Waszczykowski: Bezpieczeństwo militarne nie jest nam dane raz na zawsze

Witold WaszczykowskiZaktualizowano 
Adam Guz
Sojusz przetrwał 70 lat i zabezpieczył naszą cywilizację przed wybuchem trzeciej wojny światowej. Jest zatem często określany jako najskuteczniejszy sojusz w naszej historii. Odpierał zagrożenia zewnętrzne i godził napięcia wewnętrzne. Sojusz Północnoatlantycki nie miał jednak idyllicznego życia i wbrew pozorom nie był monolitem, na jaki wyglądał dla świata. Również nasza droga do członkostwa i już dwudziestoletnia obecność w NATO nie były usłane różami - pisze Witold Waszczykowski, były minister spraw zagranicznych.

4 kwietnia 1949 roku dwanaście państw z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej podpisało w Waszyngtonie Traktat Północnoatlantycki w celu obrony przed ewentualną agresją Związku Sowieckiego i tworzonego bloku wschodniego. W rzeczywistości cele porozumienia były znacznie szersze. Obok zobowiązań wojskowych obejmowały też istotne elementy wspólnej polityki. Bardzo trafnie zdefiniował je w lapidarnym ujęciu pierwszy sekretarz generalny NATO lord Ismay. Celem sojuszy miało być keeping Russians out, the Americans in and the Germans down, czyli trzymać Rosjan z daleka, Amerykanów blisko, a Niemców pod kontrolą. To były czasy zimnej wojny.

Sojusz przetrwał 70 lat i zabezpieczył naszą cywilizację przed wybuchem trzeciej wojny światowej. Jest zatem często określany jako najskuteczniejszy sojusz w naszej historii. Odpierał zagrożenia zewnętrzne i godził napięcia wewnętrzne. Sojusz Północnoatlantycki nie miał jednak idyllicznego życia i wbrew pozorom nie był monolitem, na jaki wyglądał dla świata. Również nasza droga do członkostwa i już dwudziestoletnia obecność w NATO nie były usłane różami.

Turbulencje sojusznicze w czasie „zimnej wojny”
Już na „powitanie” powstania Sojuszu Rosjanie dokonali testu broni jądrowej. Następnie blok wschodni powiększył się o komunistyczne Chiny. Blok doprowadził następnie do wojny na Półwyspie Koreańskim. Oczekiwano, że kolejne starcie nastąpi w Europie. Tymczasem europejscy sojusznicy byli albo zdemobilizowani po zakończeniu wojny światowej albo uwikłani w uśmierzanie konfliktów kolonialnych w Azji i Afryce. Na tym tle dochodziło nawet do konfliktów w łonie Sojuszu. Przykładem jest kryzys sueski 1956 roku, kiedy francusko-brytyjska interwencja nie została poparta przez USA.

Niedobór sił zbrojnych w Europie Zachodniej musiano pilnie zrekompensować. Zatem już dziesięć lat po strasznej wojnie dopuszczono do remilitaryzacji RFN. Tworzona wówczas Bundeswehra miał być główna tarczą konwencjonalną obrony świata zachodniego. W odpowiedzi na Wschodzie powstał Układ Warszawski.

Następna dekada nie była łatwiejsza. W latach 60. kryzys kubański z 1962 doprowadził świat na krawędź wojny. Z Półwyspu Koreańskiego konfrontacja obu bloków przeniosła się do Indochin. W samym Sojuszu doszło też do poważnego pęknięcia. W 1966 roku Charles de Gaulle zdecydował o wyprowadzeniu Francji ze struktur wojskowych NATO. Dalsze istnienie Sojuszu było zagrożone.

Zewnętrznym i wewnętrznym kryzysom towarzyszyła równoległa debata o podziale obowiązków budżetowych, pozycji Stanów Zjednoczonych i polityce wobec obozu komunistycznego. Ten ostatni problem na pewien czas rozwiązał sławny Raport Harmenla (belgijskiego polityka) z 1967 roku o przyszłych zadaniach Sojuszu. W raporcie dostrzeżono liczne słabości Sojuszu, szczególnie w uzbrojeniu konwencjonalnym vis a vis bloku wschodniego. Obawiano się wówczas, iż pancerne zagony ZSRR mogą przełamać obronę pod Fuldą (tzw. Fulda Gap). Dekadę później pojawiło się zagrożenie z rozlokowanych w Europie rakiet SS-20.

W obu przypadkach Sojusz zastosował politykę wskazaną w Raporcie Harmela, dwutorowego podejścia, czyli kontynuacji odstraszania, ale i polityki odprężenia, poszukiwania dialogu ze wschodnim rywalem. Sojusz i USA podjęły rywalizację wojskową z jednej strony. I tak rozlokowano znaczą liczbę pocisków i rakiet typu Cruise, w tym osławione Pershingi. Amerykanie rozwinęli też program wojen gwiezdnych. Równolegle jednak prowadzono rozmowy z blokiem wschodnim. Przykładem jest tu proces helsiński, tzw. KBWE.

Jest też wiele dowodów na to, że pozytywną rolę w tym dwutorowym podejściu odegrał pierwszy polski oficer w NATO Ryszard Kukliński. Przekazał on wiele informacji o rzeczywistych planach Układu Warszawskiego, o agresywnych zamiarach dokonania inwazji na Zachód. Warto wspomnieć, iż wojska polskie miały wówczas uderzać w kierunku Danii i opanować tamtejsze cieśniny morskie. W odwecie alianci dokonaliby uderzenia nuklearnego na główne kierunki zaopatrzenia, czyli na teren Polski.

Dwutorowa polityka Sojuszu przyniosła rezultaty. W 1987 roku przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow został zmuszony do podpisania z prezydentem Ronaldem Reaganem traktatu INF, który eliminował z Europy całą rodzinę rakiet średniego zasięgu. Kilka lat później blok wschodni upadł, a ZSRR implodował. Nie wytrzymano wyścigu zbrojeń i presji podbitych społeczeństw.

Sojusz Północnoatlantycki przetrwał zimną wojnę, ponieważ wszystkich członków łączyły interesy bezpieczeństwa, realne zagrożenie wojskowe ze strony obozu wschodniego. Wyciągnięto wnioski z dwóch krwawych wojen światowych i utrzymano też więzi transatlantyckie z USA. Jednak obok zagrożenia wojskowego i groźby utraty niepodległości istniało też zagrożenie ideologiczne. Podbicie Europy Zachodniej oznaczałoby transformację ideologiczno-ekonomiczną. W obronie przed taką zmianą sojuszników łączył też wspólny system wartości demokratycznych. Połączenie twardych interesów bezpieczeństwa z obroną wspólnych wartości było receptą na przetrwania zagrożenia zewnętrznego i wyciszenie wewnątrz-sojuszniczych napięć.

Sojusz bez wroga
Rozpad bloku wschodniego i ZSRR został nazwany przez znanego politologa F. Fukuyamę końcem historii. Wydawało się wówczas, że demokracja zachodniego typu pozbyła się rywala już raz na zawsze. Zaczęto powszechnie myśleć o długiej strategicznej pauzie i zagospodarowaniu tzw. dywidendy pokojowej, uzyskanej przez znaczące redukcje sprzętu wojskowego i budżetów zbrojeniowych. Pojawiły się teorie o zakończeniu misji Sojuszu i rozważania o nowej architekturze bezpieczeństwa. Modne były wówczas rozważania o zamianie systemu wspólnej obrony na system bezpieczeństwa zbiorowego. Ten pierwszy ma jasno określone zagrożenia i precyzyjne gwarancje wzajemnego bezpieczeństwa. Ten drugi zaś ogólne zobowiązania do zachowania pokoju w danym regionie.

W zachodnich stolicach z niedowierzaniem patrzono wówczas na nasze plany przyłączenia się do NATO, zapowiedziane przez rząd Jana Olszewskiego. Utrzymanie NATO w tradycyjnej formie kolidowało wówczas z tzw. myśleniem inkluzyjnym. Zachodnie środowiska liberalne i lewicowe miały nadzieję na włączenie Rosji do transatlantyckiego systemu bezpieczeństwa. Naiwnie zakładano, że Rosja pójdzie ścieżką podobnej transformacji jak kraje Europy Środkowej.

Można sparafrazować klasyków, iż dekada lat 90. to okres błędów i wypaczeń w myśleniu i działaniu Sojuszu. Po pierwsze, błędnie i naiwnie oceniano Rosję. Patrząc na słabego i rzadko trzeźwego Jelcyna, nie dostrzegano narastającej niechęci do Zachodu i nostalgii za ZSRR i do carskiej, imperialnej Rosji. Nie widząc tego zagrożenia, państwa członkowskie Sojuszu redukowały uzbrojenie i wydatki na wojsko.

Po drugie, wzmocniły się tendencje i ambicje kilku państw europejskich do emancypacji Europy spod wpływów Stanów Zjednoczonych. Przez lata trwały poszukiwania, jak zbudować autonomiczny filar obronny Unii Europejskiej, który korzystałby z zasobów NATO, jednak bez udziału i dowództwa USA. Te debaty i negocjacje okazały się po latach dość jałowe. Zasłużyły wtedy na nowe rozszyfrowanie skrótu NATO: No Action, Talks Only. Europejczycy nie dostrzegali pewnej schizofrenii, iż w większości byli członkami NATO, które właśnie było stworzone do obrony Europy. Tworzenie równoległej, odrębnej struktury oznaczałoby dublowanie wysiłków NATO. Powstanie odrębnej, europejskiej tożsamości obronnej okazało się też nierealne ze względu na niechęć przeznaczenia dodatkowych środków na obronę. Myślenie o powstaniu europejskiej armii jest do dziś mrzonką ideologiczną, polityczną, wojskową i oczywiście finansową.

Po trzecie, nie dostrzegając zagrożenia rosyjskiego, a chcąc jednak utrzymać Sojusz, uznano, iż misją nie jest już tradycyjna obrona terytorium państw członkowskich, lecz stabilizacja regionów wokół NATO. W myśl zasady: out of area or out of business, Sojusz włączył się w rozwiązywanie konfliktów na Bałkanach.

W następnych latach Sojusz musiał się zaangażować w wojnę z terroryzmem. Chociaż po ataku z 11 września 2001 roku Stany Zjednoczone odrzuciły zaoferowaną przez Europę pomoc w wojnę z talibami, to w następnych latach Sojusz zaangażował się w misję stabilizacyjną w Afganistanie, a następnie w otwartą w wojnę z talibami.

Polska droga do NATO
W takiej atmosferze prowadziliśmy rozmowy z Kwaterą Główną oraz wiodącymi sojusznikami o potrzebie rozszerzenia NATO i przyjęciu Polski w poczet członków. Na tej drodze przeszkodą był sojuszniczy chaos koncepcyjny, Rosja, liberalno-lewicowe środowiska polityczne na Zachodzie i spora część polskich polityków.

Właśnie w Polsce wielu polityków i dyplomatów poprzedniego reżimu kusiło perspektywą stworzenia nowej architektury bezpieczeństwa opartej na systemie Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Pojawiła się też niesławna i kuriozalna propozycja NATO-bis lansowana i broniona do dzisiaj (!) przez Lecha Wałęsę.

Przez lata również Sojusz mnożył nam różne byty zastępcze, jak tworząc Radę Współpracy Północnoatlantyckiej, czy program Partnerstwa dla Pokoju. Dostrzegając wówczas nieskuteczność przekonywania Zachodu do realistycznego spojrzenia na Rosję, skoncentrowaliśmy się w naszych argumentach na podkreślaniu stabilizacyjnego znaczenia procesu rozszerzenia NATO. Poszerzania obszaru państw stabilnych, przewidywalnych i połączonych wspólnymi wartościami. Jednocześnie wnoszącymi militarną wartość dodaną, a niewnoszącymi problemów wewnętrznych wynikających z transformacji ekonomiczno-ustrojowej ani problemów i sporów zewnętrznych. Modne było wtedy podkreślanie, że Sojusz stanowi polisę ubezpieczeniową od ewentualnych nieszczęśliwych wypadków. Nie unikaliśmy też rozmów z Rosją. Przekonywaliśmy ich, że najbezpieczniejszą, gdyż przewidywalną granicą jest ta z Norwegią. Im więcej zatem takich Norwegii wokół Rosji, stabilnych i przewidywalnych państw, tym lepiej dla bezpieczeństwa Moskwy.

Nasza argumentacja oraz ponowne zastosowanie dwutorowej polityki NATO wobec Rosji przyniosło pozytywne rezultaty. My staliśmy się członkiem Sojuszu, a Rosja uprzywilejowanym partnerem w ramach Rady NATO-Rosja.

Szybko przekonaliśmy się jednak, że zaoferowano nam jedynie polityczne członkostwo z ogólnymi gwarancjami wynikającymi z art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Często określano sojuszniczy mechanizm bezpieczeństwa jako zobowiązanie muszkieterów: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To mylne wrażenie. Ten mechanizm nie działa automatycznie. Musi być uruchomiony polityczną decyzją podejmowaną jednogłośnie. Pozostawia też państwom członkowskim decyzję o formie pomocy dla ofiary agresji. Poważnie obawialiśmy się, że z odległych stron Europy może jedynie nadejść mail, SMS czy nota dyplomatyczna oferująca poparcie polityczne i modlitwę.

Zabiegi o realne gwarancje dla Polski
Polityczne gwarancje należało jak najszybciej zastąpić realną obecnością wojsk sojuszniczych na terytorium Polski. Na przeszkodzie tego stały pewne polityczne deklaracje złożone przez NATO wobec Rosji. W deklaracjach towarzyszących rozszerzeniu pojawiały się stwierdzenia, że Sojusz nie przewiduje rozlokowania na terenie nowych członków oddziałów wojskowych, broni jądrowej ani budowy znaczących instalacji obronnych.

Przez lata radziliśmy sobie z tymi ograniczeniami, m.in. goszcząc na naszych poligonach jednostki wojskowe państw NATO, które ćwiczyły logistykę wzmocnienia nas na wypadek konfliktu i ćwiczyły różnorodne warianty działań wojskowych. Jednocześnie zabiegaliśmy na drodze dyplomatycznej o realistyczną koncepcję strategiczną, prowadzącą do stworzenia konkretnych planów obrony Polski, tzw. planów ewentualnościowych.

Starania te przyniosły połowiczny sukces w 2014 roku. Pod wrażeniem rosyjskich działań wojskowych wobec Ukrainy Sojusz uznał nasze racje i zdecydował o utworzeniu pięciotysięcznej „szpicy”, która w ciągu 72 godzin mogłaby pojawić się Polsce na wypadek zaistnienia incydentów podobnych do sytuacji na Krymie w lutym 2014 roku. Nadal nie była to adekwatna odpowiedź. Rosja zdobyła zdolności antydostępowe i szybko okazało się, że nie pozwoliłaby dolecieć „szpicy” do naszego terytorium.

W 2015 roku, najpierw prezydent Andrzej Duda, a następnie nowy rząd Prawa i Sprawiedliwości rozpoczął kampanię przekonania sojuszników do rozlokowania na stałe sił NATO na flance wschodniej. Lobbując z tym rozwiązaniem, doczekałem się nawet przezwiska minister Mr. Presence. Lobbing się powiódł i na warszawskim szczycie NATO zdecydowało o rozlokowaniu grup batalionowych.

Równolegle zabiegaliśmy w Waszyngtonie o nawiązanie ścisłej i bezpośredniej współpracy wojskowej z USA. Te starania również powiodły się. Amerykanie zdecydowali się w 2016 roku powrócić do budowy bazy antyrakietowej w Polsce. Bazy wynegocjowanej przeze mnie jeszcze w 2008 roku. Prezydent Donald Trump został też przez nas przekonany do zrealizowania pomysłu poprzednika o rozlokowaniu w Polsce amerykańskiej brygady pancernej. Mamy też nadzieję, że bezpieczeństwo Polski będzie nadal zwiększane przez rosnącą obecność sojuszników oraz nasz wysiłek obronny.

Obecne wyzwania dla bezpieczeństwa naszego regionu
Głównym zagrożeniem naszego bezpieczeństwa jest i pozostanie na jakiś czas agresywne zachowanie Rosji. Nie należy wierzyć rozpowszechnianym czasem mitom, iż nasze potulne i spolegliwe zachowanie wobec Rosji spotkałoby się z nagrodą w postaci lukratywnej współpracy gospodarczej. Obecne władze rosyjskie nie dostrzegają w Polsce suwerennego partnera. Zachowanie Rosji wobec katastrofy smoleńskiej też wyklucza możliwość powrotu do relacji dobrosąsiedzkich.

Moskwa zmierza do odtworzenia swojej potęgi na miarę ZSRR. Pamiętajmy, że Putin określił upadek ZSRR jako największą tragedię w dziejach Rosji. W planie minimum zaś Putin chciałby co najmniej dziewiętnastowiecznej Rosji współzarządzającej światem jak wówczas koncert mocarstw i święte Przymierze. Nie można wykluczyć, że Rosja podejmie dalsze próby destabilizacji Ukrainy, a nawet agresywne działania wobec innych państw naszego regionu. Zawołanie lorda Ismaya, aby trzymać Rosjan z daleka, wydaje się tu nadal aktualne.

Zagrożeniem dla obszaru transatlantyckiego, a pośrednio dla Polski, są liczne kryzysy wokół Europy. Bliski Wschód i Północna Afryka to nadal wymarzone pole działania antyzachodnich ugrupowań terrorystycznych. Te konflikty będą nadal generowały fale uchodźców i emigrantów.

Największym jednak zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa jest ideologiczny konflikt w Europie i na obszarze transatlantyckim. Liberalno-lewicowe elity europejskie i amerykańskie nie mogą się pogodzić z utratą monopolu na przebieg dyskursu politycznego. Kuriozalnym jest głoszona w Europie opinia, iż zagrożeniem nie jest zewnętrzny wróg, ale Stany Zjednoczone i ich „niestabilny emocjonalnie” prezydent.

Przez lata, używając licznych sztuczek socjotechnicznych i zwykłej indoktrynacji wmawiano nam jak, i w którym kierunku, zmierza rozwój świata. Liberalno-lewicowe elity nie mogą się zatem pogodzić z faktem, że w dyskursie politycznym pojawiła się realna konkurencja, która z sukcesem proponuje alternatywną i pozytywną wizję rozwoju naszej cywilizacji. Nasza wizja nie zakłada dalszych eksperymentów światopoglądowych czy społeczno--kulturowych. To powrót do rozwiązań bazowych, do korzeni cywilizacji europejskiej opartej przez stulecia na greckiej tradycji demokracji, prawie rzymskim i wartościach chrześcijańskich. Parafrazując lorda Ismaya, może należałoby trzymać Europę pod kontrolą wielowiekowych tradycji i wartości.

Pożądany sojusz
W tych niestabilnych czasach należy poszukiwać powrotu przestrzegania tradycyjnych wartości i prawideł polityki zamiast eksperymentów i idealistycznych fanaberii.

Sojusz nie może być globalnym żandarmem rozwiązującym problemy całego świata. Nie zwalczymy światowego terroryzmu na całym świecie i nie dostarczymy pomocy humanitarnej wszystkim i wszędzie. Wróćmy do sojuszu „naszych ojców” strzegącego bezpieczeństwa obszaru transatlantyckiego z oczywistą opcją wspierania światowych inicjatyw pokojowych. Wspierania, a nie wyręczania innych instytucji.

Sojusz musi mieć realistyczne podejście do Rosji. Naszego głównego rywala i kontestatora porządku światowego. Możemy i powinniśmy dostrzegać rosnącą potęgę Chin. Jednak zajmowanie się zagrożeniem chińskim nie może być wymówką dla marginalizowania bliskiego i realnego zagrożenia rosyjskiego.

Sojusz musi utrzymać transatlantycką spójność. Europa ma za sobą doświadczenia dwóch wojen światowych, konfliktu bałkańskiego i wielu innych incydentów militarnych, gdzie nie uzyskaliśmy pozytywnego rozwiązania bez interwencji i wsparcia amerykańskiego. Myślenie o strategicznej autonomii Europy, proponowane przez prezydenta Emanuela Macrona, jest drogą na manowce. Zawołanie lorda Ismaya, aby utrzymać Amerykanów blisko, jest nadal jak najbardziej aktualne.

Nasze spojrzenie na bezpieczeństwo międzynarodowe
Nie możemy żyć iluzją, że bezpieczeństwo jest dane raz na zawsze. Nie możemy żyć też iluzją, że bezpieczeństwo nie kosztuje. Mieliśmy w naszej historii okresy takich iluzji. Drogo nas to kosztowało. Nawet utratę niepodległości. Poprzednie rządy również wychodziły z założenia, że wchodząc do NATO i Unii, zrealizowaliśmy nasze cele strategiczne. Głoszono slogany, że wystarczy tam być i biernie płynąć w głównym nurcie. W tym kontekście, realistycznego podejścia do zobowiązań i kosztów bezpieczeństwa zachowujemy się racjonalnie. Polska realizuje zobowiązania finansowe na rzecz adekwatnego budżetu obronnego i w miarę naszych możliwości dokonujemy modernizacji naszej armii przez zakupy nowoczesnego sprzętu.

Polska nie jest przeciwna poszukiwaniom nowych form i instrumentów podniesienia bezpieczeństwa europejskiego. Wychodzimy z założenia, że im więcej, tym lepiej dla bezpieczeństwa Europy. W 2017 roku zadeklarowaliśmy akces do wzmocnionej współpracy obronnej Unii Europejskiej (program PESCO). Mamy jednak świadomość ograniczeń finansowych Europy oraz kolizyjnych ambicji niektórych państw europejskich. Utrzymujemy więc, że poszukiwanie nowych form bezpieczeństwa nie może odbywać się kosztem osłabienia istniejących i sprawdzonych sojuszy, takich jak NATO. Nie ma mowy o dublowaniu i rywalizacji.

Nasza polityka zagraniczna i bezpieczeństwa nie jest też egoistyczna. Nie żądamy tylko obrony nas. Nie jesteśmy tylko konsumentem bezpieczeństwa. Od wielu lat przyczyniamy się również do wzmacniania bezpieczeństwa regionalnego i światowego. Modernizacja naszych sił zbrojnych i polityka integracji naszego regionu służy tym celom. Uczestnicząc aktywnie na arenie międzynarodowej, czy to w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, czy to w operacjach pokojowych, jesteśmy też ważnym kontrybutorem na rzecz bezpieczeństwa międzynarodowego.

Siedemdziesiąte urodziny NATO możemy świętować w poczuciu dobrze wypełnionych zobowiązań sojuszniczych i w oczekiwaniu na pełne wsparcie naszych interesów bezpieczeństwa.

Witold Waszczykowski, - były minister spraw zagranicznych w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. W latach 2008 - 2010 zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, od 2011 pełni mandat posła z ramienia PiS.

polecane: FLESZ: Ekologia na co dzień: 6 mitów, w które wierzymy

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3