Zachcianek nie mam wcale!

Marta Mońko
Potrafi zjeść naraz talerz gołąbków lub łubiankę truskawek. Ale - choć jest w ciąży - nie ma apetytu na kiszone ogórki. Czym jeszcze zajada się Paulina Holtz?

Aktorka, córka filmowca Witolda Holtza i aktorki Joanny Żółkowskiej, zapytana o jedzenie twierdzi, że gotować nie lubi i nie umie. Dała się jednak namówić na spotkanie.

Zamierzała obalić mit, że kuchnia jest fascynująca, i przekonać nas, że gotowanie wcale nie jest fajne. Nie udało się. Bo choć Paulina nie lubi gotować, z prawdziwą pasją opowiada o... jedzeniu.

Gotowanie jest nudne?
Szczerze? Uważam, że może być bardzo interesujące pod warunkiem, że się umie i lubi gotować. Mnie gotowanie nie fascynuje! Często w kuchni się denerwuję, bo nie lubię siedzieć nad przepisami. Zawsze a to zapomnę o jakimś składniku, a to ominę jakieś zdanie. Efekt? Zapiekanka już stoi w gorącym piekarniku, a ja uświadamiam sobie, że nie dodałam do niej np. jajek.

Z czego się bierze Pani niechęć do gotowania?
Co tu dużo mówić, ja po prostu nie mam podstaw. Nie wiem, czym się różni ciasto na chleb od słodkiego, poza smakiem, oczywiście. Nie umiem zrobić sosu beszamelowego bez zaglądania w przepis. Nikt mnie tego nie nauczył. Jako mała dziewczynka nie pomagałam mamie w kuchni, bo moja mama po prostu nie lubi gotować. Sama dochodziłam do tego, że nie kroi się jabłek stalowym nożem, bo szybko przenikają zapachem stali. Że nie kroi się sałaty, tylko rwie.

Mama nie gotowała, a babcia?
Była świetną kucharką! Pracowała w cukierni i robiła cudowne ciasta.

Musiała Pani mieć słodkie dzieciństwo!
Och, tak! Do dzisiaj pamiętam ogromne ilości bez pochowanych w pudełkach po butach. Były po prostu obłędnie pyszne! Babcia robiła też moją ukochaną cytrynową babkę piaskową, ciasto drożdżowe i torty biszkoptowe z owocami, które uwielbiałam. To babcia nauczyła mnie lepić uszka, takie malutkie, których dzisiaj już nigdzie nie można kupić, bo nikomu się ich nie chce robić. Ale to niestety nie wystarczyło, żeby zarazić mnie miłością do gotowania.

Co na to Pani partner Michał?
Gdy zamieszkaliśmy razem, pewnego dnia powiedział: "Idź, gotuj obiad". A ja mu na to: "Słucham? Sam gotuj!" (śmiech). Michał tylko popatrzył na mnie i uznał, że musi się nauczyć gotować, bo ja jestem niereformowalna. I się nauczył! Muszę przyznać, że świetnie mu to wychodzi. On naprawdę lubi spędzać czas w kuchni. Czasami przygotowanie jednej potrawy zajmuje mu trzy dni. Najpierw jest koncepcja i planowanie. Potem zakupy, a na sam koniec gotowanie. Ostatnio robił rurki makaronowe nadziewane farszem brokułowo-kalafiorowym, zapiekane z serem.

Co Pani robi, gdy on gotuje?
Uwielbiam być podkuchenną! Kroję, obieram i... sprzątam. Zbieram sztućce, które najczęściej okazują się jeszcze potrzebne, myję naczynia, ścieram blaty. Lubię klar na pokładzie (śmiech).

Ale chyba czasem musi Pani sama coś ugotować!
"Czasem" to dobre słowo. Moje gotowanie nazywam emergency, bo gotuję w sytuacjach awaryjnych. Kombinuję wtedy jakieś danie z tego, co mam akurat w domu. Najczęściej robię błyskawicznie jakiś makaron z dodatkami. Albo sałatkę. Albo zupę tajską. Mam kilka takich potraw, o których wiem wszystko: jak powinny smakować, jak wyglądać. Dzięki temu mogę je modyfikować po swojemu. Ale i tak często mam przepis przed sobą, żeby niczego nie zapomnieć.

Dla wielu osób takim emergency przepisem jest spaghetti bolognese. Ale chyba nie dla Pani...
Rzeczywiście. Nie jem mięsa i nie umiem go przyrządzać. Czasem nad tym ubolewam, bo wydaje mi się, że powinnam, tak na wszelki wypadek. Na przykład Michał bardzo lubi pieczony schab. Niedawno chciałam mu zrobić niespo- dziankę i upiec to mięso, ale zupełnie nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Zapytałam mamy, czy to trudne. A ona na to: "Banalnie proste". I miała rację. Wyszło pyszne. Przynajmniej tak twierdzi Michał... Zresztą spróbowałby inaczej (śmiech)! Najwięcej kłopotów miałam z kupnem mięsa.

Dlaczego?
Przede wszystkim nie potrafiłam go wybrać. To jest umiejętność naszych babek, która powoli zanika. One potrafiły rozpoznać dobre mięso po kolorze, zapachu czy po tym, jak odchodzi od kości. Niedawno ktoś mi opowiadał, że można poznać dobry chleb - taki duży, wiejski - pukając w niego. Dziś mało kto zna takie sposoby.

Ale wszyscy pukają w arbuzy.
Podobnie można sprawdzić melony! Przyjaciółka mi pokazała, że trzeba powąchać tę część melona, gdzie była szypułka. Jeśli pachnie słodko, to znaczy, że jest dojrzały i można go kupić. Jeśli nie pachnie, lepiej się wstrzymać, bo nie będzie dobry. A schab - koniec końców - kupiłam po prostu w sklepie, który poleciła mi mama.

Od jak dawna nie je Pani mięsa?
Od 17 czy 18 lat. W pewnym momencie zauważyłam, że już od miesiąca nie jadłam mięsa. Pomyślałam wtedy, że może wcale nie jest mi potrzebne. I że jeśli wytrzymam kolejny miesiąc, to dobrze, a jak nie, to nic się nie stanie. Ale wytrzymałam.

Nigdy nikt nie namawiał Pani na kawałek schabu?
Schab - pół biedy, bo przynajmniej wiadomo, że to mięso. Ale pamiętam, jak byłam zaproszona do znajomych na obiad. Uprzedziłam, że nie jem mięsa, ale że chętnie zjem same ziemniaki z surówką czy rybę, żeby nie robili sobie kłopotu. Przyjeżdżam, przy stole miło się toczy rozmowa, aż przychodzi pani domu z wazą pełną... rosołu z kury. Podziękowałam za swoją porcję, a rodzina się zdziwiła, że to przecież jest rosół, a nie mięso. Przyznaję, że zdarza mi się zjeść zupę na wywarze mięsnym, ale zawsze potem cierpię. Nieprzyzwyczajony żołądek natychmiast reaguje na taką "wkładkę".

W czasie ciąży nie miała Pani ochoty na krwisty befsztyk?
Rzeczywiście martwiłam się, że tak będzie. Myślałam, że zobaczę kawałek mięsa i nagle się na niego rzucę. Moim koleżankom wegetariankom to się zdarzało! Do tego stopnia, że zajadały się tzw. junk food: hamburgerami, cheeseburgerami i frytkami. Na szczęście ja takiej mięsnej fascynacji nie przeżyłam ani w czasie pierwszej, ani w drugiej ciąży.

A inne zachcianki Pani miała?
Śmieję się czasami, że Michał nawet nie wie, jaki ma skarb w domu! Nie musi biec w środku nocy po kiszone ogórki. Chociaż... W pierwszej ciąży miałam ogromny apetyt na greckie gołąbki "kłamczuszki". Robi się je z ryżu z dodatkiem papryki lub innych warzyw i zawija w liście winogron. Przed podaniem skrapia się je cytryną i podaje z greckim jogurtem. Gdy byliśmy na urlopie w Grecji, potrafiłam zjeść naraz dwa kopiaste talerze takich gołąbków! W Grecji też spróbowałam jednej z najlepszych rzeczy na świecie: grillowanej ośmiornicy. Ten smak chodzi za mną do dziś.

Nie miała Pani oporów przed zjedzeniem stworzonka z mackami?
Na początku ogromne! Ale warto było się przełamać. Ostatnio mam trochę kłopot z krewetkami. Nie mogę ich obierać, szczególnie tych tygrysich, mają takie duże oczy! Ale jak nie muszę obierać, to takie chrupiące z masłem czosnkowym zjem bardzo chętnie.

A wracając do zachcianek: co ze słodyczami?
W pierwszej ciąży w ogóle nie miałam na nie ochoty. Czekolada mnie odrzucała, nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że biorę kawałek do ust. Jestem za to prawdziwym truskawkowym potworem. Zdarza się, że kupię pełną łubiankę truskawek i następnego dnia nie ma po niej śladu.

Jak je Pani zjada?
Najbardziej lubię czysty smak truskawek. Ale czasami maczam ich czubki w cukrze. A właściwie we fruktozie, bo staram się nie nadużywać białego cukru. Ostatnio Michał wymieszał pokruszone biszkopty z kawałkami truskawek i polał gęstą śmietaną. Wyszedł pyszny deser! Podobnie jak truskawki uwielbiam morele i czereśnie. To najlepsze słodycze, jakie można sobie wyobrazić!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie