Wszyscy bywamy Byronami. Mimo że w erze postmodernizmu nie ma miejsca dla natchnienia...

Witold Głowacki
Wielka era natchnienia skończyła się wraz z modernizmem. Co najmniej 50 lat temu. Wszystkie granice zostały wyznaczone i przekroczone. Dalej jest już tylko ściana
Wielka era natchnienia skończyła się wraz z modernizmem. Co najmniej 50 lat temu. Wszystkie granice zostały wyznaczone i przekroczone. Dalej jest już tylko ściana zdjęcie ilustracyjne
W pogoni za nim można wylądować w więzieniu, w psychiatryku, w klinice odwykowej i w trumnie. Drogi są sprawdzone. Ale może rację miał tu Witold Lutosławski, który ogłosił: "Natchnienie nigdy nie przychodzi do leniwych".

Opuszczony przez los Zbigniew Ziobro próbujący odwrócić kartę i w coraz wyższych rejestrach odkrzyczeć celny cios wyprowadzony przez byłego patrona przed sceptycznym audytorium poruszył coś w pamięci piszącego ten tekst. Była to jednak asocjacja na tyle odległa od codziennych skojarzeń budzonych przez polityków prawicy, że przez to mocno mglista. Trzeba było dopiero wrócić tamtej słonecznej soboty do domu i zajrzeć do kilku albumów, by uzmysłowić sobie, w czym rzecz.

Czytaj również: "Od analfabetyzmu przeszliśmy do internetu i poplątały nam się kable".Mendoza wydaje kolejną książkę

"Natchnienie malarza" Jacka Malczewskiego to obraz o przewrotnym tytule. Przedstawia pogrążonego w niemocy artystę skulonego przed strzelistą sylwetką kobiety pogrążonej w dziwnym transie, o nogach skutych kajdanami, owiniętą rosyjskim wojskowym szynelem, ze słomianą koroną zsuniętą z głowy. Zbrukana, zniewolona Polonia - bo to oczywiście ona - raczej paraliżuje twórcę swym opacznym majestatem, niż daje mu siłę. Malczewski swój cykl obrazów skończył dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Czy i kiedy dopnie swego Ziobro, powiedzieć trudno.

Na razie jednak moralnie wzmożony, triumfujący tłum demonstrantów w obronie TV Trwam będący przecież dla ludzi prawicy Polonią wcieloną, okazał się dla Ziobry równie surowy jak wyniosła, choć zszargana Polonia Malczewskiego. Na kogo innego tego dnia skierowała się jego łaska, kto inny chwycił wiatr w żagle. Na Ziobrę tego dnia natchnienie nie spłynęło. A o tym, co może się zdarzyć, gdy w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie zabraknie krzty tego czegoś, akurat wszyscy coś wiemy. Zaraz zresztą nasz dzień. Święto pracy, codziennej huśtawki między weną a jej brakiem. Wszyscy bywamy czasem Zbigniewem Ziobrą. Wszystkich nas czasem opuszcza natchnienie.

Czytaj również: Harlan Coben wydaje nową książkę. "Po pierwsze, nigdy nie czytam swoich kryminałów"
Zaznaczmy jeszcze na wszelki wypadek, że tym razem niekoniecznie chodzi o proste fakty. Te są bowiem raczej takie, że "Kura" nie zdążył nawinąć spinu, nie stał też w odpowiednim momencie i miejscu za odpowiednimi plecami, nikt też nie podał na czas wiecującemu liderowi syropu na kaszel. Idzie raczej o obraz, moment. O porażkę, której miało nie być, o bezsilność w chwili, w której tak potrzebna była siła. O brak natchnienia, które zresztą w tym konkretnym wypadku i tak nie miało skąd nadejść, nawet po jednoczesnych modłach zaniesionych i do Apolla i Dionizosa, które to modły okazałyby się bezskuteczne, obaj bogowie są bowiem w tej materii równie martwi jak ten, który na nowo powołał ich do życia (w służbie natchnieniu zresztą) pod koniec XIX w. w swej rozprawie "Narodziny tragedii z ducha muzyki".

Bo i sama asocjacja między Poloniami Ziobry a Malczewskiego jest wyjątkowo złudna. Mimo że polska prawica, rzecz jasna, bogato czerpie z tradycji polskiego romantyzmu, tak jak niegdyś Malczewski, to te światy dzieli dużo więcej niż to stulecie, które minęło od stworzenia przez Malczewskiego "Natchnienia" do wystawienia w kościele na Bielanach pamiętnego dzieła "Smoleńsk". Ziobro jednak, jak i jego polityczny patron budzący wciąż duchy i demony odziedziczone po polskiej tradycji romantycznej, muszą wiedzieć, że tym samym budzą też romantyczne pojęcia, z którymi będą musieli się zmierzyć. Jak "natchnienie" choćby.

Sam Ziobro przecież, patrząc w oczy przebywającego w patriotycznym uniesieniu rozmodlonego tłumu, stanął nad jednym z romantycznych kulturowych źródeł natchnienia. Ale nie mógł się z niego napić, choć pili z niego niegdyś Wagner, marząc o wskrzeszeniu germańskich bogów, Dostojewski, rojąc o odnowieniu Wielkiej Rusi, i Mickiewicz, tworząc "Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego". To źródło jest jednak już wyschłe, jak może wszystkie inne zresztą.
Dziś zasadniczo martwe jest przecież samo natchnienie. Nikt w świecie sztuki i myśli, skąd to pojęcie pochodzi, nie używa go serio i w poczuciu pełnej odpowiedzialności za słowo. W kulturze wysokiej nie ma słowa bardziej passe, można co najwyżej się nim bawić, jak Szymborska "mieć wyrok skazujący na ciężkie norwidy" czy Różewicz (całe "Przygotowanie do wieczoru autorskiego").

Czytaj również: "Nie czytaj. I tak to kiedyś zekranizują". Przewrotna kampania promująca czytanie książek

W świecie kultury popularnej natchnienie jest zaś już tylko towarem - jego źródłami handluje się równie dobrze jak bestsellerami. Paulo Coelho czy Carlos Ruiz Zafón handlują solidnymi pakietami syntetycznie sprasowanych banałów o natchnieniu, inspiracji i szukaniu sensu życia wyprodukowanych przez ostatnich 200 lat historii literatury i nieźle z tego żyją. A na każdym piętrze każdego korporacyjnego wieżowca spotkamy jakiegoś ich wyznawcę, który najczęściej po pierwszą w życiu książkę sięgnął długo po zdanej psim swędem maturze i oczywiście była to akurat książka Coelho.

Dziesiątki milionów egzemplarzy na całym świecie sprzedali twórcy tzw. nurtu toskańskiego, czyli książek pod hasłem "pojechałam do Włoch, najadłem się makaronu, pooglądałem krajobrazy, porozmawiałem o swych problemach z prostą kobietą/księdzem/chłopem/winiarzem o pooranej zmarszczkami twarzy, odnalazłem na wieki sens życia i zrozumiałem, że muszę o tym napisać książkę na 300 stron" z Frances Mayes od "Pod słońcem Toskanii" na czele. W ślad za ich sukcesami poszedł turystyczny i pamiątkarski boom w Toskanii, później zaś w Ligurii, Dolomitach i gdziekolwiek jeszcze zaniosło przedsiębiorczych amerykańskich pisarzy.

Od lat to samo zjawisko towarzyszy twórczości najbardziej wziętych skandynawskich kryminałów. Tu z kolei liczne szwedzkie czy norwerskie gminy wręcz biją się o to, by ten czy inny pisarz to na ich terenie ulokował sceny mrocznych, chorych mordów na długonogich blondynkach na tle świerkowego lasu lub u stóp fiordowego klifu. To tam bowiem później pojadą turyści.
Fakt, że po 3 tys. lat kultury opartej na piśmie doszliśmy do stanu, w którym można sprzedawać jako potencjalne źródło natchnienia saltimbocca albo toskański widok z hotelowego okna, nie nastraja do szczególnie optymistycznych refleksji na temat ludzkiej kondycji.
Pocieszyć się możemy przez moment tylko tym, że w świecie polityki kwestia natchnienia wygląda jeszcze gorzej. Według Maxa Webera właśnie natchnienie jest tym przymiotem, od którego skuteczny polityk powinien być wolny. W słynnym weberowskim przeciwstawieniu polityka i naukowca, to ten drugi winien być obdarzony natchnieniem. Pierwszego ma za to cechować namiętność rozumiana jako rodzaj empatii i społecznego wyczucia - coś jak słynne "ucho Tuska". Uwielbiany przez polskich polityków wszelkich barw protoplasta nazizmu Carl Schmitt (swoją drogą jego współczesna polska kariera przypomina tę, którą zaliczyli William Wharton czy Paulo Coelho - pisarze znani w naszym kraju bardziej niż we własnym) na dźwięk słowa "natchnienie" dostałby zaś ataku pustego śmiechu.

Owszem Ziobro wprawdzie próbował przemawiać spod pomnika ostatniego polskiego romantyka Józefa Piłsudskiego zaczytującego się w Słowackim, ale to symboliczne odwołanie nie zrobiło zeń nawet na moment drugiego Marszałka, choćby Churchilla. Może dlatego, że w trakcie politycznej edukacji starał się raczej o tróję na prawniczym egzaminie, niż spędzał lata na pisaniu "Światowego kryzysu". Może przez to, że nie dzielił z Churchillem nie tylko zainteresowań, ale też nałogów. Co jak co, ale cygaro z whisky sprzyja refleksji.

Najprędzej jednak dlatego, że w erze postpolityki przestrzeń dla Churchillów jest równie wątła jak ta, którą postmodernizm przewidział dla natchnionych artystów w romantyczno-modernistycznym stylu.

Czytaj również: "Nie czytaj. I tak to kiedyś zekranizują". Przewrotna kampania promująca czytanie książek

Wielka era natchnienia skończyła się bowiem wraz z końcem modernizmu, tak na dobre gdzieś w drugiej połowie XX w. Zaczęła - pod koniec XVIII w., gdy czas dominacji encyklopedystów i rewolucjonistów musiał zostać porządnie odreagowany. Przez ten czas zrobiono wszystko, co może zrobić człowiek, by znaleźć nieznane w sobie wcześniej pokłady inspiracji. Dalej jest już tylko ściana.

To właśnie romantycy uczynili z poszukiwania natchnienia cel sztuki porównywalny z samym tworzeniem. Wejście w stan wyższej świadomości wydawało się niezbędnym warunkiem tworzenia. Artysta musiał całym swym życiem służyć sztuce. Ba, jego życie miało być sztuką. Stąd też idea i praktyka ciągłego - w sensie dosłownym - szukania podniet i pobudzeń mających doprowadzić do osiągnięcia stanu natchnienia. Że zaś w tym samym czasie na bardziej masową skalę upowszechniły się ostatnie dobrodziejstwa kolonii, łatwo było o wejście w permanentny ciąg życia poświęconego tylko i wyłącznie szukaniu natchnienia.

Dziś symbolem tej romantycznej jazdy porównywalnej może tylko z życiem niektórych pracowników polskich agencji reklamowych na progu lat 90. jest oczywiście lord George Gordon Byron. Ale on sam po opium nie sięgnął - nauczył go tego literacki poprzednik S.T. Coleridge. Do chińskiego specyfiku w życiu Byrona dołączyły jeszcze indyjskie konopie i południowoamerykańska meskalina. Do tego niezliczone kobiety i ponoć mężczyźni, z braku mocniejszych wrażeń wojna (wszak to Byron rzucił się w greckie powstanie), okultyzm. Słynna legenda z epoki głosi, że to właśnie podczas jednej tylko zorganizowanej przez Byrona nocy pod hasłem meskaliny, spirytyzmu i orgiastycznego seksu uczestniczący w imprezie Mary Shelley i John Polidori zostali zainspirowani do napisania "Frankensteina" (pierwsza) i powieści romantycznej "Wampir", pierwowzoru późniejszego Draculi, (drugi).

Czytaj również: Harlan Coben wydaje nową książkę. "Po pierwsze, nigdy nie czytam swoich kryminałów"

Byron nie pożył długo, wykończył się w wieku 36 lat. Ci, którzy przeżyli, lądowali często w szpitalach obłąkanych, demencieli lub szukali ucieczki w żarliwym uczestnictwie w licznych wówczas religijnych sektach (tu kłania się jednak z teorii na temat fascynacji Mickiewicza towiańczykami). Później też pewne - obserwowane w połowie XIX stulecia - odprężenie w straceńczej walce artystów przyniosła moda na literaturę realistyczną - ze swej natury dość odległą od obszaru typowych poszukiwań romantyków.

Na nowo więc zaczęli poszukiwanie natchnienia na wielką skalę wcześni moderniści. Teren dla nich zmapował Charles Baudelaire, gromadnie ruszyli jego śladem liczni następcy. Opium pozostało w modzie, awansował haszysz, odkryto też na nowo absynt. Na nowo, bo ponoć twórcą pierwszej receptury oszałamiającego alkoholu na bazie wyciągu z piołunu był już Hipokrates.
Najpierw parnasiści, później zaś Verlaine i Rimbaud zostali fanami zielonkawego trunku. W ślad za nimi cała sztafeta największych malarzy impresjonistów z van Goghiem na czele. Absynt trafił w końcu pod strzechy - pod koniec XIX w. we Francji spożywano rocznie 30 mln litrów tego alkoholu. Karierę zielonej wróżki przerwała dopiero wielka kampania francuskich winiarzy, którym za sprawą absyntu znacząco spadały dochody.

Wtedy jednak goniący za artystyczną ekstazą artyści mieli już mocniejsze środki w ręku. To czas pierwszych uzależnień od morfiny i kokainy. W Polsce zaś wiadra absyntu przelewane są w artystycznych knajpach cysternami wódki. Legenda tamtych czasów Stanisław Przybyszewski potrafił ponoć wypijać około trzech litrów gorzałki w jedną noc. Za sprawą eseistyki Baudelaire'a, malarstwa de Toulouse-Lautreca i ich naśladowców modne też stają się bardziej wyrafinowane źródła podniet, jak brzydota , obserwacja rozkładu czy odrzucenie wszelkiej naturalności w zachowaniu, ubiorze i stylu życia. Wydawać by się mogło, że najbardziej zatwardziali modernistyczni dandysi zdołali w swej dekadencji dotknąć granic poszukiwania natchnienia.

Czytaj również: "Od analfabetyzmu przeszliśmy do internetu i poplątały nam się kable".Mendoza wydaje kolejną książkę

I co? 30 lat później przychodzi czas na powtórkę. W Polsce Witkacy prowadzi paranaukowe badania nad wpływem przyjmowanych, skrupulatnie notowanych narkotyków na własną twórczość. W Paryżu zalewają się w trupa tym razem Picasso, Dali i Bunuel. Cena natchnienia znacząco rośnie, by spaść wraz z drugą wojną światową.

I potem jeszcze jeden wielki powrót, nowe środki i podniety. Od bitników po hippisów i rewoltę '68 roku. Wkraczają na dobre heroina, LSD wraz ze swym duchowym ojcem Timothym O'Learym, amfetamina. Gdzieś ze śmiercią Jima Morrisona kończy się wykres. Dalej nie ma już notowań, bo w tym samym mniej więcej czasie skończył się w sztuce czas wiary, że można przekroczyć jeszcze jakiekolwiek ograniczenia, stworzyć nowe konwencje. W tym samym też czasie świadomość podobnego wyczerpania zaczęła przezierać w świecie polityki wraz z erozją klasycznych podziałów polityczno-ideologicznych.

A w erze postmodernizmu i postpolityki nie zostało już wiele miejsca dla natchnienia. Najbardziej prawdziwe chyba zdanie na jego temat wypowiedział zaś pod koniec XX stulecia w jednej ze swych ostatnich rozmów Witold Lutosławski. "Natchnienie nie przychodzi do leniwych".

* * *
Większość czasu przeznaczonego na pisanie tego tekstu spędziłem, wpatrując się w pustą cyfrową kartkę. Wczoraj jednak przyśnił mi się Zbigniew Ziobro.

Witold Głowacki

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie