Woydyłło: Żyjemy w czasach, w których obowiązują coraz słabsze normy moralne

Redakcja
polskapresse
Coraz więcej z nas opisuje w sieci najbardziej intymne szczegóły swojego życia. Dlaczego internet zabija w nas poczucie wstydu?

W internecie roi się od opisów czy zdjęć najbardziej intymnych wydarzeń z życia ludzi. Pisanie o własnych stanach emocjonalnych staje się powoli normą. Czy taki ekshibicjonizm - emocjonalny, ale często też fizyczny - można już uznać za cechę charakterystyczną XXI w.?
Być może przełom technologiczny sprawił, że część osób nabrała odwagi, by obnażać się w internecie. Choć częściej jest to po prostu próba kreowania wizerunku. Poza tym proszę pamiętać o specyfice tego medium. On nie wymaga spotkania się z kimkolwiek twarzą w twarz. Siłą rzeczy więc nie ponosimy przed nikim bezpośredniej odpowiedzialności za to, co umieszczamy w sieci. To niewątpliwie ułatwia przełamanie poczucia wstydu. Osobie, która ma problem z rozebraniem się u lekarza czy na plaży, łatwiej przełamać te bariery, gdy siedzi przed komputerem w pustym mieszkaniu. Poza tym proszę pamiętać, że żyjemy w czasach, w których obowiązują coraz słabsze normy moralne. Kiedyś niewyobrażalne było, żeby kobieta chodziła w bluzce na ramiączkach, teraz odsłonięty pępek nikogo nie dziwi. Ma to przełożenie też na życie internetowe.

Czyli ten internetowy ekshibicjonizm zapoczątkowało wynalezienie bikini?
Między innymi. Faktem jest, że kiedyś granice między tym, co wolno, a czego nie, były ostro zarysowane, a dziś coraz bardziej się przesuwają, rozmywają. Różnego rodzaju tabu, na przykład dotyczące nagości, obcowania cielesnego, znikają.

Ale sytuacja, w której ktoś wstydzi się rozebrać u lekarza, ale nie ma problemów z publikowaniem w internecie swoich zdjęć topless, zaskakuje. Jak możliwa jest taka przemiana?
To właśnie konsekwencja powolnego przesuwania granic, przełamywania tabu. Dziś już małe dziecko dookoła siebie widzi ludzi obnażonych: dziewczyny w krótkich spódniczkach i dużym dekoltem czy chłopaków w ciasnych koszulkach.

Co to zmienia?
Nawet jeśli rodzice takie dziecko będą wychowywali na osobę skromną, tłumaczyli mu, że nie przystoi tak skąpy strój, to i tak dziecko ze swoich obserwacji będzie wyciągać inną lekcję. Dla nich takie zjawiska będą normą. Na to jeszcze nakłada się poczucie wstydu. Generalnie obowiązuje zasada, że im starsza osoba, tym wstyd mniej ją krępuje.

Na ile ten internetowy ekshibicjonizm jest napędzany potrzebą autokreacji? Na zasadzie: chcę zwrócić na siebie uwagę, ale nie mam nic do przekazania, więc próbuję szokować odważnymi zdjęciami czy szczerymi opisami intymnych szczegółów własnego życia.
Przede wszystkim należy podkreślić jedną zasadę: to nie internet odpowiada za takie zachowania ludzi, tylko oni sami. Globalna sieć jest tylko narzędziem, którego używają.

Ale szokuje zasięg tego zjawiska. Dopóki nie było internetu, nie miałem świadomości, że aż tyle osób odczuwa potrzebę szczegółowego prezentowania swojego życia z jego najgłębszymi szczegółami.
Bo kiedyś było to bardziej skomplikowane, a często nawet mniej bezpieczne. By obnażyć się w parku czy opowiedzieć o sobie w miejscu publicznym, trzeba było zaryzykować konfrontację z innymi. W internecie jest się bezpiecznym, siłą rzeczy łatwiej przekroczyć różnego rodzaju bariery. Choć przy okazji pragnę wyraźnie podkreślić: nie widzę w tym nic złego.

W ekshibicjonizmie?
Nie, ekshibicjonizm w dosłownym tego słowa znaczeniu to patologia - i patologii nie zamierzam bronić. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że patologia to margines, także w internecie, tam może jedynie zdawać się szerszy. Natomiast nie widzę nic złego w tym, jak ktoś na swoim blogu czy na Facebooku pisze szczerze o sobie, swoim życiu, swoich problemach.
Nie przeszkadza to Pani? Mnie szokuje liczba osób, które odczuwają potrzebę publicznego dzielenia się szczegółami ze swego życia.
Mnie to nie zaskakuje. Ci ludzie zresztą zawsze byli. Kiedyś po prostu wtapiali się w tłum, nie było ich widać. Teraz natomiast stali się obecni dzięki internetowi.

Czyli gdy mogliśmy oglądać tylko dwa kanały w telewizji, to dla tych ludzi zwyczajnie nie było miejsca, ale teraz media poprzez internet są dostępne dla każdego i oni z tego korzystają?
Tak. Właściwie do czasu wynalezienia internetu wszelkiego rodzaju wystąpienia w przestrzeni publicznej wymagały poddania się ocenie. Gdy były dwa kanały telewizyjne, trzeba było przebić się przez sito konkurencji. Jeszcze dawniej należało znaleźć sobie miejsce na centralnym placu miasta czy przed kościołem, by znaleźć audytorium, które go wysłucha. Za każdym razem należało poddać się weryfikacji, ryzykować negatywne komentarze. Ale także wtedy żyli ludzie tacy jak dzisiejsi blogerzy. Tyle że oni zamiast pisać w internecie, opowiadali - gdzieś w domu, przy piecu, dla kilku osób. Dziś sytuacja wygląda podobnie. Proszę zwrócić uwagę, że tych blogów czy wpisów na Facebooku, o które pan mnie pyta, trzeba poszukać. Jeśli nie włoży pan w to wysiłku, to nie znajdzie ich. W sumie więc sytuacja nie zmieniła się - tych opowieści przy piecu też trzeba było szukać, osoba postronna nie miała szans ich poznać.

Jednak pod tym kościołem również mógł stanąć każdy i przynajmniej spróbować wygłosić swoje zdanie. A jednak woleli zostać przy tym piecu.
Bali się ostracyzmu. Dziś w Hyde Parku każdy staje na skrzynce po piwie i wygłasza swoje kwestie, bo jest to miejsce, które obrosło tradycją tolerancji angielskiej. Czy to dobrze, czy źle? Moim zdaniem dobrze. Bo im więcej ludzi znajdzie sposób wyrażenia siebie, tym lepiej. Wtedy można psychologicznie przypuszczać, że napięcie, które wynika z zakneblowania, z niemożliwości wypowiedzenia się, czasami prowadzi do rozmaitych niekorzystnych stanów psychicznych. Tu każdy może się wypowiedzieć, co jest albo obojętne, albo korzystne z punktu widzenia potrzeby tego człowieka.

Powiedziała Pani, że ludzie pod kościół nie szli, bo bali się ostracyzmu społecznego. W mojej ocenie nie szli, bo się zwyczajnie wstydzili. Ta bariera wstydu pęka właśnie przez internet.
Właśnie dlatego, że tam ludzie się nie boją. Wiadomo, że pod kościół w niedzielę po sumie nie pójdę, bo się boję, jestem skrępowana, nie wiem, jak to zostanie przyjęte. Czyli mam bardzo dużo zahamowań. Natomiast internet wszystkie te zahamowania całkowicie anuluje, ponieważ działam w sposób absolutnie niekontrolowany. Kiedy pod moim blogiem zamieszane są obelżywe komentarze, zdaję sobie sprawę, że wszyscy ci ludzie są bezsilni, a ja, jeśli będę chciała, mogę pisać dalej to samo.

Przeczytałem zdanie, że imperium brytyjskie by nie powstało bez poczucia wstydu. Wstyd jest stymulujący. Nie jestem na tyle dobry, by stanąć przed tym kościołem, więc najpierw przez dwa lata ćwiczę przed lustrem, przełamuję swoje bariery i dopiero wychodzę. Internet ten wstyd, jako siłę pchającą do przodu, zabija, obniża poprzeczkę.
Z drugiej strony osoby, które mają mniej zahamowań, a będą ryzykować, lekceważyć nieumiejętność i porywać się na jakieś zachowania, więcej się nauczą.

Ale przecież poświęciłem dwa lata na naukę.
Kto szybciej nauczy się jeździć na rowerze? Ten, kto robi to po cichu w domu, czy ten, który w dzień wychodzi na ulicę i ryzykuje, że się pięć razy przewróci. Ćwiczą jedni i drudzy. Ja sama zachęcam do tego, że jeśli człowiek zna swoje bariery i one mu przeszkadzają, by ryzykował. Oczywiście trzeba znaleźć sobie środowisko, w którym nie zostanie się skarconym, wyśmianym, bo to pogłębi niepewność. Bardzo wiele osób korzysta z internetu właśnie dlatego, że do tej pory nikt ich nie słuchał albo im przerywał. Zwłaszcza w rodzinach taka dynamika braku respektu wzajemnego jest niesłychanie często rozpowszechniona. Młodsze rodzeństwo ma zawsze mniej do powiedzenia, dlatego właśnie wśród młodszego rodzeństwa jest więcej osób z problemami psychologicznymi niż wśród starszego. Teraz ci młodzi mogą nareszcie się odbić od dna. Mogą powiedzieć to, co chcą, postępować według swojego sposobu myślenia. Nie muszą się liczyć z tym, że ktoś powie: Siedź cicho, bo nic nie wiesz.
Innymi słowy to, co wiele osób uznaje za wady internetu, cytując Stanisława Lema, że internet to w 99 proc. śmieci, Pni widzi jako zaletę.
Tak. W osobistym, indywidualnym kontekście to może być zaleta. Może być źródłem pewności siebie.

Internet otworzył nowe możliwości ekspresji. Kiedyś, by wypowiedzieć się na forum, trzeba było przejść przez sito selekcji. Teraz każdy ma na to szansę. Mieliśmy zamieszanie wokół ACTA. Ludzie, którzy wcześniej nie mieli oficjalnej reprezentacji, nagle wyszli na ulice. Czy ci ludzie są w stanie zrobić coś na kształt rewolucji, zmienić ład świata? Czy po prostu wyrasta nam zdrowsze psychologicznie społeczeństwo, zmienione, lecz nie na tyle, by odwrócić standardy życia?

Sądzę, że nurt, w którym dzieją się te zmiany, ma swoje korzenie w demokracji. Ta demokracja nie we wszystkich swoich przejawach jest jednakowo sprawiedliwa. Ale protesty, do których doszło w przypadku ACTA, to dowód na to, że nie musi być lidera, który tę funkcję ma z góry przypisaną. Ludzie sami będą w obronie swoich interesów się organizować. Z czasem z pewnością pojawią się lider, struktury, być może nawet ktoś napisze manifest.

W Afryce Północnej rewolucje zwoływane przez internet miały miejsce rok temu, a do tej pory nie wyłoniły liderów. Ludzie się skrzyknęli w określonej sprawie, wykonali swoje zadanie i nie wiedzą, co dalej.
Dlatego że prawdopodobnie zadaniowe podejście do jakichś projektów czy pewnych idei wystarcza, żeby wykorzystać możliwość łatwej komunikacji. Umasowienie komunikacji, przyśpieszenie tempa przekazywania informacji na każdy temat to miecz obosieczny. Z jednej strony, jest to zbawienne. Wielka szansa, odkrycie przed człowiekiem kopalni bez dna, jeżeli chodzi o możliwości dowiadywania się. Ale dokładnie to samo powoduje, że jesteśmy bombardowani masą wiadomości, które są nam zupełnie niepotrzebne.

