"Zamachowcy i zdrajcy", czyli skąd się wziął rosyjski terroryzm

Redakcja
Zastępy rewolucjonistów pojawiły się w imperium rosyjskim - paradoksalnie - dopiero po reformach przeprowadzonych przez Aleksandra II. Skądinąd zabitego w 1881 roku w zamachu
Zastępy rewolucjonistów pojawiły się w imperium rosyjskim - paradoksalnie - dopiero po reformach przeprowadzonych przez Aleksandra II. Skądinąd zabitego w 1881 roku w zamachu
XIX wiek stał w Rosji pod znakiem terroru. Był wręcz rosyjską specjalnością - dowodzi znany amerykański historyk Richard Pipes.

Cesarstwo Rosyjskie w drugiej połowie XIX wieku było krajem wielu sprzeczności - pewien Francuz, odwiedzający wówczas Rosję, odniósł nawet wrażenie, że jest to państwo "niedokończone". Sprzeczności te miały rozmaity charakter. Rzucał się w oczy kontrast między dynamizmem życia kulturalnego i gospodarczego Rosji a bezruchem jej systemu politycznego. Z jednej strony, carat starał się utrzymywać kontrolę nad wszystkimi gałęziami administracji publicznej, a z drugiej - zdecydował się w 1864 roku stworzyć niezawisłe sądownictwo. Istniała ogromna rozbieżność między wysoką kulturą Rosji, nieustępującą kulturze Europy Zachodniej, a kulturą chłopstwa, które stanowiło cztery piąte ludności kraju, żyło we własnym świecie i wrogo odnosiło się do wszystkiego, co pochodziło z nieprawosławnego Zachodu lub się z nim wiązało. Sprzeczności te powodowały trwały stan napięcia, w którym strach i nadzieja mieszały się ze sobą i nie wiadomo było, jaka przyszłość czeka kraj.

Zacznijmy od ustroju politycznego. W przeciwieństwie do innych krajów europejskich Rosja wciąż odmawiała swoim obywatelom prawa do decydowania o polityce państwa. Propozycje zmian, choćby bardzo umiarkowanych, były uparcie odrzucane, a jawną krytykę autokratycznego reżimu traktowano jak przestępstwo. Obrona samodzierżawia wynikała nie tylko z chęci utrzymania się przy władzy. Stał za nią racjonalny powód, mianowicie przekonanie, że tak wielkim krajem jak Cesarstwo Rosyjskie, z jego bardzo zróżnicowaną etnicznie i w większości niepiśmienną ludnością, nie można rządzić inaczej, i że wprowadzenie innego systemu rządów spowodowałoby szybki rozpad państwa.

Wielu wykształconych Rosjan stanowczo odrzucało ten argument. Aleksandr Hercen wyraził to kiedyś tak: "Zapewniają nam wszechstronne wykształcenie, wpajają nam pragnienia, dążenia, cierpienia współczesnego świata, a potem krzyczą: «Musicie pozostać niewolnikami, tępymi i biernymi, bo inaczej zginiecie»". Z uporem broniąc się przed oddaniem choćby skrawka władzy, carat był w nieustannym konflikcie ze społeczeństwem w wąskim znaczeniu tego słowa, określającym warstwy oświecone (po rosyjsku obszczestwo, pojęcie wykluczające prosty lud, naród). Zadziwiające, jak bardzo sfery zamożne i wykształcone cieszyły się z każdego niepowodzenia reżimu carskiego, mając nadzieję, że prędzej czy później niepowodzenia te zmuszą go do podzielenia się władzą albo nawet do jej oddania. Czas pokazał, że rosyjskie warstwy uprzywilejowane znacznie przeceniały trwałość caratu i nawet nie brały pod uwagę, że może on runąć, grzebiąc ich pod gruzami.

W 1864 roku carat poszedł w swoim mniemaniu na wielkie ustępstwo wobec opinii publicznej i w ramach tak zwanych Wielkich Reform powołał do życia niezawisłe sądownictwo. Reforma miała służyć modernizacji i europeizacji Rosji, ale nie została do końca przemyślana. Podstawowa cecha autokracji polegała na tym, że władza wykonawcza, ustawodawcza i sądownicza spoczywała w rękach monarchy. W zasadzie tej dokonano teraz wyłomu, tworząc sądy niezależne od aparatu administracyjnego, który przynajmniej teoretycznie nie miał prawa ingerować w ich działalność. Od tej pory sędziowie byli nieusuwalni, a wyroki sądów nie mogły zostać uchylone. Wprowadzono też instytucję sądów przysięgłych, będącą w Rosji zupełną nowością. W rezultacie w wielu sprawach sądowych orzekali przedstawiciele społeczeństwa, którzy nie musieli podzielać punktu widzenia władzy. Jak zobaczymy, rząd zdołał w dużej mierze zneutralizować niekorzystne dla siebie skutki tej reformy, sięgając po środki administracyjne. Podsądni uniewinnieni przez ławę przysięgłych byli często aresztowani przez policję lub żandarmów i skazywani na zesłanie.
Prawa, które carat przyznał swoim poddanym w okresie Wielkich Reform, nie dość, że nie obłaskawiły sfer zamożnych i wykształconych, ale jeszcze - o zgrozo - skłoniły te sfery do żądania nowych ustępstw i zamiast zmniejszyć napięcie, wzmogły je. Wskutek złagodzenia cenzury i innych reform w latach sześćdziesiątych XIX wieku powstał nawet ruch radykalny, który w następnym dziesięcioleciu zaczął stosować przemoc. Rząd zareagował na to cofnięciem niektórych liberalnych przepisów i coraz bardziej reakcyjną polityką. A im bardziej nasilał represje, z tym bardziej nieprzejednaną spotykał się opozycją. Pod koniec lat siedemdziesiątych samowładztwo stało się celem zaciekłych ataków grupy terrorystów cieszących się sympatią społeczeństwa. W 1881 roku dokonali oni udanego zamachu na cara Aleksandra II.

W tej napiętej atmosferze rozegrały się wypadki, które doprowadziły do procesu Wiery Zasulicz.
Wszystko zaczęło się od demonstracji zorganizowanej przez radykalnych działaczy studenckich w niedzielę 6/18 grudnia 1876 roku przed soborem Kazańskim przy Newskim Prospekcie, głównej ulicy Petersburga. Organizatorzy manifestacji, którym przewodził dwudziestoletni student Gieorgij Plechanow, późniejszy współtwórca Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji, liczyli, że weźmie w niej udział 2000 robotników z miejskich fabryk i wybrali 6 grudnia, ponieważ był to dzień Świętego Mikołaja, święto kościelne. Wczesnym rankiem studenci zaczęli napływać do soboru. Wzbudzili podejrzenia popów, bo zamiast się modlić, rozmawiali, śmiali się głośno i spacerowali po świątyni. Zawiadomiono policję. Zjawiło się niewielu robotników, a ci, którzy przyszli, szybko znikli w pobliskich traktierniach. Demonstracja nie udała się - wzięło w niej udział tylko 200-250 osób, w większości studentów: "Garstka robotników zginęła w tłumie «nihilistów»", to znaczy radykalnej inteligencji".

Demonstracja rozpoczęła się o 12.30, po zakończeniu nabożeństwa. Uczestnicy skupili się wokół Plechanowa, który wygłosił zaimprowizowane przemówienie na temat cierpień rosyjskich "postępowych" inteligentów. Potem, na dany sygnał, wiejski chłopak rozwinął czerwony sztandar z napisem "Ziemia i Wolność". Demonstracja trwała zaledwie pięć minut, gdy policja przypuściła szarżę. Demonstranci, niektórzy uzbrojeni w kastety, bronili się. Jeden z nich, szeroki w ramionach młodzian nazwiskiem Charizomienow, siał prawdziwe spustoszenie w szeregach policjantów. Plechanow tak go opisywał: "Wysoki i silny, bił wroga jak potężny Ajax, syn Telamona [z "Iliady"] i tam, gdzie pojawiła się jego barczysta postać, obrońcy porządku byli w opałach. Policja za wszelką cenę usiłowała go pojmać, ale jemu udało się odeprzeć wszystkie ataki i wrócić do domu tak samo «legalnie», jak przyszedł na plac. Obrońcy «porządku», którzy ucierpieli z jego ręki, wiedzieli tylko, że pobił ich wysoki, silny mężczyzna o ciemnych włosach, ale zupełnie nie przypominali sobie jego twarzy".

Słaba pamięć policjantów będzie miała poważne skutki. Ktoś krzyknął "Polacy się buntują!", co skłoniło przechodniów do przyłączenia się do sił porządku. Wyłapywano przede wszystkim młodych ludzi okrytych kocami przed zimnem, a także tych, którzy nosili okulary, bo ich właśnie powszechnie kojarzono ze studentami. Na miejsce wydarzeń przyjechał gubernator Fiodor Trepow, aby nadzorować aresztowania. W sumie zatrzymano 31 lub 32 demonstrantów, w tym 11 kobiet. Zostali zabrani na pobliski posterunek policji, gdzie ich szarpano i bito. Zarówno Plechanow, jak Charizomienow zdołali uciec.
Demonstracja na placu Kazańskim wzbudziła wielkie zainteresowanie, była bowiem pierwszą publiczną manifestacją rewolucjonistów w Rosji od czasu powstania dekabrystów przed półwiekiem. Na Newskim Prospekcie zbierały się gromadki ludzi, dyskutując z wielkim ożywieniem o przebiegu wydarzeń. Do jednej z takich grupek, stojącej niedaleko Kanału Jekatierińskiego, podszedł wysoki młodzieniec okryty kocem i w kapeluszu z szerokim rondem na głowie. Chciał się dowiedzieć, co dokładnie zaszło. Komuś wydało się, że rozpoznaje w nim mężczyznę, który tak mocno dał się we znaki policji. Wezwano policjantów, którzy wbrew sprzeciwom nieznajomego zabrali go na najbliższy posterunek. Tam mężczyzna podał swoje imię i nazwisko: Archip Pietrowicz Bogolubow. Zaprzeczył, aby miał cokolwiek wspólnego z rozruchami, twierdząc, że wyszedł z domu dopiero o pierwszej po południu, gdy było już po wszystkim. Puszczając mimo uszu protesty Bogolubowa, policjanci zaprowadzili go do cyrkułu.

Na swoim procesie Bogolubow opowiedział, co było dalej: "Kiedy mnie wprowadzono… kilku ludzi natychmiast rzuciło się na nas i zaczęło bić. Nic nie widziałem, bo przycisnęli mnie do jakiejś skrzyni stojącej przy ścianie. Bili bardzo mocno - w głowę, szyję, plecy. Myślałem, że mnie zabiją. Wyjąłem rewolwer i chciałem uderzyć [ich] nim, ale w jednej chwili wszyscy odskoczyli i usłyszałem krzyki: «Ach, on ma pistolet!» i [policjant] Klibik przyskoczył do mnie, złapał pistolet i wyrwał bębenek. Wtedy wszyscy rzucili się na mnie i zaczęli mnie bić po twarzy. Okładali mnie przez dłuższy czas. Potem zaczęli wyciągać bębenek [rewolweru]. Powiedziałem, że sam go wyjmę i im oddam, ale ciągnęli dalej i oderwali taśmę [która podtrzymywała broń pod płaszczem]. Bili mnie kilka razy. Zacząłem krzyczeć: «Ratunku!». W odpowiedzi na moje krzyki przybiegł zdaje się zastępca naczelnika cyrkułu i powiedział, żeby nie bili. Ale powiedział to takim tonem [, jakby chciał powiedzieć:] można bić. Jak tylko odszedł, znów zaczęli mnie bić. Po historii z rewolwerem wszedł Uspienski, który rządził wszystkim. To przede wszystkim on i Klibik mnie bili; ale dozorcy też dołożyli swoje. Uspienski powiedział: «O, strzelacie! W Trzecim Oddziale złoją wam wszystkim skórę i odstawią do Chołmogorów». Potem postawił policjantów, którzy naprawdę przerwali bicie. W tym czasie sam Uspienski tylko dowcipkował. Krew ciekła mi po twarzy i wycierałem ją chustką. Właśnie tą (pokazuje zakrwawioną chustkę). Potem wepchnęli mnie do celi więziennej. Wszedłem do niej jak obłąkany. Zapytali mnie, dlaczego jestem zakrwawiony. Po pewnym czasie wzięli nas do drugiego pomieszczenia, gdzie zapisali adresy, ale nie przeprowadzili rewizji. Rewizję przeprowadzili dopiero po zabraniu nas do innego pokoju i rewidowali nas przy świetle świec. Domagałem się sporządzenia protokołu lekarskiego o pobiciu, ale odmówili".

Bogolubow nie kłamał, twierdząc, że nie brał udziału w demonstracji, ale miał z nią więcej wspólnego, niż gotów był przyznać. Naprawdę nazywał się Aleksiej Stiefanowicz Jemieljanow. Urodził się w 1852 roku w kozackiej stanicy w regionie dońskim jako najstarszy syn biednego diakona, który został później wyświęcony na popa. Aleksieja również przeznaczono do stanu duchownego, ale brak pieniędzy nie pozwolił się mu uczyć w seminarium. W 1871 roku wstąpił do Charkowskiego Instytutu Weterynarii, którego jednak nie ukończył, bo po dwóch latach został wydalony za antyrządową propagandę wśród chłopów i staroobrzędowców. Wrócił do domu. Jako Kozak musiał odbyć służbę wojskową i sprawić sobie odpowiednie wyposażenie. W 1875 roku ojciec kupił mu mundur i konia, ale Jemieljanow, zamiast dołączyć do pułku, zdezerterował i przepadł bez wieści. Przez następne dziesięć lat rodzina nie wiedziała, gdzie się podziewa i co robi.
Zmienił nazwisko na Bogolubow i został zawodowym rewolucjonistą. W 1876 roku mieszkał w komunie buntowników w Taganrogu, kolportując radykalną literaturę przemyconą z zagranicy i wygłaszając żarliwe przemówienia o potrzebie zaszczepienia "masom" socjalizmu. Był fanatycznym rewolucjonistą, przywódcą swojej grupy.

Jesienią 1876 roku Jemieljanow/Bogolubow przyjechał do Petersburga. Przyłączył się do miejscowego koła stowarzyszenia Ziemla i Wola, które 6 grudnia zorganizowało manifestację pod soborem Kazańskim. Podobnie jak inni organizatorzy miał zakaz uczestniczenia w demonstracji - organizacja zbyt go ceniła, aby pozwolić mu narażać się na aresztowanie. Ciekawość jednak wzięła górę i w wyznaczonym dniu poszedł na miejsce manifestacji, aby się dowiedzieć, jak przebiegła. Pech chciał, że wzięto go za kolegę, który zalał policji sadła za skórę.

Bogolubow, wraz z innymi aresztowanymi w związku z demonstracją na placu Kazańskim, był sądzony przez komisję senacką w dniach 18-25 stycznia 1877 roku. Zapytany, czy brał udział w manifestacji, odparł: "Miałem taki zamiar, ale nie brałem udziału". Jednakże sześciu policjantów, świadków naocznych, zeznało, że to on był tym, który najzacieklej walczył z policją. Został skazany na 15 lat katorgi za (rzekome) stawianie oporu policji na placu Kazańskim, a także za (rzekome) groźby pozbawienia życia funkcjonariusza policji Klibika. Był to wyrok skandaliczny, tym bardziej że opierał się na pomyłce. W owym czasie katorga oznaczała zazwyczaj pracę w kopalniach złota nad rzeką Karą, na północnych krańcach zachodniej Syberii. Z niewiadomego powodu Bogolubow nie złożył odwołania od wyroku i na transport do miejsca odbywania kary czekał w petersburskim Domu Aresztu Śledczego (Dom Priedwaritielnogo Zakluczenija).

Skróty od redakcji

Richard Pipes, "Zamachowcy i zdrajcy. Z dziejów terroru w carskiej Rosji", wyd. Magnum, Warszawa 2011

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
jan
Toż to bezczelne streszczenie książki a nie artykuł...
Dodaj ogłoszenie