18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

reklama

Wielka reforma studiów to walka o przetrwanie

Magdalena Kula
Barbara Kudrycka
Barbara Kudrycka Wojciech Barczyński/POLSKA
Minister nauki Barbara Kudrycka ma już gotowy projekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym.

Właśnie trafił do konsultacji międzyresortowych. Rząd Tuska ostatecznie wycofuje się z przedwyborczych zapowiedzi powszechnej odpłatności za studia i systemu stypendiów dla najuboższych oraz najzdolniejszych, co od lat zaleca Polsce m.in. Komisja Europejska, OECD i Bank Światowy. Bo nasz obecny system nie jest sprawiedliwy - z nieodpłatnych dziennych studiów, finansowanych przez budżet państwa korzystają wybrańcy, ponad 60 proc. z blisko dwumilionowej rzeszy żaków płaci za naukę. Jak ujawnił już w styczniu dziennik "Polska", Ministerstwo Nauki wprowadzi jednak ograniczenia w studiowaniu na koszt podatnika.

Rozwiązanie przypomina bon edukacyjny. Student, który dostał się na dzienne studia, będzie miał opłacone przez budżet państwa zajęcia za 300 europejskich punktów ECTS (przyznaje się je za każdy zaliczony przedmiot; aby ukończyć pięcioletnie studia magisterskie, student musi ich zdobyć właśnie 300).

To oznacza, że maturzysta, który dostanie się na dziennie studia w państwowej uczelni, będzie mógł nieodpłatnie studiować 10 semestrów. Jeśli zamarzy o dodatkowych studiach - musi szykować portfel. Na darmowy drugi stacjonarny kierunek załapie się tylko 10 proc. najzdolniejszych żaków.

To nie koniec zmian. Uczelnie w trudnej kondycji finansowej będą mogły się łączyć z silniejszymi . Możliwa będzie fuzja nie tylko dwóch szkół państwowych czy dwóch prywatnych. Silny państwowy uniwersytet może też wchłonąć słabszą prywatną szkołę z regionu.

To może się okazać jedyną formą przetrwania w obliczu niżu demograficznego. Według prognoz GUS-u w 2010 r. liczba osób w wieku 19-24 lat spadnie z 3,6 do 3,3 mln. Pięć lat później, w 2015 r., osób w wieku studenckim ma być już tylko 2,8 mln. To oznacza w perspektywie najwyżej 12 lat krach na rynku prywatnych studiów, który rozrósł się do monstrualnych rozmiarów pod koniec lat 90. W Polsce mamy teraz 427 uczelni - najwięcej w Europie. Aż 301 to szkoły prywatne.

Wszystkie stanowiska naukowe mają być obsadzane w drodze konkursów, a każdy uczony będzie mógł pracować tylko na dwóch etatach. Ustawa określa też, za co w uczelniach nie wolno pobierać pieniędzy od studentów. Nieodpłatne pozostaną egzaminy - także komisyjne, co głośno krytykują prywatne szkoły wyższe. Za darmo będą wydawane dyplomy i suplementy do nich.

Zmiany miałyby wejść w życie w roku akademickim 2010/11. Ale minister Kudryckiej nie będzie łatwo ich przeforsować. Już zaatakowała ją sejmowa opozycja. Politycy PiS - Michał Kamiński i Adam Hofer zarzucili szefowej resortu, że dokłada cegłę do studenckiego plecaka i chce ich karać za głód nauki.

***

Z prof. Barbarą Kudrycką ministrem nauki i szkolnictwa wyższego rozmawia Magdalena Kula

PiS oskarża panią o ograniczanie młodym ludziom dostępu do nieodpłatnych studiów i karanie studentów za głód nauki. System finansowania szkolnictwa wyższego to sprawa polityczna?
Uważam, że PiS wykorzystuje informacje zamieszczone w mediach do celów politycznych. Mało tego - nie znając naszych założeń. Z konferencji, którą zorganizowali wczoraj Michał Ka-miński i Adam Hoffman wy-raźnie wynika, że krytykowali naszą reformę bez znajomości konkretnych zapisów projektu. Zarzucają nam np, że przeciw projektowi buntują się już studenci, tymczasem nasz pakiet jest moim zdaniem wyjątkowo pro studencki i został uzgodniony z Parlamentem Studentów RP. Dziwi mnie, że PiS już na tym etapie podejmuje atak.

Już w styczniu na łamach "Polski" ujawniliśmy, że rząd chce limitować dostęp do studiów na koszt podatnika. Pierwszy kierunek studiów stacjonarnych w państwowej uczelni pozostanie nieodpłatny, ale na kolejne dzienne studia trzeba będzie już wyłożyć pieniądze.

Prawo studiowania nieodpłatnie drugiego kierunku pozostawimy jednak 10 proc. najzdolniejszych studentów - z naszych analiz wynika, że obecnie drugie studia na koszt państwa podejmuje właśnie taka liczba osób. My jednak chcemy mieć pewność, że z tego przywileju skorzystają wyłącznie najzdolniejsi studenci, zaangażowani w naukę. Chcemy mieć gwarancję, że jak już ktoś zacznie kolejne studia finansowane z kieszeni podatnika, to je skończy. Teraz nie zawsze tak jest, część osób zdobywa drugi indeks, a po roku czy dwóch przestaje studiować. To zmarnowane pieniądze podatnika.
Jak rząd chce wyłonić tych najzdolniejszych, którzy będą studiować nieodpłatnie drugi kierunek?
Student który zechce się dos-tać na drugi dzienny kierunek w publicznej uczelni, będzie musiał uzyskać potwierdzenie od dziekana, że rzeczywiście należy do tych 10 proc. najlepszych studentów. Chcielibyśmy, by nieodpłatnie można było studiować do woli, ale na to budżetu państwa nie stać. A skoro tak, to dajmy ten przywilej najlepszym. Dzięki temu uwolnimy też miejsca dla dzie-nnych studiach dla najlepszych maturzystów, więcej z nich będzie mieć szansę dostania się na studia opłacane przez państwo, szczególnie tych, którym dziś blokują miejsca studiujący na wielu kierunkach, często nie całkiem nierzetelnie

Jak państwo chce to kontrolować? Przecież teraz uczelnie nie mają wspólnej bazy danych o studentach i ich osiągnięciach na studiach.
Student rozpoczynający studia na pierwszym kierunku złoży oświadczenie, że to jego pierwsze studia. Starając się o przyjęcie na drugi dzienny kierunek w państwowej uczelni, gwarancją będzie deklaracja od dziekana.

A jeśli złoży nieprawdziwe oświadczenie, że to jego pierwsze studia?
Fałszywe oświadczenie będzie podlegało odpowiedzialności karnej za poświadczenie nieprawdy. Nie możemy też z góry zakładać tak małego zaufania do studentów.

Przed wyborami mówiła pani odważnie, że trzeba w Polsce wprowadzić powszechną odpłatność za studia i jednocześnie szeroki system stypendiów dla najbiedniejszych i najzdolniejszych. Dwie trzecie studentów słono płaci za naukę, a ze studiów finansowanych przez wszystkich podatników korzystają tylko wybrańcy. Teraz, mam wrażenie, stosuje pani półśrodki.
Nigdy tak nie mówiłam - twierdziłam, że obecny system finansowania studiów wyższych nie jest do końca sprawiedliwy. Były prowadzone debaty nad wprowadzeniem bonu edukacyjnego czy innego sposobu kredytowania studiów. To wiązałoby się jednak z potężnymi wydatkami, na które w obecnej sytuacji kryzysu gospodarczego, nie możemy sobie pozwolić. Kredytowanie studiów wiązałoby się z zamrożeniem większych funduszy. I przyznam, że jesteśmy teraz atakowani przez uczelnie niepubliczne, że tych wcześniejszych obietnic nie realizujemy.

Część środowiska naukowego zarzuca pani faworyzowanie uczelni prywatnych . Świadczyć ma o tym zapisane w projekcie limitowanie liczby miejsc na nowych dziennych kierunkach studiów, tworzonych w państwowych szkołach. Ci, którzy nie załapią się na ustalona liczbę miejsc, będą musieli szukać indeksów na płatnych studiach.
To nie tak. W sytuacji potężnego niżu demograficznego, który wkracza na uczelnie i jednocześnie nakładającego się na ten czas kryzysu gospodarczego, państwo musi zadbać o odpowiednie proporcje w liczbie studentów, którzy studiują na koszt budżetu państwa i tych, którzy sami płacą za naukę. Teraz 60 proc. płaci za studia, a pozostali studiują na koszt państwa. Chcielibyśmy utrzymać te proporcje.

Niż jest tak duży, że uczelnie publiczne wykorzystując swój potencjał, budynki, kadrę, mogłyby zmieść z rynku nawet te dobre uczelnie prywatne?
Gdyby w najbliższych latach silne uczelnie państwowe żywiołowo, bez żadnych ograniczeń przyjmowały na finansowane przez państwo studia wszystkich chętnych, to po pierwsze - budżet państwa tego nie udź-wignie, a po drugie - połowa niepublicznych uczelni upadnie. Obowiązkiem ministra nauki jest czuwanie nad ca-łym sektorem szkolnictwa wyższego - i państwowym, i niepublicznym. Uznaliśmy, że jeśli uczelnia państwowa zechce założyć nowy kierunek studiów, może go samodzielnie nazywać, kształtować program wedle własnego uznania - ale musi pilnować ogólnej liczby studiujących. Jeśli na nowatorskim, interdyscyplinarnym kierunku zwiększamy liczbę miejsc, to trzeba je ograniczyć na innym, być może mniej interesującym. Pula pieniędzy na funkcjonowanie publicznych uczelni nie jest bez dna - chcemy wykładać pieniądze na te kierunki, które są strategiczne dla gospodarki kraju, dla rozwoju cywilizacyjnego państwa. Tam gdzie jakość kształcenia jest najwyższa, tam popłynie najwięcej publicznych pieniędzy. Cały system szkolnictwa wyższego musi harmonijnie przejść przez kryzys wywołany trudnościami gospodarczymi i niżem demograficznym.

To nie nadmierna ingerencja państwa w rynek edukacji?
My nie limitujemy miejsc na istniejących kierunkach studiów. To nadal pozostaje w gestii uczelni. Mówimy tylko, że państwowe uczelnie nie mogą bez końca tworzyć no-wych miejsc studiów. Jesteśmy teraz w takiej sytuacji, że zwiększając liczbę studentów i finansowania ich z budżetu państwa w jednej uczelni, bę-dziemy musieli odebrać fundusze drugiej. My tak piszemy tę ustawę, żeby nie faworyzować ani uczelni państwowych, ani prywatnych - chcemy po prostu wspierać dobre kierunki studiów, dobre uczelnie.

Od lat ostrzegano, że niż zmiecie z rynku połowę prywatnych uczelni. Był czas, by się do tego przygotować. Wśród prywatnych szkół wyższych są takie, które są bardzo wartościowe, ale i zwykłe fabryki dyplomów.
Dlatego tworzymy nowy system finansowania studiów. Do tej pory z pieniędzy z budżetu państwa korzystały tylko publiczne uczelnie. Teraz równie dużą pulę, jak na studia stacjonarne, przeznaczamy na konkursy, granty - w walce o nie uczelnie państwowe i prywatne mają równe szanse, niezależnie od tego, jaki sektor reprezentują.

Nowy system będzie bardziej sprawiedliwy czy tylko niesprawiedliwy inaczej?

Będzie bardziej konkurencyjny i przez to bardziej sprawiedliwy.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 8

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
Józef K.

Po pierwsze, zupełnie anachronicznie pielęgnuje się pogląd, że polskie uczelnie powinny kształcić JAK NAJWIĘCEJ studentów i tym samym powinno być JAK NAJWIĘCEJ Polaków z wyższym wykształceniem. Że niby 'Proces Boloński' to postuluje.

To błąd. Proces Boloński postuluje równość szans dostępu do kształcenia, ale studiować powinni tylko najlepsi. Lepszy jeden dobry inżynier niż dwóch pseudo-inżynierów. To oznacza radykalne ZWIĘKSZENIE WYMAGAŃ I RYGORÓW egzaminacyjnych - zamiast obecnego 'ciągnięcia za uszy' bardzo słabych studentów. To oznacza mniejszą liczbę studentów, ale dobrych.

Po drugie, NALEŻY ZLIKWIDOWAĆ STUDIA ZAOCZNE! Ta stara 'proteza studiów' jest wybitnie nieefektywna i demoralizująca: otrzymuje się dyplom "zaocznych" formalnie równoważny dyplomowi "dziennych", a przecież poziom wykształcenia tych pierwszych jest bez porównania niższy.

Po trzecie, należy zerwać z post-socjalistycznym mitem DOSKONAŁOŚCI CENTRALNEJ KONTROLI i POLITYKĄ POZORÓW! Zlikwidować osławioną "Centralną Komisję", zlikwidować habilitacje i "profesury belwederskie". Politykę awansową należy zostawić autonomicznym uczelniom, które powinny konkurować między sobą osiągnięciami naukowymi, a nie liczbą profesorów.

A
ALCEST

W czasach gdy absolwenci wyższych uczelni mogą podejmować pracę w UE studia powinny być odpłatne.
Rodzice jak i sami zainteresowani podnoszą wielki krzyk a doskonale wiedzą że,od państwa chcą tylko brać a nic w zamian dać.Kształcą się za nasze pieniądze a większość z nich nie planuje podjąć pracy w Polsce a pracować za większe pieniądze poza granicami kraju.Jak chcą inwestować w swoją przyszłość i robić karierę zawodową za granicą to niech to robią za własne pieniądze a nie publiczne bo państwo z takich absolwentów nie będzie miało pożytku.

S
Sybirak

Znowu fikcja. W Polsce należy wprowadzić studia płatne i kredyty zeroporocentowe. Ci, co rozpoczną pracę w Polsce, bedą mieli te kredycy umarzane co rok, np przez pęć lat. Ci co będą chcieli wyemigrować, będą musieli ten kredyt spłacić. W przeciwnym razie to my będziemy szkolić Anglikom, Niemcom, Francuzom itd. inżynierów, lekarzy, farmaceutów itp. Czy nas na to stać?

W
Wojtek

Prawdziwe obiecanki-tuskanki...
Bo z czego oni się do tej pory wywiazali?

m
mala

Syn studiuje dwustopniowe na PW. Inżynierskie - 7 semestrów. Po nich planuje magr na PWr - od przyszłego roku 4 semestry. Razem 11, a nie 10. Czy Pani minister każe mu za 11 semestr płacić, jeśli tak, będzie musiał po 10 msem. zrtezygnować. Pani minister, jestem nauczycielką, nie baronem finansowym. Mam zdolne i pracowite dzieci. Pani zdaniem nie mają one prawa do nauki?

R
Redbi

Osobiście jestem za tym, moje dziecko w tym roku kończy jedne studia na drugi rok drugie, więc gdy będą płatne to będzie bardziej konkurencyjne na rynku pracy.
Ale gdzie tu logika władz?
1 Idzie nisz. Będą wole miejsca na uczelniach więc powinno się promować studia na dwóch kierunkach.
2 Przy obecnym rynku pracy wielozawodowiec powinien być normalnością.
3 Sprawiedliwość społeczna? Na studia dzienne nieodpłatne obecnie dostają się najlepsi Ci co ciężko pracowali w szkołach średnich. Ci którym nie chciało się uczyć kształcą się w niepublicznych i zaocznych czyli płatnych.
O co tu chodzi?
Czy mamy wykształcić "leperowskie mięso wyborcze" by było bardziej uległe na zarządzanie przez potomków "trzymających władzę" kształconych na płatnych uczelniach światowych?

Z
Zibi Kit

Wszystkie reformy pani Minister zmierzają w jednym kierunku. Jakim? Chodzi o promocję uczelni prywatnych. Których w RP jest tyle, że można by nimi obdarować całą Europę. A to sprawa habilitacji, bo istnieje dziwny zapis, że uczelnie wyższe muszą mieć określoną ilość prac. z habilitacją właśnie. "Nasza Basia kochana" - cały czas reformuje w tym kierunku. Wszak po karierze ministerialnej zamierza wrócić do swojej ukochanej uczelni.

m
malgorzata.academicus

Odniose sie tylko do bezplatnych studiow na jednym kierunku i przyslugujacej liczbie punktow ECTS.

Pierwszym problemem jest uporzadkowanie kilku spraw w procesie dydaktycznym. Proces bolonski przewiduje, ze punkty ECTS nie sa zwiazane z liczba godzin, ale maja okreslac calkowity WORKLOAD zwiazany z zaliczeniem danego przedmiotu. Niestety bardzo rzadko ma to miejsce, stad punkty te nie pelnia w euorpjeskiej przestrzeni przewidzianej dla nich funkcji - podobnie na polskich uczelniach.

Pojeciem WORKLOAD rowniez powinno operowac sie w kontekscie obciazen dydaktycznych kadry. Wprowadzenie tutaj odgornych limitow czasowych, czyli ukrocenie obecnie legalnej prawnie 'wieloetatowosci w jednym miejscu pracy', o ktorej napisali eksperci w raporcie OECD, z pewnoscia wymusilo by na uczelniach publicznych znaczace zmniejszenie liczby studentow - nawet o kilkadziesiat procent!!! Z pewnoscia przyczynilo by sie tez do zwiekszenie podmiotowosci studentow i znaczaco ograniczylo 'spychotechnike' dydaktyczna na rzecz podniesienia jakosci ksztalcenia, ktora silnie zalezy od czasu poswiecanego studentom.

Drugim problemem jest sposob ustalania calych programow studiow. Tajemnica poliszynela jest (mozna o tym poczytac w miedzynarodwych raportach), ze podstawowym kryterium jest zapotrzebowanie poszczegolnych jedostek 'na godziny pensum' przekladajace sie wprost na etaty, a takze umiejetnosci JUZ zatrudninej kadry. W tej sytuacji ograniczenie ilosci punktow ECTS powinno byc scisle powiazane z zasada, ze student ma prawo 'glosowac nogami' jak je wykorzysta. Teraz na nudnych i nieprzydatnych przedmiotach, studenci stosuja slynna zasade 3 xZ - zakuc, zaliczy, zapomniec. Niektorzy dodaja czwarte zet - zapic (zle wspomnienia). Przy braku limitu na punkty niewielu oplacalo sie protestowac. Jak bedzie teraz? Co zrobic z limitem, jezeli czesc zajec sie nie odbywa nie z winy studentow? Kto za to zaplaci?

Czy samo pojecie studiowania 'na kierunku' nie jest staroswieckie w dobie suplementu do dyplomu? Czy student nie moze studiowac na wydziale, na uczelni i sam sobie dobierac profil absolwenta przy zachowaniu minimalnych prerequisites dla danego rodzaju dyplomu? Gdyby tak bylo, od razu niej osob wybieralo by studia na dwoch kierunkiach - zwlaszcza pokrewnych.

Pytan sie mnozy wiele. Czy obecna kadra przez 'zagospodarowanie' bezplatnych punktow ECTS nie zablokuje calkowicie konkurencji? Zatrudniania ludzi z zewnatrz? Jak zabezpieczyc studenta przed strata bezplatnych punktow ECTS na zupelnie mu nieprzydatne przedmioty lub wykladowcow, ktorych nie moze ominac?

Diabel tkwi w szczegolach, a wladze uczelni wszelkiej kontroli lokalnej boja sie jak swieconej wody, o czym chyba swiadczy znikniecie z zalozen obligatoryjnego konwentu (zostal tylko dla PWSZ).

Dodaj ogłoszenie