Wiktor Świetlik: Potrafimy pisać własne dzieje

Komentator "Polski"
Nasz kraj i nasze dzieje stają się modne. Wpływy z turystki rosną, półki w księgarniach uginają się od kolejnych monografii polskich oddziałów, wspomnień i reportaży o Polsce pisanych przez anglosaskich autorów. Bardziej niż politykom i dyplomatom zawdzięczamy to grubszym portfelom, temu, że jesteśmy dużym rynkiem zbytu. Warto dla nas i o nas pisać, bo po pierwsze, można na tym zarobić, a po drugie, nasz kraj i jego historia są po prostu ciekawe.

Od tygodnia kilku Szwedów podbija polską sferę serwisu YouTube. A to za sprawą teledysku o bitwie pod Wizną, gdzie 700 polskich żołnierzy przez kilka dni powstrzymywało ponad 40-tysięczny XIX korpus niemiecki dowodzony przez Carla-Hainza Guderiana. Co będzie dalej? Pewnie panowie sprzedadzą w Polsce swoją płytę tak, jak nigdy dotychczas nigdzie. Jak to jest, że kilku muzyków zza morza lepiej potrafi promować jeden z najbardziej heroicznych epizodów kampanii wrześniowej niż wszystkie rady programowe, ciała kolegialne i fundusze polskich ministerstw i instytutów?

Po pierwsze, ci heavymetalowcy śpiewający o historii zapewne lubią to, co robią. Po drugie, chcą na tym zarobić. Jeśli chcecie państwo zobaczyć różnicę, to wybierzcie się do Wizny koło Łomży i zobaczcie, jak niszczeją ruiny bunkrów, które pozostały po polskich Termopilach.

Polska polityka historyczna w latach 90. miała podobny efekt, jak peerelowska akcja "Szklanka mleka", której byłem ofiarą (z przerażeniem dowiedziałem się ostatnio, że za sprawą funduszy europejskich do części polskich szkół ona powróciła). Otóż w latach 80. zacnemu gronu pedagogicznemu mojej szkoły udawało się wlać w gardła nieszczęsnych malców więcej przypalonego mleka niż w innych placówkach w województwie, a czasem nawet kraju.

Dzięki temu szkolny korytarz każdego roku zdobił nowy dyplom za zajęcie któregoś tam miejsca w akcji "Szklanka mleka". Efekt jest taki, że mleka w czystej postaci nienawidzę do dzisiaj i podejrzewam, że nie tylko ja. Myślę, że równie skutecznie jak przymusowa szkolna szklanka mleka zniechęcała do spożywania nabiału, tak przygniatająca przewaga martyrologii, posępność apeli i sie-riozna urzędowość narodowych świąt mogły odstraszyć od naszej historii.

W tym samym czasie uczestnicy i organizatorzy tychże świąt, tak jak bohater Mrożka, pokazywali lukę po zębie i krzyczeli z pretensją "Wybili! Panie! Za wolność wybili". Świat nas nie kocha - narzekano. Niemcy chcieli nam przypisać Holokaust, nikt nie słyszał o powstaniu warszawskim, o Monte Cassino wiedziano tyle, że hitlerowscy spadochroniarze się tam długo bronili.

Jedyną udaną inicjatywą polityczną łamiącą ten marazm było Muzeum Powstania Warszawskiego. Niezwykłe, że firmował to Lech Kaczyński, który potem - jako prezydent kraju - konsekwentnie przodował w pozie eksponowania wybitego zęba, zamiast skupić się na pokazywaniu tego, że nad Wisłą jest ładnie i ciekawie i że mamy wiele fascynujących opowieści o sobie do opowiedzenia.

Ale wszystko wskazuje na to, że tę promocję zaczęło zapewniać rosnące bogactwo Polaków i ich najazd na Zachód po wejściu do UE. Jeździmy po świecie, więcej wydajemy, więc inni bardziej się nami interesują, czytają o nas i sami przyjeżdżają. Według Polskiej Organizacji Turystycznej, w 2008 r. do Polski ma przyjechać o prawie 2 mln turystów więcej niż dwa lata temu. Co ciekawe, o ponad 600 tys. spada liczba cudzoziemców robiących zakupy w Polsce. Przestały się one opłacać. Teraz to my kupujemy.

Od kilku lat panuje boom na książki o polskiej historii pisane przez anglosaskich autorów. Są wśród nich książki lepsze, jak poświęcona polskim lotnikom "Sprawa Honoru" czy książki Normana Daviesa. Tych sprzedaje się nawet po 150 tys. egzemplarzy. Są i słabsze, jak epopeja dywizji generała Maczka "Marsz Czarnych Diabłów".

Są wspomnienia ludzi, którzy nagle na nowo odkrywają swoją polską wojenną przeszłość, jak choćby Stanley Newcourt, były członek Szarych Szeregów - dawniej Stanisław Nowodworski. Bez względu na swoją jakość, jaką taką sprzedaż - po kilka, kilkanaście tysięcy sztuk - wszystkie mają u nas zapewnioną. Tak jest, jak widać i gdzie indziej. Oskarowa nominacja dla "Katynia" to pewnie ukłon Akademii w stronę Mistrza. Ale wątpliwe, by przy filmie o takiej tematyce był możliwy dziesięć lat temu.

Napoleon słusznie zauważył, że historię piszą zwycięzcy. Dziś zwycięzcy to bogaci, a Polacy stają się coraz bogatsi.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie