Wojna w Iranie może wybuchnąć już w 2013 r.

Jacek Stawiski
Kampania wyborcza w Ameryce rozkręciła się już na dobre i właściwie codziennie media, prasa, telewizja, internet przynoszą już nie dziesiątki, ale setki informacji i analiz dotyczących listopadowych wyborów.

Kampania wyborcza w Ameryce rozkręciła się już na dobre i właściwie codziennie media, prasa, telewizja, internet przynoszą już nie dziesiątki, ale setki informacji i analiz dotyczących listopadowych wyborów. Można powiedzieć, że tym razem - choćby dzięki serwisowi Twitter - kampania wkroczyła w fazę non stop, praktycznie co minutę na Twitterze pojawia się nowa wypowiedź, opinia, komentarz itp., co powoduje, że sztaby wyborcze obydwu kandydatów muszą nieustannie monitorować przebieg kampanii. Według większości sondaży większe szanse na zwycięstwo ma Obama, zwłaszcza że dają mu one przewagę w stanach, których zdobycie uważane jest za klucz do zgarnięcia zwycięskiej puli głosów elektorskich.

To właściwie wyłącznie już w tych stanach, zwanych swing states, toczy się realna walka o każdy głos. Wśród nich są między innymi Floryda, Ohio, Michigan, Wisconsin czy Kolorado. Doświadczenie ostatnich kilkudziesięciu lat uczy, że kandydat wygrywający w swing states wygrywa wybory. Wynik wyborów w stanach nieokreślanych jako swing jest łatwy do przewidzenia: np. w Kalifornii czy Illinois zawsze wygrywają Demokraci, w Teksasie czy Arizonie Republikanie. Swing states określane są w języku polskim mianem stanów obrotowych, tzn. takich, w których wynik wyborów jest trudny do przewidzenia.

Barackowi Obamie w kampanii wyborczej pomaga bardzo intensywnie były prezydent Bill Clinton, który w sierpniu wygłosił na konwencji Demokratów pełne pasji przemówienie wzywające Amerykanów do poparcia Obamy, a obecnie pojawia się często w wywiadach telewizyjnych, tłumacząc, dlaczego zaangażował się tak zdecydowanie po stronie obecnego prezydenta. Clinton mówił w telewizji CNN i CBS, że jego zdaniem Republikanie pozostawili Obamie w 2008 r. tak wielki chaos w gospodarce, że jedna kadencja to za mało, aby przezwyciężyć kryzys. Clinton przyznaje, że wielu ludziom, którzy zawierzyli Obamie przed czterema laty, powodzi się bardzo źle, ale winić jego zdaniem za to nie można administracji, która dzisiaj sprawuje władzę, ale rząd George'a W. Busha oraz rosnący chaos w Europie powodujący, że inwestorzy - obawiając się załamania europejskiej gospodarki - wstrzymują inwestycje w Stanach Zjednoczonych. Dawny prezydent ma tak wysoki kapitał zaufania, że sztab Romneya z zazdrością przygląda się wystąpieniom Clintona na rzecz Baracka Obamy.

Oczywiście gospodarka dominuje w kampanii, ale w ostatnich dniach do debat wyborczych wkroczyła polityka zagraniczna. Stało się to po dramatycznych wydarzeniach w Libii, po zamordowaniu w Bengazi amerykańskiego ambasadora. Przez amerykańskie media przetoczyła się fala krytyki pod adresem Mitta Romneya. Republikański pretendent do Białego Domu w momencie, gdy do Ameryki dotarła wieść o tragicznej śmierci wybitnego dyplomaty, nie czekając na fakty, oskarżył urzędującego prezydenta o bierność w obliczu antyamerykańskiej przemocy.

Romney domagał się od Obamy podjęcia zdecydowanych działań. Ale prezydent spokojnie ripostował, mówiąc, że Ameryka musi znaleźć odpowiedzialnych za śmierć dyplomaty, ale nie może karać za wydarzenia w Bengazi władz libijskich, ponieważ są one przychylne Stanom Zjednoczonym i wdzięczne za amerykańską pomoc w obaleniu dyktatury Muammara Kaddafiego przed rokiem. W jednym z wywiadów Obama odpowiadał Romneyowi, że republikański polityk znany jest z tego, że "najpierw oddaje strzał, a potem mierzy do tarczy". Wydaje się, że większość wyborców oceniła zachowanie Romneya bardzo źle, ponieważ sondaże zrobione po wydarzeniach w Libii zanotowały nieznaczny wzrost poparcia dla Obamy. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że urzędujący prezydenci, którzy ubiegają się o reelekcję, lubią, gdy do debat wyborczych wprowadzane są wątki dotyczące polityki międzynarodowej. Wtedy przecież łatwo pokazywać się jako odpowiedzialny przywódca Ameryki i lider wolnego świata.

Szczególne miejsce w wyborczym wyścigu za oceanem zajmuje Iran. Obydwaj kandydaci muszą odpowiadać na pytania o irański program atomowy, o perspektywę izraelskiego uderzenia na obiekty jądrowe i wreszcie muszą przedstawiać własne pomysły na to, jak powstrzymać Teheran przed budową broni atomowej. Na pozór wydawać by się mogło, że Obama jest bardziej ostrożny i wzdraga się przed zadeklarowaniem bezwarunkowego poparcia dla ewentualnej akcji zbrojnej Izraela przeciw Iranowi, Mitt Romney zaś postrzegany jest jako zwolennik akcji wojskowej, niezależnie, czy będzie to akcja izraelska, czy amerykańska. Ale to tylko pozory, jak ocenia w wywiadzie dla CNN wspomniany Bill Clinton. Jego zdaniem niezależnie od tego, kto zostanie prezydentem, Ameryka będzie zdecydowana zablokować irańskie zbrojenia jądrowe. I zrobi to bez oglądania się na Izrael. Waszyngton nie życzy sobie atomu w rękach ajatollahów. Ostrożny Obama może być zmuszony do wypowiedzenia wojny, a radykalny Romney może jako prezydent większy nacisk położyć na dyplomację. Dzisiaj według Clintona nie da się określić, jak potoczy się spór wokół Iranu. A czas nagli - ostrzega w telewizji CBS wieloletni dyplomata amerykański na Bliskim Wschodzie Martin Indyk - wojna w Zatoce Perskiej, jeśli Teheran nie zmieni postawy, wybuchnie już w 2013 r.

Kliknij, aby czytać pozostałe publikacje Jacka Stawiskiego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie