reklama

Właśnie takie jest kolarstwo. Słów kilka po tragicznej śmierci Bjorga Lambrechta

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Jerzy Zaborski
Kolarze to twardzi ludzie. Często w mediach społecznościowych kibice z radością prezentują zestawienie dwóch fotografii: na jednej jest turlający się po murawie piłkarz, na drugiej kolarz, cały w bandażach, a podpis brzmi, że ten pokiereszowany twierdzi, iż nic mu się nie stało.

Tak, kraksy są częścią kolarstwa. Kolarze upadają, wstają, siadają na rower i jadą dalej. Niektórzy próbują wsiąść na rower nawet wtedy, gdy już nie są w stanie pedałować. Wtedy do akcji wkracza dyrektor sportowy lub lekarz. Czy ryzykują? Tak, ryzykują. Zjeżdżając z prędkością nawet ponad 100 km/h po wąskich alpejskich czy pirenejskich, pokrytych kiepskim asfaltem szosach, gdzie po prawej piętrzy się skała, a po lewej zieje przepaść i nie ma nawet żadnych barierek. Tak, ryzykują nie tylko w górach, ale nawet na płaskim finiszu. Takim, jak w Katowicach, gdzie w ciasnym peletonie kolarze pędzą na metę z prędkością 80 km/h. Czy się wtedy boją? Pewnie są i tacy, ale to nie ci, którzy walczą o zwycięstwo.

Złamane obojczyki, miednice, ręce czy - w najlepszym przypadku - tzw. szlify, czyli zdarta skóra, to obrażenia, które zna prawie każdy kolarz. Kraksy można liczyć w setki i tysiące. Ale śmierć do peletonu przychodzi stosunkowo rzadko.

To dlatego kolarze tak spokojnie minęli upadającego Bjorga Lambrechta. Wszyscy myśleli, że za chwilę wstanie, otrzepie się i znów wsiądzie na rower. Stało się inaczej. Dla mnie jest coś nierealnego, a może mistycznego w tym, że młody Belg stracił życie nie podczas ryzykownego zjazdu czy gwałtownego finiszu, ale na prostej szerokiej drodze, w pierwszej fazie wyścigu, gdy peleton jechał jeszcze bardzo spokojnie. Dlaczego akurat on, dlaczego akurat tutaj? To pytanie zadają sobie kibice i kolarze. Wszyscy widzieli dziesiątki kraks, które wyglądały groźniej, zawodnicy spadali za barierki, w przepaść albo do górskich strumieni i efektem były tylko potłuczenia, w najgorszym razie złamania.

Może Ktoś Bjorga Lambrechta bardziej potrzebował w innym peletonie?

Był nadzieją belgijskiego kolarstwa: młody, utalentowany, podczas Tour de Pologne miał walczyć o dobre miejsce w klasyfikacji generalnej. Przed wyścigiem zastanawiałam się, czy powinnam go umieścić w zestawieniu najciekawszych kolarzy tego wyścigu. Jest młody, ma jeszcze czas - uznałam jednak. Jakże się myliłam...

Czwarty etap, z metą na Kocierzu, miał być jednym z tych, na których rozbłyśnie jego talent. Były jednak tylko łzy. Łzy w oczach tych naprawdę twardych mężczyzn.

Przy okazji mieliśmy też prawdziwą lekcję kolarstwa. Bo to przedziwny sport, w którym zwyciężają jednostki, ale mogą to zrobić jedynie dzięki całej drużynie. Bez ekipy nawet najlepszy kolarz nie byłby mistrzem. Drużyną Bjorga Lambrechta na tym czwartym, pożegnalnym etapie był cały peleton. Uczcili jego pamięć najlepiej, jak potrafią: konduktem żałobnym na rowerach. Tomasz Marczyński, który Bjorga Lambrechta pożegnał słowem „Pequeñito”, „Malutki”, miał pod koszulką jego numer startowy.

Kolarstwo to dyscyplina, która pamięta ofiary. Giro d’Italia numer 108 na zawsze zatrzymało dla Woutera Weylandta, który zginął tragicznie na trzecim etapie edycji 2011. Jestem pewna, że numer 143 na Tour de Pologne już na zawsze zostanie z Bjorgiem Lambrechtem.

Teraz kolarze wrócili do ścigania. Z wyścigu nie wycofali się nawet jego koledzy z drużyny. Będą walczyć. Dla Bjorga. Takie jest kolarstwo.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie