Wybory prezydenckie w USA: Portfele zdecydują o losie Obamy

Redakcja
O losie amerykańskiej prezydentury zdecyduje zawartość portfeli mieszkańców USA. Jeśli płace będą rosły lub utrzymają się na obecnym poziomie, Obama ma drugą kadencję jak w banku. Giles Whitell

Za niecały rok Amerykanie zdecydują, czy przyznać Barackowi Obamie kolejne cztery lata rządów, czy upokorzyć go i wybrać jego następcę. Jeśli prezydent przegra przyszłoroczne wybory, będzie dopiero drugim w czasie ponad stulecia, który musiał pożegnać się z urzędem po jednej kadencji. Pierwszym był Jimmy Carter. Są spore szanse, że Obama dołączy do tego nieco smutnego prezydenckiego podzbioru.

Czytaj też:USA: Gingrich gorszy od Romneya w ewentualnym starciu z Obamą

Z sondaży wynika, iż po raz pierwszy od pół roku liczba niezadowolonych z rządów Baracka Obamy jest mniejszaniż tych, którzy mu sprzyjają

Jednak człowiek, który zaczął przywracać Ameryce wiarę w nią samą, a światu w swój kraj, wciąż może rządzić przez kolejną kadencję i osiągnąć oba cele. Dysponuje bowiem wypchanym funduszem na kampanię wyborczą i potrafi zrobić użytek ze wszystkich korzyści, jakie daje sprawowanie prezydentury. Nie raz przyprawiał o ból głowy tych, którzy w niego zwątpili. Ponadto jako głowa państwa ma spore osiągnięcia. Na dodatek nie ma, przynajmniej na razie, w obozie jego rywali godnego rywala. Republikanie wydają się rozbici, a ich kandydaci mało wyraziści. Pozytywne jest też i to, iż po raz pierwszy od lipca sondaże pokazały, że liczba zwolenników Obamy przekracza liczbę jego przeciwników.

Czytaj też:Obama oficjalnie ogłosił koniec wojny w Iraku. "Witajcie w domu!"

Nie udało się mu uleczyć amerykańskiej gospodarki i uzyskać przewagi nad Republikanami w Izbie Reprezentantów. Nie zdołał utrzymać zaufania niezależnych wyborców, dzięki którym doszedł do władzy. Jednak stosunkowo niedawno, całkiem niespodziewanie prezydent przeszedł do ofensywy i zaczął piąć się do góry. Wydał kilka rozporządzeń mających na celu ulżenie sytuacji studentów, właścicieli domów i weteranów wojennych. Amerykanie poczuli, że wreszcie po miesiącach impasu legislacyjnego w Kongresie Biały Dom przystąpił do działania. Prezydentowi zapewne pomógł też spektakl, gdzie dwu nieudolnych republikańskich kandydatów nie potrafiło odeprzeć stawianych im zarzutów. Herman Cain o nękanie na tle seksualnym. Rick Perry o to, że pozycja mocno przewróciła mu w głowie. Obecnie głowa państwa cieszy się najwyższym poparciem w całym okresie od lipca br. Jednak i tak jest ono aż o 48 proc. niższe niż w momencie obejmowania urzędu. Nie dziwi zatem, że strateg polityczny David Plouffe - to on doprowadził drużynę Obamy do zwycięstwa w 2008 r. - przemierzał tydzień temu korytarze Zachodniego Skrzydła Białego Domu, pouczając personel, aby na razie jeszcze nie wychodził przed szereg i nie świętował sukcesu.

Obie strony są pewne jednego: przyszły rok będzie w amerykańskiej polityce rokiem brudnym i bezwzględnym. Uczciwość stanie się towarem deficytowym. Wojna będzie dotyczyć wzniosłych kwestii odnoszących się do roli rządu, ale walki będą brutalne. Ten, kto wygra, wygra w sposób nader paskudny.

Czytaj też:Obama atakuje Republikanów. "Mamy największą nierówności dochodów od lat 20."

Barack Obama wchodzi w czwarty rok swojej pierwszej kadencji z historycznymi osiągnięciami. Kraj jednak jest jeszcze bardziej podzielony, niż zostawił mu go jego poprzednik. Niezdolność prezydenta do - jak obiecywał - wzniesienia się ponad podziały partyjne i rozpoczęcia w Waszyngtonie nowej ery rządów post(dwu)partyjnej kompetencji stanowi zapewne największą z wszystkich jego porażek.

Niemal wszystko mu o niej przypomina. Ostatni przykład z niedawnej przeszłości. Obama wraz z rodziną zasiadł, aby obejrzeć w stacji telewizyjnej ESPN program sportowy "Monday Night Football".

To transmisja zmagań drużyn futbolu amerykańskiego. Oglądają ją miliony Amerykanów. Zwykle zaczynała się od wykonania przez dla wielu zupełnie niestrawnego Hanka Williamsa juniora pieśni "All My Rowdy Friends Are Coming Over Tonight". Piosenkarza już więcej nie zobaczymy. Kanał zwolnił go kilka tygodni temu, gdy porównał Obamę do Hitlera i bezlitośnie wykpił wysiłki prezydenta znalezienia wspólnego mianownika z republikańskim przewodniczącym Izby Reprezentantów Johnem Boehnerem. Obaj politycy spotkali się na polu golfowym pod Waszyngtonem. Zgoda - porównanie do Hitlera jest nie do przyjęcia. Ale w wypomnieniu partyjki golfa jest coś na rzeczy.

Czytaj też:
Obama może przegrać

Dziś okazuje się, że marzenia Obamy o staniu się, po dekadzie podziałów, głównym rozjemcą na scenie politycznej, były od początku skazane na klęskę. A z pewnością nie sposób zrealizować ich dzisiaj. Chwila prawdy prezydenta nadeszła wraz z mającym miejsce w lecie kryzysem związanym z długiem publicznym. Wszelkie dążenia do uzyskania konstruktywnego kompromisu na pniu odrzucała republikańska prawica. Nic dziwnego chodzi jej przecież o jedno: odsunięcie go od władzy. Boehner okazał się sługą, a nie liderem radykałów własnego obozu. Jeden ze strategów Białego Domu skarżył się wtedy, że interes 30 republikańskich członków ruchu Partii Herbacianej stawia się przed interesem 300 mln Amerykanów.

Czytaj też:USA: Gingrich gorszy od Romneya w ewentualnym starciu z Obamą

Od tego czasu ruch ten został wyparty z ulic i czołówek prasy przez inny - okupacji Wall Street, choć ten ostatni też został przez siły porządkowe zduszony. Nie próżnował też prezydent - długo i twardo walczył o to, jak ocalić swoją prezydenturę. I to z godnym uwagi wynikiem. Obamę rozjemcę odesłał do lamusa historii. Pojawiła się nowa odmiana - Obamy wojownika. To inny polityk niż ten z 2008 r. Na posiedzeniu obu izb Kongresu przedstawił projekt ustawy zakładającej wydanie 447 mld dol. na walkę z bezrobociem i ruszył w trasę po USA, szukając dlań poparcia. Wezwał Republikanów do przyjęcia projektu, wiedząc z góry, że go odrzucą. Polityczne wyzwanie.

Czytaj też:Obama oficjalnie ogłosił koniec wojny w Iraku. "Witajcie w domu!"

Liberałowie są podekscytowani, a przynajmniej mniej obolali niż jeszcze dwa miesiące temu. Ale i Republikanie mają poczucie nowego otwarcia. Z szyderstwem odrzucili ustawę jako "pakiet stymulacyjny II". Boehner zarzucił prezydentowi, że zostawił rządzenie krajem na rzecz prowadzenia nieustannej kampanii wyborczej. Rzeczywiście - coś jest na rzeczy. Prawda jednak jest taka, że w chwili, gdy bezrobocie przekroczyło 9 proc., a proces legislacyjny znajduje się w impasie, prezydent ma niewiele więcej do roboty, niż zacząć własną kampanię.

Ta nowa całkiem zadziorna postawa trwa już kilka tygodni. Nie przeoczył jej też burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg. Nieproszony dał prezydentowi radę, aby hasło "Tak, możemy!" zamienił na inne: "Mogło być gorzej". Naprawdę? Biuro Budżetowe Kongresu szacuje, że pierwszy pakiet stymulacyjny Obamy w wysokości 787 mld dol. uratował lub stworzył przynajmniej 1,4 mln miejsc pracy. To dowód na prawdziwość sloganu Bloomberga. Jednak, mimo że niedawno odnotowano nieznaczny spadek bezrobocia, niemal 14 mln Amerykanów pozostaje bez zatrudnienia. 4 na 10 z nich jest bez pracy co najmniej od półrocza. To, że mogło być nawet jeszcze gorzej, nie stanowi żadnej podstawy do wygrania wyścigu wyborczego.

Czytaj też:Obama atakuje Republikanów. "Mamy największą nierówności dochodów od lat 20."

Biały Dom natomiast opracował trzystopniową strategię. Po pierwsze: obniżyć oczekiwania. Po drugie: wziąć na cel stany, w których rozegra się główna batalia wyborcza i w których zwiększają się liczebnie mniejszości etniczne. Po trzecie: pokazać, że amerykańska choroba to choroba Kongresu.

Zapytano ostatnio prezydenta, czy już czuje się przegranym w przyszłorocznych wyborach. - Zdecydowanie - padła odpowiedź. Przez kolejny rok prezydent Barack Obama będzie starał się ze wszystkich sił przemienić "przegranego" w "powracające cudowne dziecko". Kluczowe znaczenie dla powodzenia tej strategii mają Kolorado, Północna Karolina i Wirginia. Jeśli się uda, Obama mógłby zgarnąć tu 270 potrzebnych mu głosów elektorskich. Wtedy mógłby się obyć bez tradycyjnie mających kluczowe znaczenie stanów, jak Pensylwania czy Ohio, gdzie poparcie dlań białej klasy robotniczej [i pracowników] dramatycznie spada.

Czytaj też:
Obama może przegrać

Podczas całego kampanijnego maratonu Barack Obama będzie grał "kartą Trumana". Gdzie tylko można będzie zwalał winę za nieuchwalenie budżetu, wzrost bezrobocia, brak reformy edukacji czy naprawy przestarzałej i kompletnie rozsypanej polityki energetycznej, na - jak mówił właśnie Truman - obijający się Kongres.

Czytaj też:USA: Gingrich gorszy od Romneya w ewentualnym starciu z Obamą

To w pewnym stopniu zdrowa strategia. Przy każdym ważnym dla kraju zagadnieniu - od redukcji deficytu poprzez zużywanie paliwa do próby wprowadzenia regulacji dla funkcjonowania Wall Street - Republikanie jak jeden mąż stawali przeciw Obamie. Tylko dlatego, że to właśnie on zgłaszał projekty. Jak ostatnio powiedział Obamie podczas wspólnego lunchu historyk Robert Dallek: - W walce o reelekcję prezydenci potrzebują wrogów, a Kongres jest świetnym wrogiem.

Wiadomo oczywiście, że wyborcy są zniesmaczeni. Z sondaży wynika, iż 80-90 proc. Amerykanów źle ocenia pracę Kongresu. Jednakże krytyczna ocena tego ciała wcale nie musi się przełożyć na poparcie dla prezydenta.

Czytaj też:Obama oficjalnie ogłosił koniec wojny w Iraku. "Witajcie w domu!"

Badania prowadzone przez profesora Larry'ego Bartelsa z Vanderbilt University wskazują, że wynik przyszłorocznych wyborów - jak większości poprzednich aż od lat 30. ubiegłego wieku - określi przede wszystkim jeden trend gospodarczy ważniejszy nawet od stopy bezrobocia. Mianowicie dotyczący płac.

Jeśli przeszłość istotnie stanowi jakikolwiek wyznacznik teraźniejszości, a rzeczywisty dochód rozporządzalny rodzin będzie w ciągu roku poprzedzającego wybory spadał, Obama niemal z pewnością przegra. Jeśli dochód będzie wzrastać - lub przynajmniej utrzymywać się na stałym poziomie - to zdaniem Bartelsa obecny prezydent zapewne wyjdzie z batalii zwycięsko.

Dane za wrzesień pokazują, że płace rosną dwa razy szybciej niż średnia z ubiegłego roku. Niewielu jednak ekonomistów dałoby głowę, że mamy tu do czynienia z początkiem nowego trendu.

Nadchodzący rok szykuje drużynie Obamy jeszcze kilka znacznie większych niewiadomych. Czy wyborcy kupią zwalanie winy na obstrukcyjny Kongres, czy też przychylą się do opinii, że prezydentowi lepiej wychodzi rozpoczynanie debat niż podejmowanie decyzji? Czy Republikanie pójdą w końcu po rozum do głowy i zjednoczą się wokół Mitta Romneya, czy będą dalej igrać z kulą u nogi w postaci Ricka Perry'ego? (Przypomnijmy wyciągniętą przez "The Washington Post" sprawę obraźliwego napisu "głowa czarnucha" widniejącego na kamieniu przy wejściu do jego położonego w Teksasie myśliwskiego rancza. Niegdyś słowem "niggerhead" oznaczano w USA różne wzniesienia czy góry. Dziś jest traktowane jako obraźliwe). Czy Sąd Najwyższy - swoimi orzeczeniami na temat zgodności reformy zdrowia Obamy z konstytucją i drakońskich ustaw antyimigracyjnych przyjętych przez południowe stany - wkroczy w politykę wewnętrzną? Czas przyniesie odpowiedzi na te pytania.

Czytaj też:Obama atakuje Republikanów. "Mamy największą nierówności dochodów od lat 20."

Biały Dom bardziej obawia się Romneya niż Perry'ego. Z pewnością można też założyć, że prezydent nie ma zamiaru w połowie kampanii upajać się walką z amerykańskim Sądem Najwyższym.

Obama chętnie pożegluje do zwycięstwa ze szlachetnym wezwaniem do lepszej natury wyborców, które wygłosił podczas kalifornijskiego spotkania związanego ze zbiórką pieniędzy na kampanię. Kierował je "do ludzi, którzy wierzą w wielką, szczodrą i ambitną, ale trzymająca się ziemi Amerykę". Wciąż może wygrać, ale najpierw musi zawrócić kulejący supertankowiec, jakim jest gospodarka USA. A prezydent jest już trochę spóźniony.

Czytaj też:
Obama może przegrać

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie