Żalek broni "Uważam Rze", Libicki zaprasza na "Bitwę pod Wiedniem" [PRZEGLĄD BLOGÓW POLITYKÓW]

Anita Czupryn
Jan Filip Libicki
Jan Filip Libicki Grzegorz Dembiński/Polskapresse
Udostępnij:
Żalek broni "Uważam Rze", Migalski krytykuje partyjnych dziennikarzy, Piskorski ostrzega przed skubaniem firm przez fiskusa, a Libicki zaprasza na "Bitwę pod Wiedniem". Blogi polityków przegląda Anita Czupryn.

W sprawie zwolnienia redaktora naczelnego Pawła Lisickiego i odejścia zespołu publicystów z "Uważam Rze".głos zabrał poseł PO Jacek Żalek, podkreślając, że decyzja właściciela Grzegorza Hajdarowicza to istotne naruszenie ładu medialnego w Polsce. Oczywiście, wydawca ma prawo zatrudniać i zwalniać takich dziennikarzy, jakich chce, ale z prawa własności wynika też obowiązek. A tym obowiązkiem, zdaniem Żalka jest odpowiedzialność za pluralizm w debacie publicznej. Wiadomo, że "Uważam Rze" było pismo zaangażowanym, nie zawsze wolnym od zaangażowania politycznego. Był też krytyczny wobec władz rządowych. No, ale właśnie dzięki temu powodował pluralizm poglądów i dawał dużej części ludzi przekonanie, że nawet jeśli nie rządzi "ich opcja polityczna", to mają swój sprawdzony środek wyrazu i ktoś w przestrzeni ogólnopolskiej niejako mówi w ich imieniu. Stąd też tygodnik sprzedawał się w ok. 130 tysiącach egzemplarzy, a to na trudnym rynku mediów w Polsce nie lada sukces. Tymczasem decyzja Hajdarowicza zapoczątkowała likwidację pisma i trudno to zrozumieć z punktu widzenia biznesowego. Jest w tym coś jeszcze - zauważa poseł Żalek: - Hajdarowicz zlekceważył czytelników. "Widać to np. po tym jak systematycznie spada grupa fanów tygodnika na Facebooku czy Twitterze. W mediach społecznościowych pojawiły się apele, aby bojkotować tytuł. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się natomiast od ministra Skarbu Państwa upublicznienia wszystkich szczegółów transakcji sprzedaży Grzegorzowi Hajdarowiczowi udziałów w spółce wydającej "Uważam Rze" i "Rzeczpospolitą". Sposób postępowania właściciela, jego zbytnią ingerencję skrytykowała też ostatnio Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Hajdarowicz nie tylko stracił w sensie finansowym. Straty wynikające z jego niezrozumiałej decyzji są nieprzeliczalne, bo dotyczą pluralizmu i ładu medialnego - tego, co w społecznej komunikacji jest bezcenne.

Marek Migalski, europoseł PJN też pisze o dziennikarzach, ale w zupełnie innym kontekście. Oto, jego zdaniem, dziennikarze są jak opiłki ściągane przez dwa magnesy - PO i PiS. "Jeśli tylko dziennikarz padnie na kolana i złoży hołd Kaczyńskiemu lub Tuskowi, od razu znajdzie się dla niego praca, od razu będzie mógł spokojnie myśleć o spłaceniu kredytu na mieszkanie i o wspólnym z rodziną wyjeździe na Bora - Bora" - pisze Migalski. Ale na tym nie koniec bonusów dla służalczych pismaków. Tacy właśnie zyskują sympatię około 30 % polskich czytelników, bo wspiera właściwą partię, zwalcza wrogów Polski, rozumie, kto jest dobry, a kto zły, no i ma szansę na zdobycie dziennikarskich nagród - albo nadawanych przez PiS, albo przez PO. Słowem, ci to mają życie jak w Madrycie. Ale już inaczej przedstawia się sytuacja z dziennikarzem, który do żadnego z tych magnesów nie chce się przylepić. Mówiąc kolokwialnie - ten to ma przerypane. Jego dawni koledzy wydają gazety, prowadzą portale finansowe wydawane przez partie i koszą kasę. Aon jest okładany przez czytelników, widzów i słuchaczy, raz za to, że jest pisowskim zaplutym karłem reakcji, innym razem za to, że jest platformerskim sługusem. A jakiś Kuźniar, czy Sakiewicz będą mu się śmiać w nos, Karnowscy czy Wołek będą wystawiać mu świadectwa moralności. No, to może lepiej, jeśli zapisze się do stronnictwa Kaczyńskiego lub Tuska? Na pocieszenie Migalski pisze, że takie dylematy mieli i Tusk i Kaczyński trzydześci lat temu. Miał je Michnik i Bratkowski. Miał Niesiołowski i Macierewicz. I w tamtych czasach zachowywali się przyzwoicie i byli uczciwi. Stąd też Migalski radzi, aby jednak pozostać na drodze niezależności. Nie zapewnia, że to się opłaci, no, ale fajniej być niezależnym opiłkiem, niż czymś przyklejonym do podeszwy premiera czy prezesa PiS.

Paweł Piskorski na swoim blogu pochyla się nad ustawą o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych. Jej zapisy miały wpłynąć na redukcję zatorów płatniczych, a w rzeczywistości okazało się, że uchwalono je w interesie pazernego fiskusa. "Ustawa nie zlikwiduje zatorów, a firmy, które nie płacą swoich zobowiązań nie ze swojej winy - bo ktoś inny (a bywa, że budżet) im nie zapłacił - wpędzi w jeszcze gorsze tarapaty" - ostrzega Paweł Piskorski, dodając, że wierzyciel takiej firmy swoich pieniędzy i tak nie zobaczy, ale fiskus - jak najbardziej, gdyż firma taka będzie musiała skorygować (na korzyść fiskusa) m.in. swoje odliczenie VAT. Na dodatek tempo i sposób jej uchwalenia odbył się w sposób skandaliczny i to na tyle, że aż niekonstytucyjny. I to Polska właśnie, a raczej, jak zwraca uwagę szef SD - Polska zakłamana. Państwo skubie obywateli na każdym kroku. Gdy chce skubać kierowców - stawia w absurdalnych miejscach radary, nazywając to dbałością o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. A ustawa, która zwiększy haracz płacony państwu przez firmy jest nazywana ustawą o redukcji niektórych obciążeń. Orwell się kłania. To przecież on w swoim "Roku 1984" napisał, że urząd najbardziej kłamliwej i piorącej mózgi propagandy nazwano Ministerstwem Prawdy, a bezpiekę - Ministerstwem Miłości.

A może, zamiast psioczyć na polską rzeczywistość, media i politykę, wybrać się do kina. Co prawda, po obejrzeniu "Bitwy pod Wiedniem" też będziemy narzekać, jak to Polacy mają w zwyczaju, no, ale przynajmniej będziemy na jedynym, kinowym filmie o polskiej Wiedeńskiej Wiktorii. Jan Filip Libicki, senator PO był na filmie i ponarzekał na jego usterk. No bo główny bohater żyje nie wiadomo, we śnie, czy na jawie. No, bo dekoracje budzą wesołość, gdyż cesarski Pałac w Wiedniu i sułtańska siedziba w Stambule to jeden i ten sam, zrobiony z tektury budynek. Wszystko podkręcone technikami komputerowymi, aż oczy szczypią, a popkulturowe klisze wprawiają widza w zażenowanie. No, ale. Środki może tandetne, jednak za ich pomocą przekazuje się młodym widzom, nieobytym z historią, jedną prawdę. A ta prawda brzmi: w 1683 roku polski król ze swoim wojskiem uratował Europę przed islamem. I z tego powodu, zdaniem senatora, warto pójść na ten film.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Ja-nek
"Pan poseł PO " zapomniał ,ze p Karnowskiego zwolnił p Lisicki ,który następnie został zwolniony przez własciciela tygodnika!RESZTA "niepokornych " dziennikarzy.....SAMA ZREZYGNOWAŁA Z PRACY!!!!!SAMA....
Dodaj ogłoszenie