniej w Narodowym.

I „Idiota” według Dostojewskiego, i „Burza” Szekspira (należałoby raczej napisać na kanwie Szekspira) miały tak zwane „piękne teatralnie momenty”. Odebrałem je jednak jako mało spójne myślowo, a w przypadku „Burzy” nadmiernie dopisujące sławnemu dramaturgowi nowe sensy. Służyło temu sztukowanie dramatu innymi tekstami. Choć trzeba zarazem dodać, że ekipa z Narodowego odnalazła się w rozmaitych scenicznych smaczkach tych inscenizacji perfekcyjnie.

A „Zamek”? No więc właśnie, przyjąłem wersję Miśkiewicza tym razem niemal bez zarzutu. Więcej, jestem pod jej dużym wrażeniem. Może z pewnym oporem wobec kostiumów Barbary Hanickiej (choć zarazem z pełną akceptacją dla jej dekoracji). Może z wątpliwościami wobec kilku zbyt głośno wykrzyczanych momentów. Ale tak, to jest twór wyobraźni Kafki. Aż się boję tak pisać, bo wierność literaturze nie jest dziś uważane za reżyserską cnotę.

O czym to jest? Zaczyna się wystrzałowo, niemal jak rasowa literatura grozy. Geometra K. (ponownie K., biorąc pod uwagę „Proces”) przybywa do nieznanej sobie miejscowości objąć posadę i rozpocząć pomiary. Okazuje się, że nic nie dzieje się tam tak, jakby się spodziewał. Miejscowi traktują go jak intruza, oglądając się wolę zamku (a właściwie Zamku). Który, choć to nie czasy pańszczyzny, decyduje o wszystkim. Przy czym nawet nie hrabia, czyli właściciel, bo on w ogóle nie zaistnieje, a niebywale skomplikowany aparat urzędniczy.

Łukasz Musiał słusznie zauważa w teatralnym programie, że potem akcja zwalnia, grzęźnie, niczym sam K. , który odkrywa, że nie jest w stanie zająć swojej posady, ani uzyskać informacji o swoim statusie, ani tak naprawdę wpływać na własny los. A zarazem ta coraz bardziej powolna fabuła jest naszpikowana tyloma paradoksami, więcej sytuacjami prawdziwie komicznymi. To humor smoliście czarny, niemniej on jest tam obecny.

Powtórzę pytanie: o czym to jest. W pierwszej warstwie o komplikacjach biurokratycznego polipa, który Kafka widział w rodzinnych Austro-Węgrzech. Naturalnie widział, podkręcając te komplikacje i demonizując na potęgę. Ale to także bardziej ogólna opowieść o władzy człowieka nad człowiekiem. Przemożnej, nawet jeśli biorącej się z urojeń. Bo nie wiemy, czy Zamek dysponuje skutecznymi jej narzędziami. Także o alienacji, obcości, którą K. odczuwa na każdym kroku w nowym dla siebie mikrokosmosie.

Wreszcie zaś można założyć, zupełnie jak w „Procesie”, że to jakaś wielka metafora ludzkiego życia. Niemożności kierowania nim. Zderzania się z ukrytymi niciami i mechanizmami. Plątania się, właśnie grzęźnięcia w jego logice, a może bardziej w braku logiki. Dla mnie to opowieść prawdziwie przejmująca.

Perfekcyjna przestrzeń
Aktorzy Narodowego grają ją tuż przy nas, w przestrzeni wypełnionej najpotrzebniejszymi sprzętami, chociaż przedzielonej rowem, pęknięciem, który nieustannie trzeba przeskakiwać. To się dzieje w kilku miejscach. Ale tak naprawdę cały czas w tej samej oberży będącej czymś w rodzaju majaku. Scenografka Hanicka po mistrzowsku tę przestrzeń organizuje. Mamy drzwi, które raz są drzwiami na zewnątrz, raz do wewnątrz. Okienko, przez które kilka razy ktoś przemawia. Poprzeczną belkę będącą jeszcze jedną dodatkową barierą.

Towarzyszą nam dziwne odgłosy, czasem podkreślające to, o czym mówią, albo co robią postaci sceniczne, a czasem przeciwnie, podsycające niepokój podczas najbardziej niewinnych dialogów. Wsparciem dla budowania tego nastroju jest też minimalistyczna muzyka Rafała Mazura.

Umowność jest chlebem powszechnym tego spektaklu. Niektórzy aktorzy grają po kilka postaci, a czystej zabawie służy opisanie Karola Dziuby i Kacpra Matuli jako bliźniaczo do siebie podobnych Pomocników Geometry, gdy tymczasem są mocno fizycznie skontrastowani. A mimo to ta opowieść jest klarowna, co nie znaczy, że przystępna czy poddająca się łatwym interpretacjom.
Zdolność do zbudowania osobnego świata to test na coś interesującego. Miśkiewiczowi się to udaje. Nie kopiuje niewolniczo tekstu Kafki, czasem dodaje coś od siebie. Ale jest mu zasadniczo wierny.

Długie to jest, a jednak rzadko czułem znużenie podczas oglądania. Owszem, rozbawienie, owszem grozę, czasem następujące bezpośrednio po sobie. Z uznaniem trzeba też odnotować rezygnację z wszelkiej doraźności, taniej aluzji. Może wolałbym aby stroje były mniej zgrzebne , ale nie odrzucam ich uniwersalności. To dzieje się w cieniu hrabskiego zamku, ale równocześnie i dzisiaj.
Tu wszystko jest perfekcyjnie dopracowane. Łącznie z chórem dzieci, przygotowanych świetnie przez Annę Bednarską. Dzieci śpiewają, ale też niezwykle naturalnie komentują akcję swoimi zachowaniami, gestami. Jeden z chłopców wypowiada pod koniec pierwszego aktu bardzo sugestywnie sporo kwestii dialogując z głównym bohaterem. Jedyna moja pretensja jest taka, że zasługiwał na zamieszczenie jego nazwiska w programie.

Teatr pełną gębą
Bardzo sprawnie korzysta Miśkiewicz z rozmaitych metafor wyrażanych scenicznym ruchem. Sugestywnie posługuje się powtórzeniem, niemą obecnością postaci, nakładaniem się na siebie scen i dialogów. To teatr biorący się z literatury, a jednak teatr pełną gębą.
Zespół jak zawsze w Narodowym gra równo. Można było mieć obawy co do klarowności pomysłu obsadzenia Dominiki Kluźniak w głównej, męskiej roli K. Wypada to jednak całkiem naturalnie. K., nazbyt kruchy jak na mężczyznę, staje się przez tę niedosłowność jeszcze bardziej przewodnikiem po tym dziwnym świecie. Od pierwszej sceny, kiedy kilkakrotnie ustami kobiety- Kluźniak opowiada o wyglądzie zamku. Całkiem umownie, nierealnie wypadają dzięki płci aktorki quasi-erotyczne sceny z graną przez Justynę Kowalską dziewczyną z oberży Friedą. Może lepiej czujemy dzięki temu uniwersalne sensy tego, co oglądamy?

Dominika Kluźniak bardzo dobrze uosabia podskórny lęk, kiedy usiłuje choć wyjaśnić swój status, i obcość, także nas widzów, wobec „miejscowych”. Może tylko odniosłem wrażenie, że w kilku miejscach aktorka miała kłopot z koncentracją, jakby brakło kilku dni dla dopracowania roli. Jest ona wszakże zbyt wielką perfekcjonistką (2021 to przecież rok jej sukcesów) aby tego nie skorygowała przy okazji kolejnych spektakli.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mateusz Rusin w potrójnej roli. Zwłaszcza jako Wójt doskonale radzi sobie z groźną śmiesznością jego proceduralno-biurokratycznych wywodów. To szampańska zabawa Kafki czymś, co jest zarazem przerażające. Rusin gra postaci w różnym wieku. Jako Wójt staje się nagle dużo starszy niż sam aktor. Osiąga to wyłącznie intonacją i mimiką.

Podobnie przerażająco zabawnie brzmią monologi Barnabasa na temat tego, kim w istocie rzeczy jest Klamm. Ta postać Klamma obecna, choć nieobecna od niemal pierwszej do ostatniej sceny, to skądinąd symbol. Pytanie czego? Władzy nad drugim człowiekiem? Ale czy tylko? Szamotanina K. aby do niego dotrzeć, a Barnabasa aby go pojąć, to być może istotna naszej egzystencji. Paweł Tomaszewski jako Barnabas biega po scenie jako mieszanina Arlekina i Pierrota. Nieszczęsny posłaniec, szewski czeladnik, może w większym stopniu niż sam K. staje się personifikacją człowieczego losu i samego człowieczeństwa, podeptanego, a przecież w jakimś sensie też żywotnego.

W niedawnym spektaklu Demirskiego i Strzępki „M.G.” w warszawskim Teatrze Polskim Tomaszewski wydał mi się nazbyt rozdokazywany, naładowany sceniczną przesadą. Tu jest w sam raz. Świetna rola!

Ewa Bułhak to wyzywająca, napastliwa, a tak naprawdę pełna bezbronnej kobiecości Oberżystka. Bezbronnej nawet jeśli w Kafki w samej wsi kobiety wydają się na pierwszy rzut oka wręcz dominować nad mężczyznami. W relacji z Zamkiem jest już jednak inaczej, tam mamy zależność, również erotyczną, kobiet od mężczyzn, choć nie tylko. O tym opowiada nam ta właśnie aktorka.

I na samym końcu nie zmieniając niczego, nawet stroju, Ewa Bułhak objawia się jako władczy sekretarz Erlanger. I w to także wierzymy. Ona jest dla mnie jedną z najbardziej charakterystycznych przedstawicielek profesjonalizmu Narodowego. Ale w tym jest także coś więcej niż sceniczna technika. Powtórzę się: głębokie wyczucie człowieczeństwa, odnajdywanego w postaciach ośmieszanych, deformowanych, dziwacznych.

Jakby dla kontrastu Marcin Przybylski jest jej uległym, wycofanym mężem. Jego Oberżysta to do pewnego stopnia wyborna parodia Andrieja z „Trzech sióstr”, którego aktor grał niedawno na dużej scenie Narodowego, u Englerta. Skojarzenie jest oczywiście dziełem przypadku. Oddaje jednak w mojej głowie klasę aktora.

Z kolei wspomniana już Justyna Kowalska wydała mi się początkowo zbyt drapieżna jako Frieda. I zmieniła to moje wrażenie rozwijając przed widzami całą gamę odczuć i emocji – w spektaklu tak bardzo odbiegającym przecież od tradycyjnego rysunku psychologicznego.

Nie może tu zabraknąć i pozostałych. Karol Dziuba i Kacper Matula – wciąż młodzi, a tak dojrzali aktorzy. Tak wszechstronni i elastyczni w każdej roli, w jakiej wypada im grać na scenach Narodowego. Tu czujni, zmienni, groźni, choć pozornie tak niewinni. Chciałoby się każdego z nich zobaczyć kiedyś w roli najgłówniejszej.

Kapitalne Edyta Olszówka i Anna Gryszkówna (gra na zmianę z Aleksandrą Justą), ta ostatnia aż w trzech różnych rolach. Ofiary czy dręczyciele K.? To pytanie pojawia się nieustannie. Adam Szczyszczaj może najmocniej rozwijający pełen wachlarz możliwości postaci wziętej z groteski. A raczej dwóch postaci, bo płynnie przechodzi od roli zakompleksionego Nauczyciela do wizerunku kolejnego brutalnego sekretarza – Mommusa.

W roli długo niemej, potem komentującej zdarzenia głównie śpiewem wystąpił zgrabnie śpiewak operowy Dariusz Górski. Gdy sobie przypominam jak spoczywa na ławie, gdzieś w tle, przez pół przedstawienia, muszę raz jeszcze oddać sprawiedliwość temu spektaklowi jako swoistej zbiorowej kompozycji.

Coraz mniej ma teatr cierpliwości do takiego komponowania. Tu Miśkiewiczowi udało się coś ważnego. Wychodziłem pod wrażeniem. Chciało mi się ten tekst, te postaci, dalej analizować, pytać o nie. To jedno z lepszych przedstawień tego ułomnego z powodu pandemii sezonu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wolontariusze Kultury. Ukraińscy filmowcy pomagają ofiarom wojny

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej PolskaTimes
Dodaj ogłoszenie