reklama

Włodzimierz Szaranowicz: To będą moje osiemnaste igrzyska, ale wciąż mam do nich mistyczny stosunek

Robert ZielińskiTomasz BilińskiZaktualizowano 
brak
Igrzyska to spotkania na otwartym stadionie niezależnie od rasy, płci, narodowości, wieku. W Rio będą też reprezentowani ci, którzy są dziś wygnańcami. MKOl potrafi robić bardzo ważne dla współczesnego świata gesty. Ktoś powie, że to naiwne, bo świat jest dziś brutalny, ale my wciąż marzymy o świecie idealnym. Ale do końca życia będę bronił Pierre de Coubertina - mówi Włodzimierz Szaranowicz, szef sportu w Telewizji Polskiej, dla którego będą to osiemnaste igrzyska w roli dziennikarza

Agencja Informacyjna Polska Press/x-news

Które to już Pana igrzyska olimpijskie?
Osiemnaste, licząc także zimowe. Po raz pierwszy byłem w Moskwie w 1980 r. Do Lake Placid w tym samym roku nie mogłem lecieć, bo moja mama i brat mieszkali w Stanach Zjednoczonych, nie dostałbym paszportu. Opuściłem też igrzyska letnie w Los Angeles cztery lata później, bo Państwa socjalistyczne ogłosiły bojkot w odwecie za brak Amerykanów w Moskwie. Żałowałem, bo raz, że straciłem okazję, by zobaczyć się z rodziną. Dwa – to źle wpłynęło na sport w Polsce. Wcześniej się rozwijał. Jednak wyrwa sprawiła, że zaburzone zostały przygotowania olimpijskie, które są najważniejsze przy kreowaniu talentów, budowania otoczki, gromadzenia funduszy. Stąd późniejszy kryzys. W Seulu wypadliśmy słabo, w Barcelonie trochę lepiej, ale też bez rewelacji. Dopiero później zaczęło dziać się lepiej.

Jak Pan wspomina te pierwsze igrzyska w Moskwie?
Fajnie, pierwszy raz zetknąłem się z wielkim sportem. Takie czasy były, że można było wszędzie chodzić, zajrzeć. Na stanowisku dziennikarze mieli monitory, w których było ponad 30 kanałów i mogłem oglądać zmagania, jakie chciałem. W 1980 r. pracowałem jeszcze dla radia, bo w TVP zacząłem trzy lata później. Pamiętam, że komentowałem szermierkę, ale na monitorze właśnie oglądałem jak Władysław Kozakiewicz zdobywa złoty medal i pokazuje swój słynny gest.

Które igrzyska zapamiętał Pan najbardziej?
Barcelonę w 1992 roku. Hiszpanie stworzyli wspaniałą atmosferę. Sam pracowałem jak szalony. Rano z Andrzejem Personem komentowałem pływanie. Na odkrytym basenie! Widok na Barcelonę był piękny, ale siedzieliśmy przykryci ręcznikami, taki był upał. Później szedłem na eliminacje w lekkiej atletce, o godz. 16 wracałem na finały pływania, a o 19 na finały w lekkiej. Co trzeci dzień jeździłem też w środku nocy do Badalony, 45 minut taksówką, żeby oglądać Dream Team, który pierwszy raz startował w igrzyskach. Wielkie wyzwanie pod względem wytrzymałości, ale też ogromna frajda, gdy stawałem obok Clyde’a Drexlera, Scottie’ego Pippena, Michaela Jordana... Bajka! Wspaniale było też w Sydney. Australijczycy cieszyli się igrzyskami, wszystko było pod odwiedzających. Niezwykły był finałowy bieg na 400 m. Na stadionie było 120 tys. ludzi, wpuszczono wszystkich chętnych. A na starcie reprezentująca gospodarzy Aborygenka Cathy Freeman. Ubrana w kombinezon, przypominała Florence Griffith-Joyner. Gdy biegła, błyskały tysiące fleszów. Jakby światłość ją niosła. No i ogromna euforia, gdy zdobyła złoty medal.

Pamięta Pan zabawne historie z igrzysk?
Zabawne, ale i straszne. Kiedyś w Seulu ze Zdzisławem Ambroziakiem przenosiliśmy się z jednego obiektu na drugi. Chcieliśmy przejść skrótem. Doleciał do nas niewielki policjant i zaczął straszyć bronią. A to były czasy, gdy zamordyzm był tam potężny. I tak czekałem, bo nie wiedziałem co robić, a Zdzich, potężny chłop przecież, klepnął Koreańczyka w czapkę i tym swoim niskim głosem: „Stary, nie denerwuj się”. Przeszliśmy. Ciekawie było też w Atlancie w 1996 r. Na jedne z zawodów przyjechał prezydent USA Bill Clinton. Obok nas stworzono salę, w której kordialnie podejmował gości. Wszystko działo się za kuloodpornymi szybami, co doskonale widzieliśmy. Po skończonych zawodach chcieliśmy wyjść, ale obsługa nam nie pozwoliła. Musieliśmy czekać. Jeden z niemieckich dziennikarzy w końcu stracił cierpliwość. Stwierdził, że przyjechał do pracy, a nie oglądać Clintona przez szybę. Dwie sekundy później leżał na ziemi, z bronią przystawioną do głowy... W obecności przedstawicieli władz zawsze jest ciekawie. Wyjeżdżając z Darkiem Szpakowskim ze stadionu, chcieliśmy wjechać na autostradę. Drogę zagradzali marines. Jak się odwrócili, to chciałem ich ominąć. Jak jeden z nich walnął kolbą w szybę, to o mało jej nie rozbił. Dodał, że jak nie rozumiemy, co do nas mówi, to za chwilę wytłumaczy nam to w inny sposób.

Mając takie doświadczenie, leci Pan do Rio de Janeiro jak na mityng w Bydgoszczy, czy wciąż te emocje są większe?
Zdecydowanie to drugie. Ostatnio z tego powodu miałem kilka nieprzespanych nocy. Mam mistyczny stosunek do igrzysk. To jedne z tych wartości, których trzeba bronić. Jest rodzaj humanizmu olimpijskiego, który niesie takie przesłania, które są ponadczasowe. To spotkania na otwartym stadionie niezależnie od rasy, płci, narodowości, wieku. W Rio będą też reprezentowani ci, którzy są dziś wygnańcami. MKOl potrafi robić bardzo ważne dla współczesnego świata gesty. Ktoś powie, że to naiwne, bo świat jest dziś brutalny, ale my wciąż marzymy o świecie idealnym. Nie chcemy go takim, jakim jest w wielu przypadkach. Ale do końca życia będę bronił Pierre de Coubertina. Jego myślenie o przyszłych pokoleniach, o świecie, o wiekach było imponujące. Sięgał do przesłań Greków, ale potrafił je dopasować do współczesnego świata. Jeżeli igrzyska mają już ponad 100 lat tradycji, to są wielkim wydarzeniem.

To największe wydarzenie na świecie, nie tylko sportowe?
Tak, ogląda je cztery miliardy ludzi. Gdyby je z czymś zastawić, to z czym? W sporcie czegoś takiego nie ma. Wylot na księżyc też oglądało mniej ludzi.

Rio to fajne miejsce na igrzyska?
Fantastyczne. Brazylijczycy wszystkich witają radośnie, są otwarci. To społeczeństwo, które nikogo nie wyrzuca poza nawias. Tam nawiązywanie znajomości to moment. Do tego panuje tam ogromna spontaniczność.

Nie ma Pan żadnych obaw?
Sygnały są niepokojące. Zmiany na stanowisku ministra sportu, ogłoszenie upadłości przez stan Rio, by otrzymać dotacje. Jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa. Policja strajkuje, Gwardia Narodowa nie podjęła się chronienia igrzysk. O organizację trochę się więc martwię, ale przed igrzyskami zawsze tak jest, a później okazuje się, że obawy były niepotrzebne. O ile nikt nie będzie zapuszczać się w fawele, to nie powinno być problemu. Nawet będąc kiedyś na zawodach w Rio, przypadkowo wjechaliśmy w ten rejon. Spotkaliśmy grupę wyglądającą mało przyjaźnie. Wyjaśniliśmy co nas tu sprowadza, zapytaliśmy o drogę i nam pomogli. Nie demonizujmy.

A sportowo, na ile medali Polaków Pan liczy?
16, w tym trzy złote. Optymistycznie, ale nasi zawodnicy, startujący w Rio mają zdecydowanie wyższy potencjał niż przed poprzednimi igrzyskami. W Atenach zdobyliśmy 10 krążków, tyle samo w Pekinie i w Londynie. Pora wyjść z tego zaklętego kręgu.
Trzy, czyli Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek i…
Żeglarze, Piotr Małachowski, będą też niespodzianki.

W takiej sytuacji trzy to minimum.
Ktoś kiedyś powiedział, że jak są trzy szanse, to jedną się wygrywa. Anita i Paweł to nie są szanse, to przekonanie o ich sportowej przewadze. Dwa złota zatem mamy, resztę trzeba dobrać. Oczywiście, to tylko sport, ale ostatnie występy Włodarczyk pokazują, że ona nie ma z kim walczyć. Między nią a rywalkami jest przepaść. Co jeszcze oboje z Pawłem podkreślali, to pierwszy sezon przepracowany bez problemów. Fajdek miał drobne kłopoty zdrowotne, ale kilka dni luzu dla takiego tytana pracy, tylko dobrze mu zrobią.

Fajdek nie będzie miał w głowie trzech spalonych prób cztery lata temu w Londynie?
Wykluczone. On wtedy zaczynał. Ugotowało go też pewnie to, że zaczęto mu władać do głowy, że może zdobyć złoty medal. To było przedwczesne. Jego kariera rozpędu nabrała dopiero później. Dziś widzimy zupełnie inną filozofię rzutów. U niego i u Anity. Pierwszą próbą układają wszystkie elementy schematu, niezbędne do wykonania doskonałego rzutu.

Na kogo Pan jeszcze liczy?
W lekkoatletyce mamy jeszcze Piotra Małachowskiego, który tym i poprzednim sezonem udowodnił, że jest najlepszy. Nad resztą stawki ma przewagę mentalną. Jest Adam Kszczot, dla którego mistrzostwa Europy były zabawą. Siłowo i wytrzymałościowo gotowy jest do podjęcia każdej walki. Tu też słowa uznania dla jego trenera Zbyszka Króla, bo to trener światowej klasy. Przecież to on doprowadził Pawła Czapiewskiego do medalu mistrzostw świata w Edmonton. Jeśli Adam nie zdobędzie medalu, to tylko w efekcie negatywnych zdarzeń. Oczywiście jest rekordzista świata David Rudisha, tyle że Kenijczyk w tym sezonie nie pobiegł jeszcze poniżej rekordu życiowego Adama. Pewnie ciągle Rudisha jest lepszy, ale nie wykluczam niespodzianki. W pchnięciu kulą mamy mocną ekipę. Tomasz Majewski to dwukrotny mistrz olimpijski, choć wątpię, by trzeci raz z rzędu sięgnął po złoto, a poza nim są Michał Haratyk i Konrad Bukowiecki. Pierwszy został wicemistrzem Europy, pokazał, że jest kozakiem. Drugi pchnął 23,34 m na mistrzostwach świata juniorów! To nieprawdopodobny wynik, nawet biorąc pod uwagę fakt, że lżejszą kulą. Wszyscy powinni być w finale, jak się z tego coś urodzi, to będzie pięknie.

Co z innymi dyscyplinami?
Mamy świetnych pływaków, Radosława Kawęckiego, Konrada Czerniaka i Jana Świtkowskiego, o którym coraz częściej słyszę, choćby od Przemka Babiarza, że może sprawić nam więcej frajdy niż dwóch pierwszych. W żeglarstwie są Małgorzata Białecka i Piotr Myszka. Jeśli w sezonie olimpijskim zostają mistrzami świata, to muszą liczyć się w walce o złoty medal. Nie ma innego wyjścia. Realne szanse mamy też w zapasach, wioślarstwie, kajakarstwie, są Maja Włoszczowska w kolarstwie górskim i Rafał Majka oraz Michał Kwiatkowski w szosowym. Trasa jest trochę górska, więc bardziej odpowiadająca temu pierwszemu, choć to też nie takie góry, żeby złamały Michała. Ciekawy jestem występu Agnieszki Radwańskiej.

Zmaże plamę po Londynie?
W wywiadach mówi, że zaplanowała swoje starty pod igrzyska. Po krytyce cztery lata temu zdała sobie sprawę, jak duży mają one w Polsce wymiar. Odczuła jak nagłe niepowodzenie, przez moment nieuwagi, przerodziło się w lawinę krytyki. Przecież chwilę wcześniej grała w finale Wimbledonu. Teraz medal jest w zasięgu ręki. Kwestia na ile poważnie do rywalizacji podejdą rywalki.

A zespoły siatkarzy i piłkarzy ręcznych?
To dwie nieobliczalne drużyny. Zaniepokojony jestem siatkarzami. Nie chcę krakać, ale mam wrażenie, że coś tam się stało. Decyzje są bardzo arbitralne i tak powinno być, bo decyduje Stephane Antiga, ale Marcin Możdżonek był zawodnikiem, który pomógł mu wygrać parę rzeczy. Zawsze warto mieć takiego dżokera, ważnego dla drużyny, niewiarygodnie dojrzałego i rzetelnego.

Antiga na mistrzostwa świata dwa lata temu nie wziął Bartosza Kurka i zdobył złoty medal.
I to jest przykład, że nie warto spekulować. Może Piotr Nowakowski będzie najlepszym blokującym igrzysk? Jakiś czas temu ktoś mnie zapytał, na jakim etapie skończą siatkarze, opowiedziałem, że na ćwierćfinale. Chciałbym się mylić, ale tak to na razie widzę. I wcale nie mam tu na myśli słabego finału Ligi Światowej w Krakowie. My tam nawet nie przymierzaliśmy się do wygranej. To był czas ciężkich treningów. Ufam Antidze, na pewno wie co robi, ale wyjęcie elementu z dobrze funkcjonującej całości, narusza jej konstrukcję. Choć kto wie, może trener znowu ma jakieś karty w zanadrzu?
A piłkarze ręczni?
Towarzyszy im jedna świadomość - igrzyska w Rio są ich ostatnim występem w tej grupie. Grupie, która zdobywała medale mistrzostw świata. Jedno czego możemy być pewni, to ich niewiarygodna solidność i walka.

Jak TVP zamierza to wszystko pokazać?
W rekordowy sposób, bo mamy 800 godzin transmisji. Dla porównania, z igrzysk w Londynie było ich 400. Imprezę pokażemy w trzech kanałach: TVP 1, TVP 2 i TVP Sport. To też coś, czego nie było. Ostatnia antena jest wspomagająca. Będziemy na niej pokazywać najciekawsze rzeczy, ale bez udziału Polaków.

Podwojenie liczby godzin wynika z tego, że część rozgrywa się w nocy?
Nie tylko. Niektóre finały będą rozgrywane w dobrych dla kibiców w Polsce porach. 800 godzin transmisji wynika głównie z tego, że zakwalifikowały się dwie nasze drużyny. Gdybyśmy przeznaczyli jedną antenę, wtedy pokazywalibyśmy przemiennie siatkówkę z ręczną, bo grają niemal w tym samym czasie. A my chcemy dać widzom wybór. Codziennie od godz. 8.30 w Jedynce będzie też „Halo tu Rio”, czyli program Justyny Szubert-Kotomskiej. Robiła go w Londynie i w Soczi. Miał fantastyczną oglądalność i bardzo wysokie oceny, więc to kontynuujemy. A później tylko sport, przemiennie w Jedynce i w Dwójce. W nocy działamy na żywo na wszystkich antenach. Niektórzy mówią, że to kanibalizacja, wzajemna rywalizacja TVP1 i TVP2, ale sport ma tylu specyficznych odbiorców, kibiców różnych dyscyplin, że najlepiej będzie, jak każdy sam wybierze, co chce oglądać. Z igrzyskami w Londynie było inaczej. Oprócz, rzecz jasna, lekkoatletyki nasza filozofia transmisji opierała się na dwóch filarach – siatkarzach i Radwańskiej.

Oba się przewróciły.
I to dość szybko. Ale ponownie stawiamy na nich i na ręcznych. I tutaj też zaryzykowaliśmy, bo decyzję musieliśmy podjąć dużo wcześniej, za nim obie drużyny awansowały na igrzyska. Nie mając pieniędzy na duże studio, bo nie jesteśmy tak mocni finansowo, żeby wykupić studio na terenie Międzynarodowego Centrum Nadawców, wykupiliśmy tzw. announcing booth. To takie mini studia. Mamy ich trzy, w halach, gdzie będą grać siatkarze, piłkarze ręczni i na stadionie lekkoatletycznym. W tych miejscach będziemy mieli możliwość szybkiego reagowania. Gdy będzie działo się coś w przerwie, nasi eksperci będą mogli zabrać głoś, po meczu poprosić kogoś na krótką rozmowę. Wszędzie mamy też kamery w strefie wywiadów, przez którą przechodzą sportowcy.

Studia w Warszawie nie będzie?
Będzie, ale ograniczone. Najważniejszy jest żywy przekaz, z miejsca wydarzenia. W Rio będzie 19 komentatorów i reporterów oraz 26 osób z obsługi technicznej. To taka 49-osobowa jednostka do zadań specjalnych. Będziemy robili tyle, ile w niemieckiej ZDF/ARD wykona 700 osób.

Wracając do szans medalowych Polaków. Nie mamy w sporcie mocnego systemu, dużych pieniędzy, a sukcesów mamy ostatnio całkiem sporo. Skąd to się bierze?
Z ogromnego przywiązania do sportowców i ich sukcesów. Nadaliśmy startom w igrzyskach mocno symbolicznego znaczenia. Podnosząc wartość widowiska do rangi czegoś wyjątkowego na skalę światową. Do tego większe wsparcie dla dyscyplin, w których osiągaliśmy sukcesy. To nie nowość. Coś takiego zrobili Australijczycy przed Sydney. Później powtórzyli Kanadyjczycy przed Vancouver i Anglicy przed Londynem. U nas może nie stało się to systemowe, ale trochę to skopiowaliśmy.

Co zatrzymało nas w rozwoju?
Zostaliśmy w tyle jeśli chodzi o medycynę sportową. Zmieniła się opieka, ale brakuje impulsów, wskazujących zmiany w treningu, w obciążeniach, możliwości legalnego wspomagania. Nie ma co ukrywać, że bez pewnych środków nie osiągnie się efektu. Nowoczesna medycyna musi w sporcie funkcjonować i tu mamy sporo do nadrobienia.

Skąd wzięła się nasza potęga w sportach siłowych?
Henryk Olszewski, który został szefem szkolenia, uznał, że w biegach większych szans nie mamy. Jak cała Europa. Zaczęliśmy szukać obszarów, w których możemy coś zrobić. I to była świadoma decyzja, żeby postawić na ośrodki szkolenia i zając się „ciężką atletyką”. Dziś widać, że było warto, bo sukcesy nie są przypadkowe. To nie są pojedyncze przykłady. Przy Anicie Włodarczyk są Joanna Fiodorow i Malwina Kopron. Przy Fajdku jest utytułowany już Wojciech Nowicki. Przy Małachowskim jest Robert Urbanek, choć aktualnie bez formy, ale potencjał ma. Piotrek mówi, że na treningach Robert go przerzuca. W kuli Tomek Majewski też ma dwóch następców, czyli Haratyka i Bukowieckiego.

A propos medycyny, igrzyska w Rio będą wyjątkowe, choćby przez brak dużej grupy rosyjskich sportowców.
Jeżeli mamy do czynienia z przestępstwem państwowym, organizowanym przez grupę ludzi, którzy powinni odpowiadać za przestrzeganie zasad, reguł i prawa, to jest to decyzja słuszna. Mimo że ma charakter zbiorowej odpowiedzialności, to czasami trzeba ukarać tych, którzy nie mają świadomości jak szkodzą nie tylko sobie, ale i swojemu krajowi. Kiedyś trzeba to skończyć. Jeśli ruch nie zostałby zrobiony w takim momencie, to znaczy, że zaraz igrzyska pójdą w stronę koloseum. Sportowcy zaczną się szprycować na potęgę.
A nie zaczęli?
To jest dobre pytanie... To falowo idzie. Jest jak z domykaniem nożyc. Raz lobby, które opiera całą filozofię sportu na niedozwolonym dopingu jest silniejsze, a raz ci, którzy kontrolują uczciwość.

Historia sportu pokazuje, że to nie jest tylko problem Rosji. NRD, ZSRR, USA, Kenia, Chiny, Hiszpania, afery kolarskie… Rosjanie nie są pokrzywdzeni?
No nie są, bo z wieloma przypadkami się rozprawiono. Poza tym, gdyby to była sytuacja, że ktoś sam decyduje się oszukiwać, to karanie wszystkich byłoby błędem. Ale jeżeli to jest system, który funkcjonuje na potrzeby całego sportu, to nie powinno być litości.

Nie jest tak, że Rosjanie zostali złapani, bo przesadzili, poszli za daleko a tak naprawdę umoczonych w doping jest wiele krajów?
Oni już szykując się do mistrzostw świata w Moskwie w 2013 r. ten proces zaczęli propagować. Później rewelacyjnie wypadli na igrzyskach w Soczi. I to w zaskakujący sposób. Biegacze, choć byli w czołówce, zaczęli wygrywać z taką przewagą, że to się w głowie nie mieściło. Za nic mieli opinie innych, uważali, że nikt im nic zrobi. A prymitywizm tego sposobu z dziurą w ścianie i podmienianie próbek był horrendalny. Trudno uwierzyć, że przy wielkiej imprezie światowej, na którą przyjeżdżają sportowcy z całego świata, coś takiego można wymyślić. Z drugiej strony, żebyśmy nie wpadli w coś takiego, jak po 1988 roku i Seulu. Tam zaczajono się na demoludy. Zdyskwalifikowano wielu sportowców. Wpadł też Ben Johnson. Pamiętam, że jeden z publicystów brytyjskich napisał, że igrzyska powinny odbywać się w czterech kategoriach: sportowców białych, dopingujących się białych, czarnych i dopingujących się czarnych. W tym wszystkim jest element rasistowski, ale pokazuje skalę problemu. Później wydaje się, że igrzyska wyswobodziły się z dopingu…

Nie ma Pan wrażenia, że Hiszpanie od swoich igrzysk w 1992 r. w Barcelonie przez ponad 20 lat osiągali zadziwiająco dobre rezultaty w wielu dyscyplinach?
Niczego im nie udowodniono, ale fakt, wypadli znakomicie. Ale w ogóle myślę, że świat powinien zachować powściągliwość. Jeżeli przyjmiemy, że ukaranie Rosjan jest słuszne, to przestańmy moralizować, bo wszyscy mają coś za uszami. Byłaby to hipokryzja, gdyby teraz ktoś zaczął mówić, że tylko Rosjanie stosowali doping, a oni od zawsze byli czyści.

Co Pan czuje, gdy na dopingu wpada sportowiec, którego niesamowity występ Pan komentował?
Moją największą przygodą z dopingiem były igrzyska w Seulu. Ben Johnson słabo wypadł w przedfinałowych biegach na 100 m, świetnie za to szło Carlowi Lewisowi. W finale Johnson pobiegł jednak fantastycznie. Uzyskał czas 9,79 sekundy, rekord świata, krzyknąłem na mecie: „Ależ on wszystkich oszukał!”. Niedługo potem został zdyskwalifikowany. To nie jest fajne zajęcie, strącać ludzi z piedestału. Szczególnie, że już rok wcześniej, po mistrzostwach świata w Rzymie, stawialiśmy mu pomnik. Tam też pobił rekord – 9,83 s. W momencie zwycięstwa, euforii, łamania jakichś barier jesteśmy blisko sportowców. Oni stają się naszymi herosami. Dlatego bardzo boli, że za moment stają się zwykłymi oszustami. Przykro było patrzeć na osaczonego przez fotoreporterów Johnsona, czekającego, by karnie opuścić Seul. Idol, którego podziwiały miliony kibiców, nagle stał się zwykłym, zaszczutym przestępcą.

Ten Pana okrzyk był zamierzony, przeczuwał Pan coś?
Nie, był spontaniczny. W takim sensie, że ograł pozostałych, ukrywając wcześniej swoje możliwości. Choć pamiętam, jak przyjaciel-farmakolog podczas jednego z mityngów przed igrzyskami powiedział, że pierwszy raz widzi faceta, który zamiast mięśni ramion ma uda. Potworna masa. Jego trener Charlie Francis go zdemaskował, bo powiedział, że jak poznał 17-letniego Johnson, to ten był szczupluteńki. Można obudować każdego mięśniowo, ale z głową.

Niezwykłą metamorfozę przeszła też Florence Griffith-Joyner, która ustanowiła niepobity do dziś rekord świata w biegu na 100 m (10,49 s), ale zmarła, mając 39 lat.
Podczas mistrzostw świata w 1987 r. obok nas, TVP, swoje stanowisko miała amerykańska telewizja. Flo-Jo często przychodziła i siadała na schodach. Podobała nam się jako kobieta. Rok później w Seulu była zmieniona, miała wyostrzone rysy, ogromne uda, wyglądała wręcz demonicznie. Do tego słynny kombinezon. To wszystko, i jeszcze jej styl biegania, wydawało się nienaturalne.

Rosjanie na dopingu, Amerykanie na dopingu, po obu stronach barykady jest nieciekawie.
I nie tylko, a fiński długodystansowiec Lasse Viren? Wpadł na dopingu krwi, dwaj Nowozelandczycy nie podali mu ręki na podium. Niespodziewane zwycięstwa Turczynek, które wygrywały na 1500 metrów. Takich sytuacji było więcej. Wewnętrznie masz różne odczucia, ale nie masz prawa powiedzieć czegoś takiego, dopóki nie masz dowodów.
Nasi kandydaci do medali w Rio są czyści?
Myślę, że tak. Nasz sport jest daleko od działań dopingowych. Czy tak zawsze było? Tu bym głowy nie dał. Ale dzisiaj nie widać znamion, że nagle ktoś mógłby wpaść.

W trakcie igrzysk w Rio skomentuje Pan ceremonie otwarcia, zamknięcia i lekkoatletykę. Choć relacjonował Pan wiele innych sportów, to oprócz lekkiej, stał się Pan też symbolem NBA, gdy wylansował Pan modę na koszykówkę w Polsce w latach 80. i 90., a później skoków narciarskich w okresie małyszomanii. Które wcielenie jest Panu najbliższe? Klasyfikuje Pan w jakiś sposób te dyscypliny?
Każda była inną przygodą. NBA to opowiedzenie fascynacji. Skończyłem Akademię Wychowania Fizycznego, byłem na specjalizacji koszykówki, mam dyplom trenera drugiej klasy, grałem w koszykówkę, ale moja kariera skończyła się po złamaniu nogi na nartach. Podczas obozu AWF zresztą. Groziła mi amputacja, trzy lata walczyłem o nogę. Koszykówka to zatem moja wielka miłość. Sentyment pozostał. Na dodatek na specjalizacji trenerskiej mieliśmy zajęcia z Walentym Kłyszejko. To Łotysz, można powiedzieć, że tworzył koszykówkę w Polsce. Był wielkim wielbicielem NBA. Miał przyjaciela w USA, który mu przysyłał filmy. My nic nie chcieliśmy na zajęciach robić, tylko żeby nam je pokazywał. Poza tym jeździłem do rodziny do USA, chodziliśmy na mecze Los Angeles Lakers. Kalifornia robiła wrażenie na ludziach, którzy przyjechali z PRL-u. Gdy nadarzyła się okazja, by o tym opowiedzieć – musiałem. Podczas programów starałem się mówić o tamtejszej kulturze, otoczce. I to chwyciło. „Hej, hej, tu NBA”, kosze na podwórkach, do tego ogromnym szczęściem było trafienie na czas Chicago Bulls i Michaela Jordana. Całe tamto pokolenie było niezwykłe. Dziś też są świetni zawodnicy, ale brakuje im charyzmy poprzedników.

A jak wspomina Pan czasy, gdy komentował skoki Adama Małysza?
Genialna przygoda. Także w postaci zjawiska społecznego, pokazującego jak wielką wagę miał sport w okresie transformacji. Zaczęto Małyszowi przypisywać różne znaczenia, stał się ambasadorem nowoczesności, a mimo to robił swoje. Jak pracownik poczty, stemplujący znaczki. Zwycięstwo za zwycięstwem. W 2006 r., po igrzyskach w Turynie, gdy miał słabszy okres, koledzy z innych redakcji mówili, że my promujemy coś, z czego nic nie będzie. A on rok później był najlepszy na świecie. Z nim praca była euforią, jakbyś sam skakał.

Skąd wzięła się ta moda na skoki?
Zapotrzebowanie na sukces. Nie było go w innych dyscyplinach, brakowało nam go też w życiu. Małysz uwiódł swoją skromnością, aspiracją do tego, by być najlepszym. Jednocześnie pokazał, że warto pracować, bo zwykły człowiek, dekarz z Wisły, może zawładnąć milionami. Pamiętam jak podczas zawodów spotykałem się z Polakami mieszkającymi za granicą. Nie raz słyszałem, że ich szef wcześniej ze słynnych Polaków znał tylko papieża Jana Pawła II i Lecha Wałęsę, do czasu aż pojawił się Małysz.

Zrobił więcej niż Robert Lewandowski?
Trudno to porównać. Jednak piłka nożna ma nieporównywalnie większy zasięg. Ale obaj są bardzo potrzebnymi wzorcami. Szczególnie dla ludzi, którzy mieszkają za granicą. Po to, żeby się podnieść.

Kiedy najbardziej Pan się wzruszył podczas transmisji?
To telewidzowie chyba powinni najlepiej wiedzieć, słuchając komentarza. Choć taki moment to chyba czwarty medal Roberta Korzeniowskiego, w Atenach oraz medale młociarzy w Sydney, Kamili Skolimowskiej i Szymona Ziółkowskiego, bo to były niespodzianki. Zimą to oczywiście Adam Małysz. Choć jak wymieniam, to mógłbym dalej. Nie da się tych medali sklasyfikować. Natomiast jeśli chodzi o występy zagranicznych zawodników, to czymś niezwykłym był wciąż niepobity rekord na 400 m Michaela Johnsona w Atlancie. Do tego wszystkie występy Usaina Bolta. Czekam na jego start w Rio. Może dokonać rzeczy niebywałej, jeśli znów zgarnie trzy złota.

Przygotowuje Pan już komentarze na okoliczność medali w Rio?
Nie, nigdy tego nie robiłem. Zawsze finałowa relacja odbywa się na spontanie.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie