Wilson Charlton. Cichy bohater, który rozbroił setki bomb Luftwaffe

David Brown
Gdyby nie wystawiono na aukcję jego medalu, nie poznalibyśmy historii Wilsona Charltona, który w czasie 60 dni bitwy o Anglię rozbroił 200 bomb, ratując życie tysiącom ludzi - pisze David Brown.

W czasie tych dwóch koszmarnych miesięcy podczas słynnej bitwy o Anglię było bardzo wielu cichych bohaterów. O wielu z nich nigdy byśmy się nie dowiedzieli, gdyby nie czysty przypadek. Do takich należał na pewno Wilson Charlton, który skromnie wykonywał swoją codzienną służbę, podczas której - jak się okazało - uratował wiele istnień ludzkich i ochronił fortunę, mało zważając na własne bezpieczeństwo.

Ta niezwykła historia pewnie nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie to, że o tym mało znanym bohaterze przypomniało jego odznaczenie, jedno z najwyższych, jakie Brytyjczycy mogą dostać. Chodzi o Krzyż Jerzego, który został właśnie wystawiony na sprzedaż.

To wtedy dopiero zaczęto przekopywać wojenne archiwa, zapiski z czasów II wojny światowej i pojawiła się niesamowita postać niecodziennego człowieka. Dziś już wiemy, że dowódca szwadronu, wspomniany Wilson Charlton, miał w walkach powietrznych nerwy ze stali nie jako jeden z niewielu, lecz jako jeden spośród jeszcze mniejszej grupy tych, którzy mozolnie pracowali na ziemi przy rozbrajaniu bomb Luftwaffe, które nie wybuchły.

Ten ekspert saperski RAF pracował niestrudzenie, rozbrajając przeciętnie trzy bomby dziennie. We wrześniu i październiku 1940 roku rozbroił 200 UXB - niewybuchów bomb, które spadły na lotniska, fabryki lub w ich pobliżu w Wiltshire i Gloucestershire.

Jego praca przebiegała praktycznie bez przerwy, wzywano go i w dzień, i w nocy, liczył się czas, bo wystarczyłaby chwila nieuwagi nieświadomych niebezpieczeństwa cywilów, by wybuchowe żelastwo zrzucane przez niemieckie samoloty ożyło w pewnej chwili ze śmiertelną mocą na ziemi. Dlatego takie bomby trzeba było jak najszybciej unieszkodliwić...

Nikt nie jest w stanie ocenić, ile ludzkich istnień uratowała pełna poświęcenia praca tego człowieka, do jakich strat nie doszło dzięki jego odwadze. Ten cichy bohater, jak przyznawali ci, którzy z nim w tamtym czasie pracowali, nie pamiętają, by tym zaprzątał sobie głowę. Dla niego liczyła się tylko ta praca, unieszkodliwienie śmiertelnego zagrożenia.

Lecz w czasie, kiedy został odznaczony Krzyżem Jerzego, najwyższym odznaczeniem za działania niezwiązane z bezpośrednią walką, posłano go do Singapuru, aby szkolił w saperstwie innych. Na Singapurze jego służba się bynajmniej nie skończyła. Potem brytyjskie dowództwo uznało, iż trzeba go posłać na kolejne misje, tym razem do Chin i na Malaje.

Kolejna jego wojenna droga to ewakuacja na Jawę, gdzie nasz bohater dostał się do japońskiej niewoli. W tym czasie dwukrotnie próbował ucieczki, po sekretnym odbudowaniu samolotu zniszczonego bombą i po zbudowaniu łodzi. Ale za drutami obozu Charlton nie próżnował, przewodził grupie ludzi, którzy naprawiali na lotnisku polowym holenderski samolot, którym chcieli uciec do Australii. Wszystko już było niemal gotowe do przeprowadzenia tej brawurowej ucieczki, ale w ostatniej chwili ją odwołano. Powód? Uznano, iż po takim wyczynie Japończycy okrutnie by się zemścili na tych, którzy pozostali w obozie.
Ale Charlton nie byłby sobą, gdyby jednak nie podjął kolejnej próby ucieczki z japońskiego obozu. Udało mu się to kilka miesięcy później z grupą kolegów, kiedy w tajemnicy wybudowali łódź, a ta ich zaprowadziła do wolności.

Dowódca szwadronu Charlton zmarł w roku 1953, w wieku zaledwie 46 lat, a jego Krzyż Jerzego w nieznanych okolicznościach znalazł się w rękach pewnego prywatnego kolekcjonera, który posiadał go aż do tej pory. Medal został wystawiony właśnie na sprzedaż aukcyjną wraz z innymi medalami wojennymi. Oczekuje się, że eksponaty osiągną cenę 25 tys. funtów. Trzeba bowiem dodać, że na takie wojenne pamiątki polują kolekcjonerzy z całego świata, a kiedy historia o Charltonie ożyła, można być pewnym, iż jego medal zyskał bardzo na wartości.

Steven Bosley z domu aukcyjnego Bosleyów w mieście Marlow, w Buckinghamshire, powiedział: "To, czego dokonał ten chłop w tak krótkim czasie, jest czymś wręcz niesamowitym".

"Niektóre z tych bomb były całkowicie nieznane Brytyjczykom w tamtym czasie, więc wiele jego pracy musiało opierać się na eksperymentowaniu, co jeszcze powiększało ryzyko".

"Szybkość miała podstawowe znaczenie na lotniskach, gdyż były to miesiące wrzesień i październik 1940 roku, okres kulminacji bitwy o Anglię, i musieliśmy wciąż wzbijać się w powietrze. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy Wilson Charlton nauczył się prawdopodobnie tyle, ile inni przez lata, a jego wiedza saperska stała się cenna".

Była to wiedza bezcenna i zdobywana nie na specjalistycznych kursach, ale w polu i to dosłownie, kiedy pochylony nad kolejną bombą starał się rozbroić to tykające świństwo.

Jak opowiadali jego przełożeni, w czasie tych niezwykle gorących i pracowitych 60 dni wojennych jeszcze na Wyspach Brytyjskich Charlton rozbroił w sumie 200 niebezpiecznych bomb. Było to, jak określono, czyste igranie ze śmiercią, bywało, że trzeba było dobrać się z marszu do całkowicie nieznanej konstrukcji bomby. Liczyła się improwizacja, spryt i na pewno szczęście. Bez tego ostatniego na pewno nie przeżyłby wojennego koszmaru.

Dowództwo wystąpiło o przyznanie mu drugiego najwyższego brytyjskiego odznaczenia za jego męstwo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie