Warszawiacy w KL Stutthof. Z Powstania Warszawskiego do piekła na ziemi. „To była gehenna, którą trudno opisać”

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Helena Majkowska ps. Ela i Maria Kowalska ps. Myszka w czasie uroczystości rocznicowych w Muzeum Stutthof
Helena Majkowska ps. Ela i Maria Kowalska ps. Myszka w czasie uroczystości rocznicowych w Muzeum Stutthof Tomasz Chudzyński
Broni nie było wiele, jeśli już, to butelki z benzyną – wspominał Powstanie Warszawskie Edward Anders, jeden z więźniów niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Stutthof. – Ciemność, trupy, śmierdząca woda po pas, do tego gaz i szczury – tak przeprawę kanałami wspominały natomiast Helena Majkowska i Maria Kowalska – warszawskie Kobiety-Pistolety, które także zostały zesłane do Stutthofu.

Warszawiacy w KL Stutthof. Z Powstania do piekła na ziemi

W sierpniu i wrześniu 1944 r. blisko 7 tysięcy kobiet i mężczyzn z powstańczej Warszawy Niemcy zesłali do obozu koncentracyjnego Stutthof. Określano ich „członkami band”. Zgodnie z rozkazami, „zdolni do pracy mężczyźni i kobiety mieli być użyci do pracy przez obozy koncentracyjne”. Była to zmiana podejścia niemieckiego dowództwa do ludności cywilnej, w porównaniu do pierwszych dni Powstania Warszawskiego, kiedy doszło m.in. do rzezi Woli.

Między sierpniem a październikiem 1944 r. niemieckie formacje wojskowe i policyjne wypędziły z domów blisko 550 tys. warszawiaków. Zdecydowana większość wypędzonych została skierowana do obozów przejściowych – przede wszystkim do Dulagu 121 w Pruszkowie. Stamtąd blisko 150 tys. osób wywieziono na roboty przymusowe w głąb Rzeszy. Innych przesiedlono do Generalnego Gubernatorstwa i pozostawiono tam bez jakichkolwiek środków do życia. Część mieszkańców Warszawy czekała katorga niemieckich obozów koncentracyjnych. Do położonego na Pomorzu KL Stutthof przybyły łącznie trzy transporty, 26 i 31 sierpnia oraz 29 września 1944 r.

Według danych Muzeum Stutthof, pierwszy transport liczył 2 757 osób z Woli i Śródmieścia, więźniowie nie zostali zarejestrowani w obozowej kartotece. Drugi z transportów liczył 2 901 osób, głównie z Pragi, Grochowa i Marymontu. W trzecim transporcie zesłano do obozu 1 298 osób.

Maksymilian Krzysztofik, nieżyjący już mieszkaniec Nowego Dworu Gdańskiego (zamieszkał w miasteczku na Żuławach po wojnie) wspominał w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” sierpień 1944 r. Miał wówczas 15 lat. Był zaprzysiężonym członkiem AK, ale na Pradze, gdzie mieszkał, powstańcze walki ustały szybko. Dlatego został aresztowany jako „cywil”.

– Wzięli mnie praktycznie spod domu, do którego wracałem – mówił w 2005 r. Maksymilian Krzysztofik. – Później był Stutthof. Jeszcze przed bramą dostaliśmy po kilkadziesiąt kopniaków, a potem, kiedy zobaczyliśmy dymiący komin, jeden z SS-manów powiedział nam, że to jedyna droga, którą wydostaniemy się ze Stutthofu.

Zmarły w tym roku Edward Anders, powojenny żołnierz, wykładowca Wojskowej Akademii Technicznej w sierpniu 1944 r. miał 14 lat. Przed wybuchem Powstania ten mieszkaniec Marymontu zaangażowany był w mały sabotaż. Kiedy rozmawialiśmy we wrześniu 2017 r., z uśmiechem wspominał malowanie na ulicach haseł „Tylko świnie siedzą w kinie”.

– Powstanie było już inne. Obowiązkiem moim i kolegów było zdobywanie jedzenia, w nocy, na kartofliskach. Także pomoc przy transporcie rannych, budowanie barykad. Broni nie było wiele, jeśli już, to butelki z benzyną – wspominał Edward Anders. – 30 sierpnia rozpoczęła się pacyfikacja dzielnicy, w której się wychowałem – Górnego Marymontu. Niemcy popędzili nas przez dzielnicę Wola, kościół św. Wojciecha do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Incydent związany z przybyciem jednej z grup warszawiaków do obozu opisywał w swoich wspomnieniach Felicjan Łada z Gdyni. Więźniowie krzyczeli do pędzonych przez obóz warszawiaków, że są w Stutthofie. Ci, próbując ucieczki, rozbiegli się pomiędzy barakami. Niemieccy strażnicy otworzyli ogień, masakrując wielu więźniów. Ranny w rękę został wówczas także jeden ze znienawidzonych kapo. Więzieni w Stutthofie polscy lekarze, do których trafił, wiedząc, z kim mają do czynienia, od razu amputowali całą rękę, aż po bark.

Do Stutthofu zesłano też grupę żołnierek AK, łączniczek i sanitariuszek, które brały udział w walkach na Mokotowie i w Śródmieściu.

– Ciemność, puchnące trupy, śmierdząca woda po pas, do tego gaz i szczury – tak przeprawę kanałami wspominały natomiast Helena Majkowska ps. Ela i Maria Kowalska ps. Myszka – warszawskie Kobiety-Pistolety.

Niektóre, tak jak Teresa Piątek i Helena Majkowska, wprost z kanałów wyszły pod niemieckie karabiny – okolice włazu były opanowane przez wroga. Helena Majkowska wspomina, że Niemcy kazali całemu oddziałowi uklęknąć. Wszyscy spodziewali się rozstrzelania. Po kilku godzinach, popędzono ich jednak w kierunku Pruszkowa. Stamtąd czterdziestka Kobiet-Pistoletów (w grupie tej były łączniczka Armii Ludowej, spadochroniarka radziecka oraz kobieta-żołnierz z I Armii Wojska Polskiego) została zesłana do KL Stutthof.

– Wieźli nas nocą w powstańczych mundurach, w których przedzierałyśmy się kanałami z Mokotowa do Śródmieścia – wspominała w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim”Teresa Piątek, ps. Terespol (zmarła w 2016 r.).

Zdałyśmy już sobie sprawę, że jesteśmy w obozie koncentracyjnym, podjęłyśmy więc próbę przekonania przyjmujących nas SS-manów, iż powinnyśmy być odwiezione do obozu dla jeńców wojennych, co pozostało oczywiście bez reakcji. Zapytano nas, czy walczyłyśmy z bronią w ręku, odpowiedź twierdząca przyjęta była wyrazami politowania – czytamy na stronie Muzeum Stutthof we wspomnieniach Hanny Kielanowskiej.

Niemcy, wysyłając jeńców wojennych (a taki status mieli wszyscy uczestnicy Powstania Warszawskiego trafiający do niewoli), złamali Konwencję Genewską. Nie mogli znieść również postawy żołnierek. Nie chciały zdjąć mundurów powstańczych, biało-czerwonych opasek, mimo że przeszły „procedurę powitalną” – ostre bicie, apel z obietnicą opuszczenia obozu przez komin krematorium. Kobiety-Pistolety wspominały o 1,5-miesięcznym głodzeniu, o przetrzymywaniu całej grupy w maleńkim pomieszczeniu.

– W obozie buntowałyśmy się, głośno śpiewałyśmy patriotyczne piosenki, choć widok trwających selekcji, bitych więźniów i dymy z krematorium były czymś przerażającym – mówiła Maria Kowalska.

– Podobno były plany, żeby całą naszą grupę zagazować zaraz po przybyciu. Mówiło się, że wtedy Niemcom zabrakło cyklonu B. Ostatnimi zapasami zgładzono bowiem kobiety żydowskie – wspominała Teresa Piątek.

Maksymilian Krzysztofik trafił do podobozu KL Stutthof w Dziemianach, w którym prowadzono na więźniach eksperymenty medyczne, a potem uciekł z Marszu Śmierci. Helena Majkowska zapamiętała uciążliwe apele w obozie i wszechobecny terror.

– To była gehenna, którą trudno opisać – podkreślał natomiast Edward Anders. – Najpierw odebrano nam wszystko, co mieliśmy przy sobie. Przebrano nas w pasiaki. Już to było trudne psychicznie do zniesienia. Potem jeszcze większy szok, gdy zobaczyłem jakieś cienie poruszające się wolno po obozie. To byli więźniowie. Tego widoku nie byłem w stanie zapomnieć. W Stutthofie najgorszy był głód. Był bardziej uciążliwy niż bicie. To było piekło na ziemi, a ja byłem żywym trupem.

Helena Majkowska, Maria Kowalska, Teresa Piątek, a także Maksymilian Krzysztofik uciekli z Marszu Śmierci na Kaszubach i przetrwali dzięki pomocy miejscowej ludności. Edward Anders został wyzwolony przez Sowietów z obozu ewakuacyjnego w Gęsi (gdzie skierowano Marsz Śmierci).

W Muzeum Stutthof pamiętają o mieszkańcach powstańczej Warszawy

Co roku w Muzeum Stutthof odbywają się uroczystości poświęcone mieszkańcom powstańczej Warszawy. W tym roku można pod Pomnikiem Walki i Męczeństwa zawiązań Wstążkę Pamięci, ukazała się też broszura edukacyjna „Powstańcy zwyciężali wszędzie! Warszawiacy w Stutthofie”.

Maksymilian Krzysztofik niemal do końca swego życia (zmarł w 2007 r. w Nowym Dworze Gdańskim) uczestniczył w spotkaniach z młodzieżą, by „przekazać, przez co musieliśmy przejść, by nigdy nie spotkało nikogo to, co nas”.

– Miałam 19 lat, w Powstaniu, choć chwilę, można było poczuć wyzwolenie. Hart ducha pozwolił mi przetrwać, priorytetem zawsze była Ojczyzna. Młodemu pokoleniu życzę, by nie musiało mieć takich przeżyć jak moje – mówiła w czasie jednych z uroczystości w Muzeum Stutthof Maria Kowalska.

– Po prostu kochajmy się – taki antywojenny, pełen optymizmu apel kierował do młodzieży Edward Anders, który regularnie uczestniczył w okolicznościowych spotkaniach w Muzeum Stutthof.

Czarnek zapowiada HIT!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie