Wybory prezydenckie 2020: Trzy konflikty i jeden nowy sojusz. Co w polityce zmienia kampania prezydencka?

Agaton Koziński
Agaton Koziński
Grzegorz Jakubowski
„Powiedz mi, kto jest twoim wrogiem, a ja powiem ci, kim jesteś” - mawiał Carl Schmitt, jeden z najważniejszych teoretyków polityki w dziejach. Jak ta jego definicja życia politycznego sprawdza się w obecnej kampanii prezydenckiej?

W ostatnich dniach o niemieckim politologu zrobiło się głośno za sprawą uwag Donalda Tuska. „Carl Schmitt byłby bardzo dumny z Viktora Orbána” - rzucił były premier w rozmowie z niemieckim tygodnikiem „Der Spiegel”. Sugestia jednoznaczna. Schmitt znajdował podbudowę teoretyczną do antydemokratycznych metod wzmacniania władzy przez Adolfa Hitlera, a teraz, jak zasugerował Tusk, w podobny sposób postępuje Orbán.

Swoja drogą Tusk - gdy był premierem - chętnie po schmittowe metody sięgał. Przecież polityczny sukces jego Platformy Obywatelskiej w dużej mierze opierał się na jasnym zdefiniowaniu wroga (Jarosław Kaczyński), a następnie prezentacji samego siebie jako jedynej tamy zdolnej zatrzymać tego wroga na drodze do władzy. Nie przeszkadza mu to teraz sięgać po Schmitta, by okładać nim politycznych oponentów.

Ale skoro odświeżamy klasyczne lektury, to warto spojrzeć przez pryzmat definicji Schmitta na obecne wybory prezydenckie. Bo choć cały czas nie wiadomo, w jakim porządku się one odbędą (wicepremier Jacek Sasin nadzoruje druk kart wyborczych potrzebnych do głosowania korespondencyjnego, choć nie ma jeszcze podstaw prawnych do organizowania wyborów w tym trybie - ustawa tego dotycząca nie została jeszcze przyjęta przez Senat), to kampania wyborcza pokazuje, że wrogości między politykami nie brakuje. Tyle że w międzyczasie pojawiły się nowe konfiguracje - a część z nich wcale nie jest oczywista jak by się mogło wydawać. Poniżej krótki przegląd najważniejszych konfliktów tej kampanii.

Andrzej Duda kontra pozostali
Konflikt oczywisty. Wiadomo, że Duda - jako walczący o reelekcję urzędujący prezydent - jest naturalnym wrogiem wszystkich pretendentów do tronu. Dodatkowo wpisuje się on w spór, który definiuje polską politykę od 2005 r., a więc napięcie między Platformę i PiS, które stopniowo przerodziło się w konflikt między rządzącym obozem a resztą sceny politycznej. Andrzej Duda, jako polityk wywodzący się z PiS, jest dla reszty na cenzurowanym przez sam fakt związku z tym obozem.

Ale na historyczny konflikt nakłada się spór bieżący - o termin wyborów. Opozycja twierdzi, że z powodu pandemii należy znaleźć sposób, żeby wybory opóźnić. Obóz władzy nie widzi ku temu powodu. A, żeby zminimalizować ryzyko zarażeń w czasie głosowania, dąży do wyborów w sposób korespondencyjny. Prezydent zdaje się być zwolennikiem takiego rozwiązania, podczas gdy opozycja jest temu zdecydowanie przeciw. Do tego stopnia, że pojawiają się z jej strony zapowiedzi organizacji Majdanu na wypadek, gdyby do tego doszło.

Nie ma wątpliwości, że wybory w maju - obojętnie w jakim trybie - mają potencjał stać się zarzewiem bardzo silnego konfliktu politycznego trwającego długie lata. Wybrany w ten sposób prezydent będzie mocno delegitymizowany przez opozycję. Spór, który wokół trybu wyborów wybuchnie, może wykroczyć poza obowiązujące do tej pory podziały polityczne.

Podglebiem do nowych konfliktów może się stać sytuacja w Polsce po pandemii. Poważne perturbacje gospodarcze (minister finansów mówi, że w tym roku polskie PKB spadnie o 4-4,5 proc.) mogą stać katalizatorem poważnych przetasowań politycznych, bo pojawią się politycy chcący zdyskontować niezadowolenie osób, które stracą najwięcej w wyniku kryzysu. Tryb organizacji wyborów może się stać paliwem podsycającym ogień. Jeśli się jeszcze znajdzie podpałka (celne hasło, czy postulat, odpowiedni lider), to może się narodzić wręcz sytuacja prowadząca do gruntownego przebudowania obecnej hierarchii politycznej.

Jarosław kontra Jarosław
Żaden z nich nie bierze udziału w tych wyborach, nie ma ich na liście kandydatów - a jednak ich konflikt staje się najważniejszym momentem kampanii prezydenckiej. Chodzi o spór między Jarosławem Kaczyńskim a Jarosławem Gowinem. Choć początkowo wydawał się on być mało znaczącą różnicą zdań, to urósł już do takiego poziomu, że może stać się zarzewiem przemeblowania sceny politycznej.

Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że współpraca Kaczyńskiego z Gowinem przez ostatnie pięć lat układała się stosunkowo gładko. Zdarzało się, że Gowin manifestował swoje niezadowolenie z jakiejś decyzji przeforsowanej przez PiS, ale jedyne, co zyskał w ten sposób, to cały zasób metafor opisujących obrazowo, co to znaczy „głosować, ale się nie cieszyć”.

Tym razem stało się inaczej. Sytuacja stała się na tyle napięta, że Gowin zdecydował się zrezygnować z miejsca w rządzie. Teraz z wolnej stopy spotyka się z przedstawicielami kolejnych sił parlamentarnych, również opozycyjnych.

Z jakim efektem? Na pewno rozzłościł tym Kaczyńskiego. Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że poziom irytacji lidera PiS-u na Gowina jest naprawdę bardzo wysoki. Nie na tyle wprawdzie, żeby wykluczyć całkiem ich współpracę, ale wystarczająco duży, by uznać za niebyły cały kapitał zaufania, jaki zgromadzili sobie w PiS-ie przedstawiciele Porozumienia, partii, którą kieruje Gowin.

W skrócie, Kaczyński nawiąże ponownie współpracę z Gowinem tylko wtedy, gdy będzie mu się to naprawdę opłacało. W innej sytuacji będzie go omijał szerokim łukiem - a jeśli nadarzy się okazja, by go boleśnie ukłuć, to na pewno nie zostanie ona zaprzepaszczona.

Dlaczego więc Gowin zdecydował się na ten ruch? Teorie są dwie. Jedna bardziej prozaiczna, druga bardziej wzniosła. Najpierw pierwsza. Gowin zdecydował się rzucić rękawicę Kaczyńskiemu, bo uznał, że może, że już czas. Był wicepremierem pięć lat, widział, że na tym stanowisku nic nowego go nie spotka. A sam jest obdarzony sporym temperamentem politycznym. I dał się - jak uważa rozmówca z obozu Zjednoczonej Prawicy - temu temperamentowi ponieść. Trochę na zasadzie: uda się, nie uda, ale przynajmniej będzie się działo. I się dzieje. Przede wszystkim u niego, bo się musi zacząć przyzwyczajać do życia bez limuzyny rządowej.

I druga hipoteza - ta bardziej wzniosła, choć w dużej części nie wykluczająca się z pierwszą. Mówi ona, że Gowin dostrzegł, że Kaczyński doszedł do ściany walcząc z całą zaciekłością o wybory prezydenckie 10 maja. Uznał, że jeśli mu się postawi i doprowadzi do tego, by ta data została przesunięta (przynajmniej na sierpień), to się poważnie wzmocni politycznie. Tak bardzo, że będzie ważnym elementem każdej kolejnej układanki politycznej - bez względu na to, kto tę układankę będzie porządkował, czy obecny obóz władzy, czy opozycji.

Wiele nam powie głosowanie w Sejmie na początku maja w sprawie ustawy o wyborach korespondencyjnych. Niewykluczone, że w jego konsekwencji Gowin zostanie nawet marszałkiem Sejmu - albo z poparciem obecnej opozycji albo z poparcie PiS. Nasz rozmówca podkreśla, że nie jest to celem Gowina. Ale dodaje, że być może będzie to jedyna możliwa konfiguracja pozwalająca stworzyć większość niezbędną do uchwalenia trybu wyborów prezydenckich.

Kidawa-Błońska kontra PO i reszta opozycji
Małgorzata Kidawa-Błońska - przynajmniej w teorii - miała gwarantowane miejsce w drugiej turze wyborów prezydenckich. Z prostej przyczyny - bo jest kandydatką partii będącej o trzy długości większą niż inne ugrupowania opozycyjne. I choćby z tego powodu była z nimi w naturalnym konflikcie. Utajonym wprawdzie, choć Lewica ostatnio artykułowała niechęć do niej i do PO całkiem otwarcie.

Ale na to jeszcze się nakłada coraz ostrzejszy konflikt wewnątrz samej PO. Z dwóch powodów. Pierwszą jest sama kandydatka. Kidawa-Błońska i jej zespół doradców popełnili szereg błędów w kampanii znacząco obniżając notowania partii. Drugi powód to Borys Budka. Niedawno został przewodniczącym Platformy, ale od tej pory partia się zachowuje, jakby ktoś ją posadził na równi pochyłej i nie wiedział, w jaki sposób naturalny dla takiej równi proces zatrzymać. Wewnątrz Platformy coraz częściej słychać głosy irytacji, i na Kidawę-Błońską, i na Budkę. Kolejny konflikt, który uruchomiła kampania prezydencka.

Nowy sojusz: Kosiniak i Gowin
Wspólna konferencja Kosiniaka-Kamysza i Gowina wyraźnie pokazała, jak daleko idą ruchy tektoniczne w polityce. Oczywiście, nie można już mówić o koalicji PSL-Porozumienie. Ta konferencja była tylko sygnałem: inny świat jest możliwy, jest życie poza Zjednoczoną Prawicą. Wyraźny sygnał wysłany do Nowogrodzkiej - z pełną świadomością konsekwencji, jakie to oznacza.

„Różnice w działaniach i motywacjach między politykami można sprowadzić do rozróżnienia między przyjacielem i przeciwnikiem” - to kolejny cytat z Carla Schmitta. Dzisiejsza polityka dowodzi, że nie stracił on na aktualności.

Czy wkrótce będzie cieplej?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
Zbigniew Rusek

Jarosław Gowin był kiedyś w PO, ale PiS go przeciągnął na swoją stronę. To jest korupcja polityczna.

Dodaj ogłoszenie