Wyborczy chaos przeraża. Nie wiadomo wciąż, kiedy i jak będziemy głosować

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Przemyslaw Swiderski
Tajne spotkania, narady, sprzeczne komunikaty płynące z Nowogrodzkiej i ze strony rządu. To, co dzieje się wokół wyborów prezydenckich, zaczyna przypominać niekończącą się, kiepskiej klasy telenowelę. Tyle tylko, że rzecz dotyczy znacznie poważniejszych kwestii, może stąd pytania o kondycję państwa, stan demokracji, o powagę i kompetencje polskiej klasy politycznej.

Tylko to, że 10 maja wyborów prezydenckich nie było, wiemy na pewno. W sobotę w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości odbyła się narada. Na miejscu pojawili się między innymi marszałek Sejmu Elżbieta Witek, premier Mateusz Morawiecki, prezes Porozumienia Jarosław Gowin oraz wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Ponoć prezes Kaczyński forsował pomysł przeprowadzenia wyborów 23 maja, czyli de facto zerwania porozumienia zawartego w środę z Jarosławem Gowinem. To może grozić rozłamem w Zjednoczonej Prawicy, na dodatek, według Onetu ten wyborczy scenariusz nie podobał się premierowi Morawieckiemu i wicepremier - Jadwidze Emilewicz, którzy mieli zagrozili dymisją.

Tak więc 23 maja wyborów najprawdopodobniej nie będzie. Pytanie: co więc dalej?

Oświadczenie Kaczyńskiego i Gowina, wydane w środę, zakłada, że Sąd Najwyższy wyda orzeczenie unieważniające majowe wybory, a wtedy trzeba będzie rozpisać je na nowo.

- Z dużym zdziwieniem odebrałam informację, że zostało a priori przyjęte założenie dotyczące przyszłego orzeczenia SN w sprawie uznania ważności wyborów prezydenckich w Polsce. Przypominam, że sędziowie są niezależni i niezawiśli w swoich orzeczeniach, a o jego treści decyduje skład orzekający - skomentowała w rozmowie z Onetem dr hab. Joanna Lemańska, prezes Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych.

Lemańska podkreśliła również, że jakiekolwiek sugestie polityków pozostaną bez wpływu na orzeczenie Izby. - Sąd Najwyższy może orzec, że skoro nie doszło do głosowania, to nie ma czego stwierdzać i nie wyda orzeczenia. W ogóle przed SN trudne decyzje, bo ktoś będzie musiał orzec, na jakich zasadach mają się te wybory prezydenta odbyć. Bo choć głosowania nie było, część akcji wyborczej została już przeprowadzona. A Sąd Najwyższy będzie musiał zdecydować, czy nowe wybory będą się toczyć od początku - przez rejestrowanie kandydatów, zbieranie podpisów, czy też pewne etapy będzie można pominąć, na zasadzie praw nabytych. Do mnie to rozwiązanie nie przemawia - mówił w rozmowie z Onetem sędzia Michał Laskowski, do niedawna rzecznik SN.

Także zdaniem prof. Ryszarda Piotrowskiego z Wydziału Prawa i Administracji Sąd Najwyższy ma spory kłopot, bo nie można uznać nieważności czegoś, czego nie było.

- Konstytucja mówi, że Sąd Najwyższy stwierdza ważność wyborów. Musiałby się więc najpierw odbyć do końca proces nazwany wyborami. Bo inaczej można by przyjąć, że jeśli teraz uznajemy nieważność czegoś, czego nie było, to może możemy stwierdzić też ważność czegoś, czego nie było. Idąc dalej, może możemy nawet stwierdzić nieważność czegoś, co dopiero będzie? Dla mnie ta konstrukcja jest więc wadliwa - stwierdził prof. Piotrowski w TVP info.

Jeśli jednak Izba Kontroli Nadzwyczajnej wyda jakiś wyrok, stwarza to kolejny problem, bowiem według uchwały trzech Izb Sądu Najwyższego z 23 stycznia Izba ta jest wadliwie obsadzona.

Idźmy jednak dalej: jak tłumaczy prof. Piotrowski, po decyzji SN o nieważności, marszałek Sejmu ma dwa tygodnie na zarządzenie wyborów, które muszą się odbyć w ciągu 60 dni od zarządzenia. Musi też ogłosić kalendarz wyborczy i w tym kalendarzu określić, kiedy można rozpocząć zbieranie podpisów, kiedy trzeba je zgłosić do Państwowej Komisji Wyborczej. Potem PKW zarejestruje kandydatów i rozpocznie się kampania.

W rozmowie z „Super Expressem” Jarosław Gowin zdradził prawdopodobny termin przeprowadzenia nowych wyborów, oczywiście zakładając, że Sąd Najwyższy uzna te z 10 maja za nieważne. - Sąd Najwyższy ma maksimum 30 dni na stwierdzenie nieważności. Potem decyzja należy do pani marszałek Witek. W zależności od tempa pracy SN zakładam, że wybory odbędą się między 20 czerwca a połową lipca - przekonywał lider Porozumienia.

Podobnego zdanie jest wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz.

- Te wybory powinny się odbyć zdecydowanie jak najszybciej, nie ma powodu odkładać ich dłużej. Koniec czerwca, początek lipca. To trudne, wymagające, ale nie niemożliwe - oceniła w RMF FM.

Z niedzielnych, nieoficjalnych informacji „Gazety Wyborczej” wynika, że PiS i Porozumienie Jarosława Gowina porozumiały się w tej kwestii i w grę wchodzi 28 czerwca. Jak twierdzą rozmówcy dziennika, PiS i Porozumienie nie wyklucza też terminu o dwa tygodnie późniejszego, by móc przeprowadzić głosowanie wyłącznie w lokalach wyborczych. Z kolei, jak informuje RMF FM, zmiany w kodeksie wyborczym są już gotowe. Państwowa Komisja Wyborcza ma mieć przywrócone uprawnienia dotyczące organizacji przebiegu głosowania. PKW ma decydować także o kształcie kart wyborczych i ich rozsyłaniu.

Planowa nowelizacja zakłada również, że podpisy zebrane pod kandydaturami polityków startujących w wyborach zachowają ważność. Będą musiały je zbierać jedynie te osoby, które wcześniej nie rejestrowały swojej kandydatury.

Adwokat Łukasz Chojniak w rozmowie z TVN24 zwrócił jednak uwagę na wątpliwości prawne związane z przesuwaniem terminu wyborów.

- Marszałek Sejmu ma rzeczywiście prawo zarządzić termin wyborów, ale takie postanowienie marszałek Sejmu już wydała. Na tym się jej uprawnienie kończy (...) Od tego momentu staje się, mówiąc kolokwialnie, szeregowym wyborcą - zauważył.

Jak wskazywał, „konstytucja w ogóle nie przewiduje możliwości kuglowania datą wyborów”.

- Przyzwolenie przez konstytucję na to, żeby można było ot tak, politycznie kształtować termin wyborów (...) pod bieżące zapotrzebowanie oznaczałoby, że ta konstytucja zrywa z istotą demokratycznego państwa prawnego. Jest rzeczą oczywistą, że to by pozwalało na wpływanie na wynik wyborów - mówił dalej Chojniak.

Jak dodał, „kuglowanie datą wyborów musi wpływać na ważność całego procesu wyborczego, musi postawić pod znakiem zapytania ich ważność”.

Pozostanie też pytanie, kto ponosi odpowiedzialność, za to, że wybory nie odbyły się w minioną niedzielę. Wicepremierzy Sasin i Jadwiga Emilewicz mówią, że to przez złośliwość samorządów i nieudolność PKW nie poszliśmy w do urn.

„PKW stwierdziła w piśmie z 5 maja, że nie jest w stanie przeprowadzić tych wyborów. I to jest rzecz rozstrzygająca, bo to PKW je organizuje” - powiedział Jacek Sasin w radiu RMF FM. Tyle tylko, że PKW stwierdziła, iż wyborów nie można przeprowadzić miedzy innymi dlatego, że pozbawiono ją kompetencji, a przeprowadzenie wyborów powierzono nie komu innemu, a Jackowi Sasinowi. To Jacek Sasin miał zlecić wydrukowanie 30 milionów pakietów wyborczych. Nie powinien tego robić, bo nie było podstawy prawnej do tego typu działań. Pakiety wydają się dzisiaj bezużyteczne, zapłaciliśmy za nie, my podatnicy, kilka milionów złotych. Może dlatego w PiS trwa poszukiwanie kozła ofiarnego, bo kogoś winą za zaistniała sytuację obarczyć trzeba.

Opozycja niemal od początku epidemii apeluje do rządzących o wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Oznaczałoby to konieczność przełożenia wyborów prezydenckich i rozwiązywało tym samym chaos prawny, z którym mierzy się teraz parlament. Zgodnie z konstytucją w czasie trwania stanów nadzwyczajnych oraz w okresie 90 dni od ich zakończenia nie mogą być w Polsce przeprowadzane jakiekolwiek wybory.

Według prawników ograniczenia już wprowadzone przez rząd rozporządzeniami w związku z pandemią, są wprost przepisane właśnie z ustawy o klęskach żywiołowych. Rządzący nie chcą jednak o tym słyszeć.

Może dlatego szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski zaproponował wszystkim klubom parlamentarnym rozmowy przy okrągłym stole w sprawie przeprowadzenia wyborów. Spotkanie miałoby odbyć się w środę 13 maja. „Nie stawiamy warunków wstępnych, chcemy, żeby głównym tematem były mądre i w sposób konstytucyjny zorganizowane wybory (...). Wyciągamy rękę do PiS, do innych partii opozycyjnych i mówimy: chodźmy razem, usiądźmy do stołu razem” - powiedział Gawkowski.

Ale wizja okrągłego stołu wydaje się raczej mglista, tym bardziej, że jeszcze kilka dni temu Włodzimierz Czarzasty, wicemarszałek Sejmu, jeden z liderów Lewicy kompromis Gowina i Kaczyńskiego nazwał „grą szulerów” i „maskaradą błaznów”.

Świat z uwagą i niedowierzaniem przygląda się temu, co dzieje się obecnie w Polsce. Viera Jourova, wiceszefowa Komisji Europejskiej, odpowiedzialna za unijne wartości i przejrzystość, w wywiadzie opublikowanym w niedzielę we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” zapowiedziała, że zamierza nadal uważnie śledzić rozwój sytuacji w naszym kraju, a w Europie istnieje kilka zasad gwarantujących wolne i uczciwe wybory. „Kandydaci ubiegający się o urząd muszą mieć równe szanse. Każdy obywatel musi mieć możliwość oddania głosu (...). Polska zobowiązała się do (przestrzegania) tego, ale teraz wszystko to jest kwestionowane. Bardzo mnie to, jako obywatelkę Europy, niepokoi” - powiedziała.

Polaków niepokoi także chaos, w jakim żyją od kilku tygodni. I nie chodzi o pandemię koronawirusa, ale o spektakl, jak zafundowali nam politycy.

Jest rozporządzenie ws. szczepień sportowców

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie