Wicepremier Napieralski, wygrana PiS i inne przypadki, czyli o chybionych prognozach

Łukasz Mężyk (300polityka.pl)
Łukasz Mężyk
Łukasz Mężyk Fot. Twitter
Początek politycznego lata 2010 w nie obfitował. Tak to już często bywa ze zbiorowymi mądrościami, że mają to do siebie, że się nie spełniają. I choć znikają trochę wolniej, niż się pojawiają, to i tak robią spustoszenie w rachubach co do politycznej przyszłości. Tak jak centrowy PiS, wicepremier Napieralski, wicemarszałek Kluzik-Rostkowska czy jak bumerang wracający na polityczną falę Grzegorz Schetyna. Było pewne, a nigdy się nie wydarzyło.

Prezydenckie zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego i centrujący PiS
W wyborczą noc 4 lipca, gdy już było wiadomo, że Bronisław Komorowski został wybrany na prezydenta, Gazeta.pl zacytowała jednego z najbardziej uznanych politologów: "dr Wojciech Jabłoński uważa, że - mimo iż prezydentem będzie Bronisław Komorowski - faktycznym zwycięzcą jest Jarosław Kaczyński. Jak ocenił, dobry wynik lidera PiS daje tej partii dobrą pozycję startową w wyborach parlamentarnych 2011 r.".

Kilka miesięcy później partia Jarosława Kaczyńskiego świętowała spektakularną wyborczą klapę w wyborach samorządowych, rok później parlamentarnych. A zwycięstwo wydawało się w zasięgu ręki. Sygnał do odwrotu od strategii "bliżej centrum" dał już wyborczej nocy w lipcu 2010 sam prezes, który w jeszcze optymistycznym, mimo prezydenckiej porażki, przesłaniu wspomniał jednak o tym, że będzie dążył do wyjaśnienia usuniętej z głównego przekazu kampanii katastrofy smoleńskiej. Plan był taki, że tematem katastrofy zajmie się bliska zagranica PiS: Radio Maryja, prawicowe media, a sam Jarosław będzie tylko czasem puszczał oko do elektoratu "zamachowego", domagając się spokojnie np. rzetelnego śledztwa. I na paliwie 46 proc. z drugiej tury dowiezie swoją partię do wyborczego triumfu w wyborach parlamentarnych rok później. Wszyscy wiemy, co potem się stało.

Pełnia władzy wykończy Platformę
"Jutro obudzimy się w Polsce, w której PO ma 100 procent władzy, 100 procent odpowiedzialności i 100 procent wysokich oczekiwań społecznych" - wieszczył w wyborczy wieczór drugiej prezydenckiej tury sam Aleksander Kwaśniewski. I były prezydent nie był odosobniony w przekonaniu, że pełnia władzy będzie dla Platformy przekleństwem prędzej niż błogosławieństwem. Ciąg dalszy historii już znamy. Poznaliśmy go 9 października 2011. Nazywał się "39,18 proc. dla Platformy, 29,89 proc. dla PiS".

Wicepremier Napieralski
Trzeci kandydat w drugiej turze, który prowadził kampanię mimo odpadnięcia z wyścigu, był fenomenem w dziejach demokracji. Strażnik klucza do parlamentarnej większości w następnym Sejmie, powszechnie zwany wicepremierem. Prezydenckie 13,68 proc. Napieralskiego przy 1,75 proc. Pawlaka i 1,44 proc. Olechowskiego wyglądało dumnie. Tym dumniej, że na starcie kampanii rozdający jabłka Napieralski był pośmiewiskiem politycznej warszawki i maruderem sondaży. Gwiazda Napieralskiego świeciła dość długo, a dokładnie 11 miesięcy. Ostatecznie zgasła 10 maja 2011, na trawniku przed KPRM, kiedy Donald Tusk przedstawił swojego nowego sekretarza stanu do spraw wykluczonych.

Transfer Arłukowicza był dla SLD lewym sierpowym. Kołyszący się na nogach zawodnik w czerwonej koszulce reszty dzieła dokonał sam, odpychając z list Biedronia i zrażając do siebie lewicową elitę, która ochoczo pognała w ramiona Janusza Palikota. I z prawie 14 proc. zostało 8,24 proc. i dość wiarygodne plotki w wyborczy wieczór 2011, że przy takim wyniku mandat Napieralskiego w Szczecinie może nie być wcale taki pewny. Ale aż tak źle się nie skończyło.
Wszechwładny marszałek Schetyna
Naprawdę mało kto na Wiejskiej zrobił w kampanii prezydenckiej 2010 tak wiele dla tak nielicznych. Nielicznych w postaci Bronisława Komorowskiego. I ci nieliczni oddali za to z nawiązką, wykonując na belwederskim tarasie, gdzie w lipcowe przedpołudnie 2010 spotkała się czołówka Platformy, polityczny manewr życia. "Myślę, że Grzegorz powinien mnie zastąpić na stanowisku marszałka, co ty na to Donald?" - rzucił z kieliszkiem szampana w dłoni ówczesny prezydent elekt. No i się stało. Grzegorz Schetyna wrócił do gry. Został drugą, a na chwilę nawet pierwszą osobą w państwie, tuż przed zaprzysiężeniem Komorowskiego przed Zgromadzeniem Narodowym.

Ale że nic dwa razy się nie zdarza, ten sam manewr ze śniadaniem u prezydenta w powyborczy 10 października nie zadziałał. Przyśpieszył tylko egzekucję. "Lider wewnętrznej opozycji" - usłyszał o sobie na briefingu premiera, zamiast usłyszeć zaproszenie do udziału w rządzie. Otrzymał za to klucze do mrocznego, jak się mówi, gabinetu w sali 16A sejmowego budynku G.

Z równym szczęściem potoczyły się polityczne losy publicznie typowanej na wicemarszałka i wiceprezesa PiS Joanny Kluzik-Rostkowskiej i w zbiorowym objawieniu widzianej na czele klubu parlamentarnego PiS Elżbiety Jakubiak. W obecnym sezonie znów na topie przewidywań jest come back Grzegorza Schetyny. Czasem pojawia się wizja ostatecznego (bodaj ósmego już) końca Donalda Tuska. Wysoko na liście politycznych mądrości sezonu jest też nowa centroprawicowa formacja Jarosława Gowina, a na stanowisku wicepremiera Napieralskiego zastąpił Miller.

Łukasz Mężyk
publikuje na 300polityka.pl

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

@mario
Powinieneś bracie przeczytać artykuł ze zrozumieniem i jego to właśnie komentować a nie swe zwidy i zajawki które mają z tematem tyle wspólnego co cielesność koszykarza NBA najwiekszym polakiem patriotą spod radiomaryjnych sztandarów niejakim Jarosławem.
Wy - nosiciele prawd wszelkich - powinniście bardziej pracować nad swymi możliwościami percepcyjnymi rzeczywistości i koncentrować się na metitum problemów, a nie na swych obsesjach z luboscią hodowanych przez ojca toruńskiego namiestnika bogów na ziemi Wolskiej.
O
OcarO
Nie wiem kto owe procenty ustanowił! Ale wiem na pewno to, że kwoty 40 mld i 270 mld, funkcjonujące od lat w budżecie min. J.V. Rostowskiego, są nadwyraz autentyczne! Pierwsza jest kwotą którą min. wydaje rocznie na spłatę zadłużenia zagranicznego. Natomiast druga jest akurat kwotą dochodu budżetu, którą zbiera. Kiedy pierwszą kwotę przedstawimy wobec drugiej, wtedy wychodzi dokładnie 14,8148%. Inaczej mówiąc; jest też współczynnikiem 6.75. Który zarazem stanowi i o tym, że ca. 1/7 część dochodu budżetu wydawana jest dla tych, którzy okazali nam przyjaźń, pożyczając swoją kasę na niewiadome gwarancje zwrotu.
b
belfer
Teraz Hofman bardzo sie cieszy , kiedy mowia do niego'' panie prezesie''.Powodzenia POLSKO.
Dodaj ogłoszenie