To są te śmieci Stanisława Lema.
Pojawia się więc kwestia pewnej indywidualnej odporności, świadomego wyboru. Musimy zdecydować, czy chcę z tego korzystać, czy nie. I nawet ludzie, którzy nie chcą, również nie w 100 proc., mogą się od tego odciąć. Jak dalece wpływa na wszystkich np. reklama, nie wiem. Wpływa, ale przy osiągnięciu pewnej dojrzałości, uzbrojenia się przeciwko reklamie może w ogóle nie podlegać regułom, w imię których tak się rozrosła. Nie można powiedzieć, że zjawiska, które przeżywamy, są nieuchronne. One są nieuchronne tylko na pewnym etapie rozwoju. Ja bym nawet powiedział, że są nieuchronne na pewnym etapie braku rozwoju. I my jesteśmy tego przykładem. Niejednakowo rozwija się w naszym społeczeństwie ta zdolność do korzystania z dóbr, selekcjonowania, które dobra naprawdę nam służą, a które nas ograbią. Ja nie jestem użytkownikiem Facebooka, dlatego że jestem już na takim etapie, kiedy sama wybieram sobie osoby, z którymi chcę mieć kontakt.

Z moich obserwacji wynika, że internet przyciąga pokusą łatwych i szybkich więzi. Nagle, w ciągu kilku kliknięć mam 50 przyjaciół. Brzmi ładnie, ale te więzi są bardzo płytkie. Nigdy rozmowa internetowa nie zastąpi rozmowy w cztery oczy, która jest najsilniejszym bodźcem budowania relacji międzyludzkich.
A co, jeśli jest to jedyna forma kontaktu? Wiele osób wkręciły się w pewną centryfugę. Pracują w miejscu, którego nie lubią, i są nielubiani. Żyją w rodzinie, w której każde spotkanie to tortury. Dla nich internet jest kąpielą w źródlanej wodzie. Czasami jest to namiastka, ale jednak w pewnym sensie też przyjaźń. Może nie jest to autentyczne, ale autentyczne jest niedostępne.

Z drugiej strony, jeśli cały czas będą spędzać przed monitorem, dodając do profilu kolejnych wirtualnych znajomych, nie będą mieli czasu, by poszukać znajomych w klasyczny sposób.
Tak, ale najczęściej do tego internetowego medium lgną ludzie, którym brakuje umiejętności nawiązywania kontaktu. Bo gdyby potrafili, to z pewnością nie byliby samotni. Często są to także osoby, które zadzierzgnęły rzeczywiste więzi, lecz te ich zawiodły. W ich przekonaniu internetowe znajomości w zestawieniu z rzeczywistymi wychodzą na plus. A normalny człowiek zawsze wybiera to, co jest dla niego lepsze. Skoro więc mamy tak dużo osób na Facebooku, to znaczy, że są miliony ludzi, którzy inaczej nie znajdują zaspokojenia potrzeby bliskości. Czują się dobrze, kiedy wchodzą na jeden z portali i ktoś cieszy się z ich obecności, nawet wirtualnej. Słyszy na swój temat rzeczy, których nigdy nie słyszał od matki, siostry, szefa czy sąsiadki. A może i ta osoba, która to mówi, nigdy nie robi tego w swoim bliskim otoczeniu. Zaczynają działać reguły, które z życia zostają wypłukiwane. Przez pośpiech, interesowność, cynizm. Dlaczego nie mówię nic miłego? Bo boje się, że, jeśli komuś się zwierzę, to przy najbliższej okazji zostanie to wykorzystane przeciwko mnie.

Ale czy nie lepsza jest brutalna rzeczywistość za oknem niż kolorowy raj na ekranie monitora?

Widocznie panu udaje się realizować swoje potrzeby emocjonalne bez Facebooka. A są ludzie, którym się nie udaje. Nie należy tego osądzać.

Rozmawiał Agaton Koziński

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie