Witold Zińczuk: Będzie renesans płyt. Pliki to nie to

    Witold Zińczuk: Będzie renesans płyt. Pliki to nie to

    Justyna Bakalarska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    W sklepie muzycznym rozmawiają koleżanki. Słyszę, że płyta nazywa się Mozart, a ten drugi kawałek jest nawet fajny. Nie. Nic nie zastąpi nam edukacji - mówi Witold Zińczuk, prezes wytwórni For Tune.
    Witold Zińczuk: Państwo czy mecenasi mogliby wprowadzić więcej dobrej atmosfery. Dla nas w tym momencie wsparciem byłoby już po prostu przekazywanie

    Witold Zińczuk: Państwo czy mecenasi mogliby wprowadzić więcej dobrej atmosfery. Dla nas w tym momencie wsparciem byłoby już po prostu przekazywanie informacji, że pojawiła się płyta, na którą warto zwrócić uwagę ©Fot. PIOTR GRUCHALA

    Skąd pomysł na wytwórnię płytową For Tune? Czy oczekuje Pan fortuny?
    Nie, nazwa wzięła się z angielskiego "for a tune", a zatem dla śpiewki powstaliśmy! Wytwórnia jako jeden z wielu biznesów, które prowadzę, jest pewnym sposobem, ujętym w formie działalności gospodarczej, na samorealizację. Jestem chorobliwym zbieraczem płyt od najmłodszych lat. Chociaż nigdy ich nie liczyłem, to myślę, że byłbym jednym z przodujących w tym zakresie. Niestety mój zbiór jest bardzo nieuporządkowany. Niektóre płyty są w skrzyniach, bo ja się często przeprowadzałem. Odkładam posegregowanie wszystkiego do czasu emerytury. (śmiech)

    A skąd w ogóle wzięła się u Pana fascynacja muzyką współczesną, jazzem? Często jest tak, że takie zamiłowanie, choć widać u Pana wiele zdolności, to niespełnione własne ambicje.

    No oczywiście, każdy w młodości próbował grać chociażby na gitarze przy ognisku. Ale się z tego szybko wyleczyłem, bo zrozumiałem, że nie mam do tego talentu. W rodzinie się dużo grało, moja mama skończyła szkołę muzyczną, grała na pianinie, była dyrygentem chóru amatorskiego, ale ja nie odziedziczyłem po niej zdolności. Natomiast nie oceniam tego w kategoriach niespełnionych ambicji. Zawsze się interesowałem muzyką jako jej odbiorca, od wczesnych lat. Pamiętam, że pierwsze rzeczy, które przywoziłem z zachodu, to były właśnie płyty. Fascynuje mnie jazz, rock, absolutnie nie mam żadnych ograniczeń, bo uwielbiam też chociażby muzykę klasyczną. Nie dyskryminuję żadnego rodzaju muzyki, no może z wyjątkiem disco polo. Przepraszam, ale takiej muzyki nie mogę słuchać. Muzyka jest zawsze wyższa i niższa, trudno to skwantyfikować, ale tak jest. Jeszcze jeden rodzaj muzyki, który uwielbiam, choć nie podzielają tej fascynacji moi koledzy z wydawnictwa, to gospel.

    Pan, który siedzi dość długo w biznesie, musi się liczyć z poważnymi kosztami, jaką pasja i wydawanie płyt ze sobą niosą. Księgowa czasem, patrząc na liczby, pyta, co Pan robi?

    Świadomie zatrudniłem dwie księgowe - od dodatnich cyfr i od czerwonych, ta druga jest znacznie bardziej liberalna. (śmiech) Natomiast jest prawdą, może akurat nie wśród księgowych, ale w firmach, w których zarabiam pieniądze, że nastroje są niechętne wydawnictwu płytowemu. Uznają, że w wydawnictwie tracę ciężko zarobione pieniądze. Jest faktem, że na dłuższą metę nie da się prowadzić tak biznesu. A nie może być on traktowany jako działalność o charakterze charytatywnym czy konsumpcyjnym. Trzeba dążyć do zbilansowania. Taką mam nadzieję, że po wielu miesiącach prób uda nam się to w końcu zrównoważyć.

    Czy uważa Pan, że w tego typu działalność, jaką Pan teraz prowadzi, poszerzania kultury wysokiej, powinno angażować się państwo i wspierać np. jakimiś ulgami?
    To jest trudny temat. Tych fenomenów kulturowych jest bardzo dużo, są znakomici artyści, których trzeba wspomóc, inicjatywy, wydarzenia. Dlatego byłbym bardzo ostrożny z takim wyzwaniem, że państwo powinno wspierać wszystkie tego typu inicjatywy. To mogłaby być bardzo łatwa droga do nadużyć. Bardzo trudno jest tu ocenić, kto i dlaczego miałby być wspierany. Na pewno instytucja mecenatu powinna być bardziej rozwinięta. Ja uważam, że państwo czy mecenasi mogliby wprowadzić więcej dobrej atmosfery. Dla nas chociażby najważniejszą rzeczą w tym momencie jest to, żeby się dowiedziano o naszym produkcie. My nie mamy kilku milionów na promocję i reklamę, bo to już i tak jest działalność, gdzie pojawiają się zbyt czerwone liczby. Zatem wsparciem dla nas byłoby po prostu przekazywanie informacji, że jest taki produkt, na który warto zwrócić uwagę.

    A czy wydając płyty, nawet tak przepiękne i dobrej jakości, nie boi się Pan oskarżenia o pewien archaizm? W czasach cyfryzacji, taka sprzedaż muzyki jest dużym ryzykiem.
    Właśnie to jest rozpoznanie walką. Na razie sukcesów w tej walce z bardzo potężnym przeciwnikiem nie mamy. Ale proszę zauważyć, że nawet w Stanach, gdzie pozamykano wszelkie duże sklepy płytowe, gdzie digital dominuje, jednak jest, nazwę to podziemie, które kolekcjonuje płyty. Mamy stamtąd bardzo dużo zamówień na płyty. Oczywiście taka obawa istniała i mieliśmy świadomość ryzyka. Jest taki przezabawny dowcip rysunkowy, że dwóch młodych ludzi wychodzi z biblioteki i jeden mówi "Nie wiedziałem, że audiobooki też mają wersję papierową". Zatem na pewno coś w tym musi być. Jednak jeśli podążymy myślami naprzód, no to nie sądzę, że możliwe jest, że znikną wszelkie materialne formy ludzkiej eksternalizacji. No bo też można rzeźby w 3D wyprodukować, ale chyba jednak gdzieś kres tego szaleństwa być musi? Zresztą my też korzystamy z nowych rozwiązań i sprzedajemy pliki, ale wydaje mi się, że jest dość duża grupa ludzi, która chce mieć do czynienia z materialnymi produktem i nie zadowolą się tylko jego wirtualną formą.

    Mówił Pan o renesansie winyli na rynku. Czy myśli Pan, że po zachłyśnięciu się digitalem, znajdzie się grupa, która będzie chciała cofnąć się do takich namacalnych owoców ludzkiej kultury, jak książka, płyta, gazeta?
    Właśnie takimi słowami, nieujętymi w formie pytania, tylko pewnej przepowiedni, zagrzewam i dodaję ducha moim kolegom. (śmiech) Wydaje mi się, że taki renesans nośnika materialnego nastąpi, jak to miało miejsce z winylem. Winyl jest jednak po pierwsze narzędziem ułomnym, bo on jednak po kilku przesłuchaniach przestaje być narzędziem atrakcyjnym, choć teraz dla mnie charakterystyczne trzaski dodają charakteru muzyce. Myślę, że może być tak, że powrót do nośnika materialnego nastąpi. Dlatego też w wydawnictwie od początku chcieliśmy, żeby nasze płyty były wydawane w formie serii. Żeby prowokowały kolekcjonerów. Mamy już takich kolekcjonerów, którzy kupują każdą płytę. Może to jest właśnie prześwit tego, że ten renesans już następuje. Tylko niestety są to osoby głównie w średnim wieku, a nie młodsze. Ale to też może wynikać z zasobności portfela i wielu innych rzeczy. Największy problem zaś jest w tym, że my mamy kłopot z barierą tysiąca egzemplarzy. Gdybyśmy mieli możliwość zachęcić do kupna tysiąca płyt, to już żyjemy w zrównoważonym budżecie. Niestety nie jest to takie łatwe.

    Czy to Pana jako miłośnika muzyki nie przeraża? Że trudno jest znaleźć w Polsce 1000 osób, które chciałyby kupić płyty jazzowe?
    Wydaje mi się, że kluczowym tutaj jest aspekt edukacji. Kiedyś jak się wsiadało do taksówki, to leciała Urszula Sipińska czy inne bel canto, a teraz leci zwykle techno. Oczywiście ten taksówkarz tego nie słucha, bo zwraca uwagę na komunikaty, ale faktem jest, że na obniżanie lotów w zakresie edukacji i pewnej wrażliwości jest fundamentem tego wszystkiego, co dzieje się na rynku muzycznym. Ja jestem zbieraczem, więc odwiedzam sklepy z płytami i pamiętam taką historię przed Bożym Narodzeniem. Dwie koleżanki rozmawiały ze sobą, chcąc kupić trzeciej prezent. I przesłuchują płytę, i mówi jedna, że płyta nazywa się… Mozart i ta druga piosenka jest całkiem dobra. (śmiech)

    A gdyby Pan miał doradzić osobie, która poszukuje drogi w tym świecie muzycznym, gdyby miał Pan być pierwszym przewodnikiem. To od czego czytelnik, odbiorca, powinien zacząć swoją przygodę z jazzem?
    To trudne pytanie, bo różni różnie zaczynali. Ale radziłbym sięgnąć po mainstream. Na przykład wczesne lata 50., Charlesa Mingusa czy Freddiego Hubbarda z dużym składem. Na pewno można sięgnąć po Oscara Petersona. Myślę, że można też rzucić się na głębszą wodę i posłuchać niemal każdej płyty Jaretta, szczególnie koncertów solowych, bo tam jest element pięknej pianistyki, a jednocześnie kontrapunktu i gry głosem. Można jeszcze wcześniej zacząć od Dixielandu. Niektórzy wchodzą, aby "jarzyć" jazz od strony rockowej, a młodzież wychowana na ciężkim brzmieniu, nie będzie miała z tym problemu.

    A polski jazz? Pana zdaniem jest nadal w pierwszej dziesiątce światowej?
    W pierwszej dziesiątce to na pewno, pytanie, czy jest w pierwszej piątce. My wydajemy bardzo przekrojowo polski jazz i to są prawdziwe znakomitości. To i Damasiewicz, i Mazolewski, i Obara. To są naprawdę znane nazwiska. I tutaj znowu jest problem promocji i pieniędzy. Na przykład muzycy skandynawscy mają bilety płacone, bowiem państwo się cieszy, jeżeli oni mogą gdzieś pojechać na koncerty. Często interesy krajowe są chronione tak, że w składzie nie może grać muzyk innego kraju. Takie są nie do końca racjonalne przepisy. Ale to są szczegóły. Natomiast w Polsce dopływ środków jest znacznie mniejszy, a mimo to rodzą się talenty, porównywalne z czołówką muzyków zagranicznych.

    A gdyby Pan miał na bezludną wyspę zabrać jedną płytę?
    To by było bardzo trudne. Pewnie starałbym się przemycić chociaż sześciopak. (śmiech) Ale gdyby jedna, to może Keitha Jaretta solo z Lozanny. A gdyby nie było Jaretta pod ręką, wziąłbym na pewno jedną z płyt naszego wydawnictwa For Tune. (śmiech)

    Witold Zińczuk jest przedsiębiorcą, m.in. prezesem firmy Trans-Formers Holding. Z pasji do jazzu i kolekcjonowania płyt założył wytwórnię For Tune - wydaje ona płyty m.in. Marcina Maseckiego czy Macieja Obary (Obara International)

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo