reklama

Yoko Ono. Artystka, która zawsze spacerowała po cienkiej tafli lodu

Jerzy Jarniewicz, „Bunt wizjonerów”, Wydawnictwo:ZnakZaktualizowano 
Yoko Ono była żoną jednego z Beatlesów, Johna Lennona
Yoko Ono była żoną jednego z Beatlesów, Johna Lennona STARSTOCK/Photoshot/REPORTER
Yoko Ono poza tę dekadę wyszła zwycięsko, stając się nie tylko jedną z matek założycielek punk rocka i kultury queer, ale także artystką coraz częściej, choć nie bez oporów, docenianą w świecie sztuki, czego dowodem mogą być jej wystawy retrospektywne w znaczących galeriach i muzeach - pisze Jerzy Jarniewicz.

Rok 2009, koncert w Royal Festival Hall w Londynie. Na scenie potężny, długowłosy Antony Hegarty i drobniutka, zwłaszcza w cieniu swojego kolegi, Yoko Ono. Śpiewają w duecie I’m Going Away Smiling, czyli: „Uśmiecham się i odchodzę”. Najpierw rozedrgany pół sopran, pół tenor Hegarty’ego, potem Yoko Ono trzymająca przed oczyma tekst, jakby nie śpiewała, lecz odczytywała pożegnalny list. Na fortepianie gra jej syn Sean, skóra zdjęta z ojca. Yoko Ono ma lat siedemdziesiąt sześć, Hegarty trzydzieści osiem, ale ta różnica prawie czterdziestu lat zostaje jakby zawieszona, pokoleniowy rozziew wzięty w nawias. Utwór Yoko Ono wydaje się specjalnie napisany dla Hegarty’ego, który niedługo zmieni płeć i będzie się nazywał Anohni. Nowa muzyka, związana z estetyką camp i queer, znajduje w twórczości japońskiej artystki inspirację trzydzieści lat po śmierci jej słynnego męża, bez którego - rzekomo - Ono miała wrócić do niebytu. Nie wróciła. Niebyt zresztą nigdy jej nie groził ani po strzale Marka Chapmana, ani tym bardziej przed nim.

Zobaczmy sami, cofając się o pół wieku. Cofnijmy się do „TAK”. TAK. To trzyliterowy wyraz zapisany na suficie drobnymi literami. Żeby go odczytać, trzeba być gotowym na wysiłek i, niewykluczone, na pewne ryzyko: należy wejść na drabinę, jakby specjalnie, choć pewności nie ma, przygotowaną w tym celu, i uważać, by się chybotliwa konstrukcja nie wywróciła. Nie każdego na to stać, nie każdy decyduje się na takie niestandardowe działanie w galerii sztuki, gdzie oczekuje się od widzów, żeby byli widzami, czyli by biernie, z oddalenia, patrzyli, a nie wdrapywali się po szczeblach w górę, nie wiedząc przecież, czym to się może dla nich skończyć: ośmieszeniem ciekawskiego widza wykraczającego poza przypisaną mu rolę? A może wciągnięciem go w starannie zaplanowaną intrygę? Kiedy już się jest na szczycie drabiny, można skorzystać z przywieszonej lupy. Można przyłożyć szkło powiększające do napisu i już bez trudu, z niekłamaną ulgą przeczytać: „TAK”.

Jest w literaturze światowej arcydzielna powieść, która kończy się tym słowem. To Ulisses Jamesa Joyce’a, z finałowym monologiem Molly. Po „tak” wypowiedzianym życiu przez Molly nie stoi kropka, bo jej „tak” niczego nie zamyka, przeciwnie: jest ufnym, choć niełatwym otwarciem. Nie bez przyczyny słowo to pada z ust kobiety, podobnie jak spod rąk kobiety wyszło napisane na suficie londyńskiej galerii sztuki to samo krótkie słowo.

Yoko Ono jest artystką całości, próbującą ująć zróżnicowaną rzeczywistość zjawisk w jednym holistycznym oglądzie

„TAK”, czyli YES, to jedna z najprostszych i najgłośniejszych prac Yoko Ono, pod wieloma względami jej znak firmowy. Mamy rok 1966, Londyn, galeria nazywa się Indica, za kilka miesięcy rozpocznie się Lato Miłości, a ta japońska performerka przypomina słowo najprostsze z możliwych, a jednocześnie nasycone gęstą treścią. Do dziś widzę w jej geście niezgodę na frymarczenie wielkimi, a tym bardziej modnymi hasłami, za którymi stoją abstrakcyjne idee. Yoko Ono nie napisała „LOVE” (miłość), choć można było się tego spodziewać w tamtym rozgorączkowanym czasie. Nie napisała „PEACE” (pokój), choć to słowo krążyło i jeszcze długo miało krążyć po świecie jako znak rozpoznawczy kontrkulturowej generacji. Nie napisała „POWER” (władza), choć ta idea znalazła sobie miejsce we frazach takich jak Flower Power, Black Power czy Power to the People. Tę listę można by rozszerzać o idee, którymi na lewo i prawo szermowano w latach sześćdziesiątych i do dziś się szermuje. Ono wolała - przynajmniej wówczas, przynajmniej w tej pracy - wypowiedzieć się inaczej, słowem, które chyba trudniej poddać manipulacji, trudniej zamienić we frazes i upolitycznić. Partia Wolności? Mieliśmy taką. Wolność i Pokój? Też. Prawo i Sprawiedliwość? A jakże. Partia Tak? To wyraz afirmacji i zgody, które to postawy łatwo w przypadku artystki pochodzącej z Japonii powiązać z myślą buddyjską, z filozofią zen. A można je z nią powiązać, bo buddyjskie wątki przewijają się przez twórczość Ono, trafiając w Europie i Ameryce, garściami czerpiących z tradycji Wschodu, na podatny grunt. Afirmacja to jeden z filarów buddyzmu - stoi za nią przekonanie, nie tak znowu proste do przyjęcia, że co istnieje, jest dobre. Całościująca filozofia buddyzmu dopatrująca się Chrissie Iles, we wszystkim wzajemnych powiązań, a nawet więcej: tego samego, tyle że zmieniającego postać, zawiesza wartościowanie, ten nasz mechaniczny odruch pochodzący ze świata iluzji, w którym żyjemy na co dzień.

A Ono jest artystką całości, próbującą ująć zróżnicowaną rzeczywistość zjawisk w jednym holistycznym oglądzie - widzę w tym ślad buddyjskiej szkoły myślenia. To, że widz, aby przeczytać trzyliterowe przesłanie, musi wejść na drabinę, a więc znaleźć się wysoko, a będąc już ponad ziemią (albo mniej symbolicznie: nad podłogą), musi unieść głowę, wzrok skierować ku górze, jest propozycją wyjścia poza codzienne schematy i przygotowania się na inny, być może czystszy ogląd.

Yoko Ono sprowokowała widza do zmiany perspektywy, doprowadziła do jego fizycznej, cielesnej relokacji, a tym samym zaproponowała nowy punkt widzenia, uwolniony od rutynowych założeń i mechanicznych odruchów. Piszę „zaproponowała”, a nie „narzuciła”, bo Ono swoją sztuką niczego nie wymusza. To jedna z niewielu artystek, o których mogę powiedzieć, że tym, co robią, zostawiają wolną drogę widzom czy odbiorcom. Powiedzmy, że Ono ich aktywizuje, stawia przed wyborem, czyni ich współautorami wydarzenia, ale nie poucza, niczego nie wygłasza: to sztuka, która nie ma ostatniego zdania. Najlepszą ilustracją tej postawy jest słynny billboard, który wymyśliła wraz z mężem: „Wojna się skończy, jeśli tego chcesz”. W tej drugiej części zdania, w „jeśli tego chcesz”, tkwi jedna z tajemnic sztuki Ono. „Zrób coś” - mówi artystka i podsuwa pomysły. Od ciebie zależy, jak wygląda świat - idealistyczne podejście, jasne, ale w duchu myślenia holistycznego, które naznaczyło generację lat sześćdziesiątych. Zmieniając siebie, zmieniamy rzeczywistość, której - powiązani na rozmaite sposoby z wszystkimi jej elementami - jesteśmy przecież częścią.

Yoko Ono już wcześniej zapisywała ściany różnych pomieszczeń, wplątując słowa w nieoczywiste relacje z przestrzenią, w której się znalazły. „Niebieski pokój” to jej praca nowojorska, wyprzedzająca instalację londyńską, o której mówimy. W tej wcześniejszej pracy na ścianach i suficie pomalowanego na biało pokoju pojawiły się pełne zdania komentujące rzeczywistość, czasem na zasadzie przewrotnej informacji, na przykład: „Nie wychodź stąd, dopóki pokój nie stanie się niebieski”, albo: „Ten pokój przemieszcza się z prędkością chmur”. Pod wyrysowaną na ścianie linią prostą możemy przeczytać: „Ta linia jest częścią olbrzymiego koła”, a na podłodze znajdziemy definicję: „To jest sufit”.

Zbijają mnie z pantałyku te słowa, śmieszą czasem, czasem irytują, a najczęściej, mobilizując wyobraźnię, każą przearanżować mapę znanego mi świata, bo nie wychodząc z zamkniętego pokoju, znajduję się dzięki nim w innej, niech będzie, że niebieskiej, rzeczywistości. Aktywizowanie widza nie jest niczym nowym w sztuce XX wieku - robili to znakomicie twórcy happeningów, zmuszając postronnych obserwatorów do włączenia się do zainicjowanych przez siebie wydarzeń, a w konsekwencji często do odsłonięcia się, do zadeklarowania, po której stronie jest się gotowym stanąć. Yoko Ono nie prze jednak do tego typu konfrontacji. Jest inicjatorką, ale nie reżyserką wydarzeń. Nie wypowiada się w imieniu, ale odsłania zakryte naszymi rutynowymi reakcjami możliwości. Widz w jej sztuce jest niezbędny, jego obecność i współdziałanie jest tej sztuki założeniem, ale Ono nie sprowadza widza do roli elementu gry, jednego z tworzyw swojej sztuki ani tym bardziej instrumentu. Sztuka dla Ono to uczestnictwo. Reprezentuje „proces s t a w a n i a s i ę w opozycji do stanu b y c i a, charakterystycznego dla przedmiotów nieruchomych”.

Tę relację z odbiorcą dobrze ilustrują jej teksty, które nazywa instrukcjami. Pierwszą jej książką, jaką sobie kupiłem, trafiwszy przypadkiem na jedyny egzemplarz w oksfordzkim muzeum sztuki jeszcze w przedamazońskich czasach, zanim wszystko stało się ogólnie dostępne, były pięknie wydane Instruction Paintings (Obrazy instrukcje) - tom wierszy? miniscenariuszy? didaskaliów? Trudno nazwać ten gatunek literatury, który uprawia Ono. Książka jest w dwujęzycznym, angielsko-japońskim wydaniu, ze zdjęciami George’a Maciunasa, Amerykanina litewskiego pochodzenia, członka grupy Fluxus, jednego z najbliższych jej artystów, nie tyle w sensie ideowego powinowactwa, ile ludzkiej zażyłości, towarzyszącego i pomagającego jej w działalności artystycznej. Na stronach parzystych tekst jest wykaligrafowany (przez pierwszego męża artystki), dla mnie i dla innych czytelników nieznających japońskiego pozostaje obrazem, wierszem do oglądania, tajemniczym szyfrem. Po przeciwnej stronie ten sam tekst w języku angielskim instruuje czytelnika, jak ma postąpić, tworząc kolejny „wyobrażony obraz”.

(...) Jestem pewien, że jej rewolucyjne pomysły i działania byłyby może dla szerokiej publiczności do strawienia, gdyby nie to, że zaproponowała je kobieta, a do tego Azjatka. Filisterstwo, zarówno klas wyższych, jak średnich, podało sobie ręce z seksizmem i rasizmem.

Ale transfer Yoko Ono z awangardy do świata popkultury kosztował ją coś więcej. Można mówić o podwójnym wydziedziczeniu. Włączywszy się w świat muzyków rockowych, a tym samym stając się popkulturową celebrytką znaną z okładek pism kolorowych i programów telewizyjnych, z wydawanych w wysokich nakładach płyt, Ono straciła wiarygodność jako artystka awangardowa.

Poważni krytycy sztuki odwrócili się od niej w przekonaniu, że jej sztuka nie jest już zjawiskiem godnym ich uwagi. Medialny wizerunek Ono położył się cieniem na jej fascynujących dokonaniach, odbierając im w oczach krytyki wagę. Yoko Ono stąpała - by zacytować tytuł jednego z jej bardziej popowych nagrań - po cienkiej tafli lodu.

POLECAMY:






















Muzotok - AniKa Dąbrowska: "(...) z Roxy jesteśmy przyjaciółkami"

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

v
vlad_de_sade

Zbyt przeintelektualizowany artykuł, po kilku linijkach odechciewa się czytać

Dodaj ogłoszenie