Wielkie ucieczki porucznika Jędrzeja Giertycha

Jędrzej Giertych
W kampanii wrześniowej Jędrzej Giertych brał udział w obronie Wybrzeża, trafił do niewoli niemieckiej. Mimo brawurowych ucieczek w obozach jenieckich przebywał do 1945 roku. Jako polski oficer nie chciałem się dać Niemcom zgnoić - wspomina w "Ściganym" polityk Stronnictwa Narodowego

Na Spitzbergu było nas już dziewięćdziesięciu, a Hohenstein zapełniał się stopniowo. Widać, Niemcy uznali, że obóz w Srebrnogórze jest już za mały na obóz karny, zwłaszcza że od czasu kampanii francuskiej trzeba było znaleźć miejsce dla francuskich i innych jeńców skazanych na odosobnienie.

Któregoś dnia rozkazali nam się pakować. Nie mnie jednemu czy kilku albo kilkunastu z nas, lecz całemu obozowi.

Była to już dość późna jesień 1940 roku. Gdy prowadzono nas pod silną strażą ze Spitzbergu w dół do Srebrnogóry, lasy na górach czerwieniały i złociły się jesiennym listowiem, a szeroka, rozciągająca się przed nami równina Śląska Wrocławskiego powlokła się już delikatną, zielonkawą szatą młodej runi ozimin. Na dole spotkaliśmy drugą kolumnę, prawie tak liczną jak nasza, sprowadzoną z Hohensteinu. Mieliśmy jechać razem. Uwagę zwracał młody Francuzik zaczynający już zadzierżyście paplać po polsku. "Starszym" grupy hohensteinskiej nie był już major. Był nim nie kto inny, tylko kontradmirał Józef Unrug, Dowódca Floty i nasz zwierzchnik w walkach na polskim wybrzeżu.

Nieunikniona polityka narodów pokonanych polega na tym, że starają się one uczestniczyć w aparacie państwowym, sprawującym władzę nad ich ojczyzną, a więc wysyłają swych synów do administracji, dyplomacji i sił zbrojnych państwa zaborczego. Finlandzki marszałek Mannerheim, zanim stał się bohaterskim wodzem fińskiego narodu w trzech wojnach z Rosją, był wpierw rosyjskim generałem. Polski szef sztabu w dłuższych okresach w czasie wojny 1920 roku czy w okresie bitwy warszawskiej, generał Tadeusz Rozwadowski, był poprzednio austriackim generałem, a pod koniec pierwszej wojny światowej był nawet brany pod uwagę jako możliwy kandydat na wodza naczelnego austro-węgierskiej armii. Książę Józef Poniatowski, wódz naczelny w wojnach 1792, 1809, 1812 i 1813 roku, był dawnym oficerem austriackim. Książę Adam Czartoryski zanim został niekoronowaną głową narodu polskiego na wygnaniu, był rosyjskim ministrem spraw zagranicznych. Do tej samej kategorii przywódców narodowych, którzy przeszli przez obcą służbę, należał i admirał Unrug. Wysyłanie swoich synów do sił zbrojnych państwa zaborczego ma też swoje ujemne strony i swoje niebezpieczeństwa: część z nich, słabsze charaktery, wynaradawia się lub wykoleja moralnie. Ale gdybyśmy ich nie wysyłali, to nie mielibyśmy potem ekspertów w sztuce dowodzenia własnymi siłami zbrojnymi i kierowania szeregiem gałęzi aparatu państwowego. Cóż by zrobiła Finlandia bez marszałka Mannerheima? Cóż by zrobiła polska armia bez generała Rozwadowskiego, a polska marynarka bez admirałów Świrskiego i Unruga?

Nowoczesna polska marynarka wojenna była dziełem dwóch oficerów, którzy nauczyli się swego trudnego rzemiosła w obcej służbie. Wiceadmirał Świrski, dawny oficer rosyjskiej marynarki wojennej, jako Szef Kierownictwa Marynarki Wojennej był w Warszawie jej organizatorem i administratorem. Kontradmirał Unrug, dawny oficer niemieckiej marynarki wojennej, jako Dowódca Floty był jej wychowawcą, a potem, w wojnie na polskim morzu, jej dowódcą. Styl polskiej marynarki wojennej, typ polskiego oficera, podoficera i marynarza to jest w dużym stopniu dzieło wieloletniej, powszedniej, nieraz niedocenianej, a owocnej pracy formującej admirała Unruga.
Admirał Unrug był kiedyś kapitanem cesarskiej marynarki niemieckiej. W pierwszej wojnie światowej dowodził niemiecką łodzią podwodną oraz był komendantem szkoły podwodnego pływania. Rozstał się z niemiecką służbą - tak jak marszałek Mannerheim ze służbą rosyjską, a generał Rozwadowski ze służbą austriacką - w sposób legalny i honorowy. Z przysięgi był zwolniony, a obywatelstwo niemieckie utracił choćby dlatego, że jego ziemia rodzinna, Poznańskie, wyzwoliła się spod niemieckiego zaboru, co Niemcy w traktacie wersalskim uznały. Ale Niemcy nie rozumieli jego postawy. Utrudniało im zrozumienie jej także to, że uważali go za człowieka niemieckiego pochodzenia. Rodzina baronów Unrugów jest odgałęzieniem znanej w Niemczech rodziny Freiherr'ów von Unruh. Ale nasi Unrugowie siedzą w Polsce od szesnastego wieku, ich krew od kilkunastu pokoleń mieszała się z krwią polskiej szlachty i arystokracji, więc są oni takim samym wielkopolskim ziemiaństwem jak każda inna wielkopolska rodzina szlachecka. Niemcy myśleli, że poszedł on w polską służbę tak, jak to było od dawna w zwyczaju wśród Niemców: wszak można było na zmianę być w służbie króla pruskiego, króla saskiego, cesarza austriackiego, księcia brunświckiego czy meklemburskiego, a choćby i cesarza rosyjskiego, rzeczy te regulował kontrakt. Gdy się warunki kontraktu wypełniło, można było służbę zmienić. Nie rozumieli, że z admirałem Unrugiem sprawa jest całkiem inna: że nie jest on cudzoziemskim ekspertem na kontrakcie w Polsce, lecz Polakiem, budowniczym polskiej marynarki i obrońcą polskiego dostępu do morza.

Niemcy próbowali wywierać na admirała Unruga w niewoli jakieś naciski, lecz gdy je z właściwą sobie, szorstką dumą odrzucił, zesłali go na forty Srebrnogóry. Z radością zameldowaliśmy się my marynarze z fortu Spitzberg, u naszego dowódcy. Zawieziono nas wszystkich razem kolejką wąskotorową ze Srebrnogóry, do Ząbkowic, a stamtąd kilku wagonami osobowymi, doczepionymi do pociągu pośpiesznego, przez równinę Śląska Dolnego, przez Legnicę i Świdnicę w kierunku Saksonii.

Pilnowali nas bardzo czujnie, niemiecka załoga była liczna i jechała w naszych wagonach. Mimo to trzem z naszych kolegów udało się uciec. Ktoś z nas posiadał informację, że względnie bezpiecznym sposobem ucieczki z szybko jadącego pociągu jest wyrzucenie nieruchomego człowieka, który obie nogi trzyma złączone i wyprostowane, a rękoma osłania sobie głowę, trzymając łokcie przy sobie. Trzeba go było jednak wyrzucić głową na dół, gdy pociąg jedzie po nasypie. Nasz pociąg jechał zbyt szybko, by można było wyskakiwać zwyczajnie, na nogi. Taki skok mógł się w najlepszym razie skończyć połamaniem rąk i nóg, prawdopodobnie jednak skończyłby się śmiercią na miejscu. Natomiast człowiek wyrzucony nieruchomo jak kłoda i spadający nie na nogi, lecz na głowę, stacza się jak kłoda po nasypie.

Znalazło się trzech amatorów, którzy chcieli z tego sposobu skorzystać. Wyrzuciliśmy ich przez okno w chwili, gdy Niemca nie było w przedziale. Stawali do skoku na oknie, braliśmy ich z dwóch stron i wyrzucaliśmy z impetem, a oni się równocześnie odpychali nogami, jak w skoku pływackim. Wyfruwali z okna poza tor, potem opadali na nasyp i z niego się staczali. Była już noc, straciliśmy ich zaraz z oczu.

Ani jedna z tych ucieczek się nie udała. Wszyscy trzej stracili po upadku przytomność. Jeden złamał sobie kostkę w nodze, obaj pozostali bardzo się potłukli. Jeden wlókł się dwa czy trzy dni, złapano go, gdy był u kresu wyczerpania, inni musieli zrezygnować z dalszej ucieczki jeszcze dużo wcześniej. Ujrzeliśmy ich wkrótce z powrotem w obozie.
Sposób jest dobry, ale we własnym kraju, gdzie każdy chłop przyjmie w gościnę i umożliwi wylizanie się z potłuczeń i wstrząsu. Ale gdy się jest w nieprzyjacielskim kraju i po wyrzuceni z pociągu ma się rozpocząć marsz pełen wysiłku i napięcia, rzecz może się udać chyba tylko w jednym na sto przypadków.

Nie spróbowałem takiego skoku. Uważałem, że plan nie miałby szans powodzenia. Pora była chłodna, byliśmy w środku Rzeszy, nawet do Protektoratu Czeskiego droga była bardzo daleka, a na jazdę koleją nie miałem ani pieniędzy, ani odpowiedniego ubrania. Gdyby to było lato i gdybyśmy byli bliżej granicy, może bym spróbował.

W Dreźnie, gdyśmy stali dość późnym wieczorem na stacji, próbował uciec Paweł J., ale od razu go złapano i wrócił do pociągu. Nieobecność owych trzech wyrzuconych przez okno niemiecka załoga pociągu oczywiście zauważyła niemal od razu. Była z tego powodu awantura, ale nie taka, by było się czym przejmować.

Przyjechaliśmy w nocy na małą stacyjkę, gdzie odczepiono wagony. Gdyśmy się obudzili rano z męczącej drzemki na siedząco, okazało się, że jesteśmy w Colditz.

Sławne dziś zamczysko w Colditz znałem już bardzo dobrze, odsiadywałem tam areszt w celi przed rokiem. Także kilku innych naszych kolegów, w tym pułkownik Bigo, kapitan Rześniowiecki i inni, poznało już ten zamek. Trafili tam, gdy w Colditz urządzono zwykły polski obóz oficerski. Gdyśmy zobaczyli nazwę "Colditz" na budynku stacyjnym, zrozumieliśmy bez trudu, że zamek ma zastąpić forty Srebrnogóry w roli obozu odosobnienia. Miejsce było dobrze obrane: zamek był trudno dostępny, ciężko było z niego uciec, a miejsca w środku było kilkakrotnie więcej niż na fortach Spitzberg i Hohenstein razem wziętych.

Poprowadzili nas ze stacji kolumną marszową najpierw nie do zamczyska na górze, lecz do jakichś koszar, w miasteczku u jego stóp. Obyczajem colditz'kim (czy może w ogóle saskim?) otaczający nas w pochodzie oddział niemieckiego wojska niósł karabiny na "gotuj broń".

W koszarach czekała na nas liczna grupa niemieckich oficerów, podoficerów, urzędników wojskowych i tłumaczy. Kręcił się wśród nich również Prim, ten sam, który rok temu często mnie odwiedzał w celi i odwoził mnie potem pociągiem z Colditz do Murnau. Znałem go jako podporucznika, ale teraz na jego ramionach widać było odznaki kapitana. Prim dostrzegł mnie w szeregu i gdy zaczęły się przewlekłe formalności związane z przejmowaniem nowo przybyłego transportu, a w związku z tym kolumna rozsypała się po wielkiej sali, podszedł do mnie i wypowiedział żartobliwie coś w tym rodzaju, że rad jest widzieć dawnego znajomego, ale wyraża mi kondolencję, że w dalszym ciągu jestem jeńcem. Odpowiedziałem w tym samym tonie, że robiłem, co mogłem, by uniknąć ponownego z nim spotkania, mimo że udało mi się znowu uciec, to niestety mnie złapano. Pogratulowałem mu też awansu na kapitana.
Jak zwykle zrobili nam długotrwałą rewizję, osobistą i rzeczy. Przeciągnęło się to do południa. Po tym kilku żołnierzy wniosło na salę kotły z zupą i makaronem dla jeńców. Gdy stawiali jeden z nich na ziemi, sami do połowy rozlali jego zawartość na podłogę.

Ustawiliśmy się w kolejkę i uważnie nabieraliśmy zupę do menażek. Przez ten czas Niemcy przynieśli miotłę i ścierkę, a niemiecki podoficer wydał jednemu z polskich oficerów rozkaz, by sprzątnął to, co zostało rozlane. Polak odmówił. Zrobiła się wielka awantura, przyleciał wśród wielkiego krzyku sam komendant obozu. Kazał winowajcę natychmiast aresztować i wyprowadzić. Odprowadzono go pod karabinem na "gotuj broń" bocznymi drzwiami, a wtedy komendant wskazał palcem na innego polskiego oficera:

- Proszę wziąć miotłę i sprzątnąć!
- Odmawiam wykonania tego rozkazu, bo to rozkaz bezprawny, nie można oficera-jeńca do takich prac zmuszać.
- Abführen! Abführen! Raus!
Odprowadzono i jego.

Po kolei wpychano miotłę w ręce czterem czy pięciu następnym, ale wszyscy odmówili. Było nas w tej chwili kilkunastu na sali, bo reszta, po odbyciu rewizji, przeszła już do następnej sali. Komendant w końcu zwrócił się do pozostałej reszty zbiorowo.

- Kto ten rozkaz wykona? Milczeliśmy.
- Nikt nie wykona?
- Nikt.
- Aresztować wszystkich.

Wyprowadzono nas całą gromadą. Nie pamiętam, ilu nas było. Myślę, że chyba ze dwudziestu. Wkrótce zostaliśmy zawiadomieni, że otrzymaliśmy każdy po dwa tygodnie aresztu tytułem kary dyscyplinarnej za niewykonanie rozkazu.

Czytelnikowi, który nigdy nie był jeńcem, incydenty takie mogą się wydawać śmieszne. Czy warto się awanturować o takie głupstwa? Czy było się o co obrażać, bo kazano nam zamieść podłogę? Odpowiadam na to, że po pierwsze, obrona własnych praw, choćby w drobiazgach, jest obroną własnej godności, już i tak dostatecznie podeptanej i upokorzonej. Móc powiedzieć nieprzyjacielowi: nie wykonam obrażającego mnie rozkazu, to jest moralna satysfakcja, która doprawdy warta jest tego, by posiedzieć dwa tygodnie w areszcie i by równocześnie narazić się na ryzyko o wiele poważniejszych represji. To jest okazanie sobie samemu i innym, że zachowało się zasadniczy pion godności osobistej i honoru oraz że jest się gotowym go bronić choćby kosztem narażenia się na niebezpieczeństwo. A po wtóre, ten pozorny drobiazg nie był wcale drobiazgiem. Tu nie chodzi o rozlaną zupę na podłogę i o miotłę. Żadna praca nie hańbi. Gdyby nam nie wydano rozkazu, bylibyśmy sami tę podłogę wytarli, raz we własnym interesie, by nie przebywać w sali, która jest brudna, a następnie, by nie narazić się na późniejsze gadania Niemców za naszymi plecami, że oto tak wygląda sala, w której posiedzieli polscy oficerowie. (...)

Skróty od redakcji

Jędrzej Giertych, "Ścigany",
wyd. Penelopa, Warszawa 2011

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie