Wiktor Bater: dziennikarz, korespondent, dobry człowiek

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
11.03.2008 warszawa ursus wiktor bater dziennikarz fot maciej jeziorek / polskapresse
11.03.2008 warszawa ursus wiktor bater dziennikarz fot maciej jeziorek / polskapresse Fot Maciej Jeziorek / Polskapresse
Kilka dni temu zmarł Wiktor Bater. Oto fragment książki „Korespondenci.pl. Wstrząsające historie polskich reporterów wojennych” autorstwa Doroty Kowalskiej i Wojciecha Rogacina wydanej w 2014 roku przez Wydawnictwo Czarna Owca.

Sam nie wie, co go zaczęło ciągnąc na wojnę. Cóż, mógłby mówić o ojcu, który w czasie wojny tyle się nacierpiał i tyle widział. Mógłby mówić o bakcylu, adrenalinie, powołaniu.

– Bzdura, to nie to. To trochę jak narkotyk. Życie na krawędzi to jest chyba najwłaściwsze określenie. Zawsze żyłem na krawędzi, zawsze szedłem po bandzie. Dla mnie ta cienka czerwona linia jest chyba tym, co lubię najbardziej. Najlepiej się odnajduję w sytuacji zagrożenia, w sytuacji całkowitej niepewności jutra, sytuacji, w której zdany jestem wyłącznie na siebie i na własne siły. To jest chyba właśnie to – taką stawia diagnozę.

Moskwa była dla niego taką bandą, krawędzią. Niby dobrze się czuł, dobrze zarabiał, ale nigdy nie było wiadomo, co wydarzy się jutro. Życie tu i teraz, co będzie jutro – nie wiadomo. Świetnie się odnajduje w takich klimatach.

To był 1994 rok. Naczelnym nie był już Jacek Piotrowski, ale Antoni Styrczula, który trafił do ich redakcji po rzecznikowaniu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. I właśnie on rzucił Wiktorowi w maju 1994 roku: „Świetnie się realizujesz, ale wiesz, czas dorosnąć. Radio potrzebuje korespondentów w Berlinie i Moskwie. Masz do wyboru”. Wiedział, że to będzie Moskwa, na pewno nie Berlin. W Berlinie już był, w Moskwie nigdy na dłużej. „Prześpię się z tym” – odpowiedział, chociaż wybrał od razu. Został najmłodszym korespondentem Polskiego Radia w historii tej stetryczałej wówczas instytucji, co dla wielu radiowych dinozaurów było nie do pojęcia i nie do przeskoczenia. Jak to, nie chodził pięć lat za redaktorem naczelnym z kawusią, nie asystował przy pisaniu tekstów i wyjeżdża na placówkę? Wyjechał, miał dwadzieścia osiem lat. Wówczas korespondentem w Moskwie był Andrzej Siezieniewski, który wrócił do Polski i objął szefostwo naczelnej redakcji informacji, za chwilę to był IAR, a potem został prezesem Polskiego Radia.

Czytaj także

Bater pojechał do Moskwy. Najpierw na taki wstępny, próbny pobyt. Zobaczyć, co to właściwie jest za miasto. Andrzej Siezieniewski pokazywał mu Moskwę, sprowadzał go na ziemię w jego przeróżnych marzeniach i fascynacjach. Rzeczywiście życie wiele jego marzeń zweryfikowało. Miał jednak znacznie więcej siły, znacznie więcej motywacji niż inni. Mieszkanie korespondenta Polskiego Radia nigdy nie było remontowane, więc jak przyjechał do Moskwy w październiku 1994 roku, mógł wykorzystać na remont praktycznie nieograniczone środki. Kupił meble w Ikei, wykładziny podłogowe, sztućce, filiżanki – wszystko, co było potrzebne. Tyle że remont miał trwać półtora miesiąca, a trwał trzy. Święta 1994 roku Wiktor spędzał już w nowym mieszkaniu: pięknym, pustym, ale otaczało go coraz więcej przyjaciół, znajomych. Nie miał jednak pomysłu na życie osobiste. Wtedy na szczęście… nie, nie na szczęście… wybuchła wojna w Czeczenii. Remont remontem, święta świętami, ale rozpoczął się Grozny.
Był w Groznym w grudniu 1994 roku z Witkiem Laskowskim, ówczesnym korespondentem TVP, który bardzo mu pomógł. I tak to się zaczęło. Listopad, pierwszy nieudany szturm na Grozny, chwilę później oni w Groznym na tlących się jeszcze zgliszczach domów i wrakach czołgów. W czwórkę jeździli, cztery rajskie ptaki. Zawsze się dopinał do ekipy TVP, wówczas najsprawniejszej. Docierali tam, gdzie inni nie dawali rady. Zawsze fascynowała go praca z kamerą, patrzył im na ręce, jak oni to robią, jak kręcą, jak szukają ujęć, jak się ustawiają przed kamerą. W radiu robota była prostsza – telefon, nadanie relacji i sprawa załatwiona. Pamięta grudzień 1994 roku, kiedy Rosjanie chcieli ich zabić. Stali na ludzkich szczątkach, Witek grał stand-upera i w tym momencie zza zakrętu grzmotnął do nich rosyjski czołg. Mieli w uszach szum i pustkę, po ruchu warg widzieli, że każdy z nich krzyczy: „Kuuuurwa!”. Wpadli do wołgi i po trupach wracali z powrotem do Aczchoj-Martanu, gdzie rosyjskie czołgi jeszcze nie dojechały. Wciąż nic nie słysząc, trafili do pierwszego z brzegu sklepiku i kupili wielką flachę wódy. Zalewali stres. Powoli doszli do siebie. Ale musieli pracować dalej. Pamięta hotel Groznieft w centrum Groznego, w którym mieszkali. Wybuchy i bezsenne noce. Wyjące syreny. Grozny wciąż pozostawał niezdobyty. Wiktor nie mógł spać. Wybuchy wybuchami, ale świętej pamięci Krzysiek, z którym dzielił pokój, chrapał tak niewiarygodnie, że zagłuszał wszystkie pociski, syreny. Poszli się napić herbaty z brodatymi bojownikami, których wtedy mieli za walczących za wolność naszą i waszą przeciwko wielkiemu, złemu imperium. Taką mieli wtedy optykę, jak cały świat: dobrzy Czeczeni i źli Rosjanie, a oni w tym wszystkim. Czeczeni poili ich czymś, co nazywa się czefir i jest stworzonym na bazie mocnego wywaru z herbaty więziennym narkotykiem, po którym dostaje się totalnego odlotu. W każdym razie brodaci Czeczni wyglądali, jakby cały czas byli na dużym haju. Pokazywali im hotelowe piwnice wyładowane pociskami, granatami, skrzyniami z amunicją. Wystarczyłaby iskra, a z całym hotelem, z całą dzielnicą wylecieliby w próżnię. Mieli to wszystko w nosie. Dla nich największym problemem było obudzić się rano i jakoś się ogarnąć. W ścianie była wybita ogromna dziura. Wypinali tyłki na rosyjskie pozycje i robili swoje. Brakowało tylko snajpera, żeby ich grzmotnął. To był ich pierwszy plac ćwiczeniowy jazdy na nartach, bo w takiej pozycji musieli robić poranną toaletę.

Pamięta ewakuację: ciężarówkami, autobusami, czym się dało, rosyjskie MSZ wywoziło ich z tego płonącego, poszarpanego już miasta.

Wracał po takich wyjazdach zmęczony, ale spełniony. Adrenalina opadała, zaczynało się życie w wielkiej rosyjskiej stolicy (...)
Pracował wiele lat w Rosji, na Kaukazie. Tamte tereny były mu bliższe, i tamto życie. Pracował tam, gdzie rozumiał ludzi, w każdym razie rozumiał ich lepiej niż inni. Nie ma ciekawych wojen. Są podobne: giną ludzie. Niejednokrotnie się bał i nie wierzy nikomu, kto mówi, że oswoił strach. Miał sporo szczęścia. Na wojnach, które relacjonował, zawarł prawdziwe przyjaźnie. Przede wszystkim z Archiem, operatorem z TVN. Sprawdzili się w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, w sytuacjach zagrożenia życia. Wie, że może na niego liczyć. W każdym momencie. Widział wiele. Pewnych rzeczy nigdy nie zapomni. Najwięcej szram zostawił Biesłan. Tam – ten jeden jedyny raz – był sam, bez Archiego, bez świętej pamięci Krzysia. I tam zobaczył za dużo. Na różnych wojnach miał do czynienia z dziećmi, widział dzieci pokancerowane, poszarpane, poparzone, ale nigdy w takiej ilości. Na jego oczach zginęło ponad trzysta białych ptaków, to za dużo. Nawet dla niego.

Po dniu szturmu w Biesłanie pił. Nie było silnych. I nie ma co udawać, że korespondenci wojenni to grzeczni chłopcy. Piją, palą. Tuzy dziennikarstwa, twardziele weszli na martwą salę gimnastyczną i nagle zapadła niewiarygodna cisza. A za chwilę rozległ się potworny szloch.

– Jak zobaczysz dorosłego faceta, który nie wytrzymuje, płacze niczym dziecko, zrozumiesz, co myśmy wtedy czuli. – Znowu się zamyśla.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mka. Z

Zaczęłam czytać spodziewając się mądrej opowieści o mądrym człowieku, kimś kto jak nie wielu dziennikarzy rozumiał Rosję. Przemiany w niej następujące, konflikty, scierajace się interesy wschodu i zachodu i uwikłanych w to wszystko zwykłych ludzi. To zrozumienie widać było wrelacjach i publikacjach Batera. A dostałam opowiastkę pisaną językiem rodem z Psów Pasikowskiego. Bliska mi osoba była korespondentem latach 90tych w Kosowie, w Rosji. Zapach obozów uchodźców w Kosowie, biel mulzumanskich gtobow w Srebrenicy, krzyki kobiet towarzyszyły mu do konca życia. I to nie jest takie komiksowe i "dżolerskie" jak przedstawia to autorka. I naprawdę załatwianie na narciarza to chyba najmniej istotna niedogodność. Widać, że dla autorki dosc istotna, by wybrać ten fragment do wspomnienia tak niezwykłego człowieka jakim był Wiktor Bater. Smutne. W dodatku artykuł nie ma puenty. Chyba, że nie jestem w stanie odnaleźć go w gąszczu reklam.

Dodaj ogłoszenie