Walczmy o igrzyska olimpijskie. Po co? By pokazać światu swoje atuty

Agaton Koziński
Bartek Syta / Polskapresse
Jeśli nie pójdziemy za ciosem, to Euro 2012 pozostanie dla Polski nigdy niewykorzystaną szansą na mityczny "efekt barceloński". Ale też sama Barcelona nie uzyskała go od razu - i właśnie w tym kryje się największa dla nas szansa.

Na poziomie półfinałów piłkarskie mistrzostwa Europy nie różnią się właściwie niczym od końcowych rund Ligi Mistrzów, najbardziej wymagających zawodów we współczesnym futbolu. O ile w fazie grupowej Euro 2012 błyszczeli nieznani wcześniej piłkarze, pojawiły się drużyny stosujące egzotyczne ustawienia taktyczne (Irlandia grająca dwoma napastnikami), to w fazie pucharowej Euro jest praktycznie powtórką z tegorocznych rozgrywek klubowych. Na boisku spotykają się ci sami futboliści, sędziują im ci sami arbitrzy, na trybunie honorowej oklaskują ich te same gwiazdy. Trenerzy drużyn narodowych przekazują te same zalecenia taktyczne zawodnikom, jakie oni słyszą od swoich trenerów klubowych. Nawet sposób transmitowania meczów czy oprawa wizualna spotkań są bardzo podobne.

Te podobieństwa to duża zasługa UEFA, która dochodzi do perfekcji w organizowaniu wielkich imprez piłkarskich. Ale to także zasługa gospodarzy Euro. Gdyby nie tabliczki z nazwami miast umieszczane przy boiskach, telewidz nie zdołałby odróżnić meczu rozgrywanego we Lwowie lub w Gdańsku od spotkania granego na Camp Nou w Barcelonie czy na San Siro w Mediolanie. Podobne wrażenie mogli odnieść weterani wyjazdów na ważne mecze w Europie - infrastruktura wokół stadionów, organizacja stref kibica w Polsce i na Ukrainie wyglądały identycznie jak przy okazji spotkań organizowanych w krajach zachodnioeuropejskich. Poszły na to duże pieniądze (Polska wydała na stadiony 5 mld zł, Ukraina 13 mld hrywien, czyli trochę ponad 1 mld euro), ale efekt udało się osiągnąć. Żaden kibic nie dostrzegł, że Euro odbywa się w państwach dużo biedniejszych niż kraje z bogatszej części naszego kontynentu. Oba kraje zrobiły też bardzo dużo, by upodobnić się do Europy Zachodniej.

Widać to głównie w sferze zwłaszcza infrastruktury. Polska łącznie wydała ponad 110 mld zł na przygotowania do Euro, z czego 90 proc. sumy (94 mld) pochłonęły wydatki na drogi, lotniska, dworce kolejowe czy transport publiczny. Ukraina wyłożyła nieco mniej - 79 mld hrywien (ok. 9 mld euro), ale za te pieniądze zbudowała nowe lotniska w miastach gospodarzach oraz połączyła je nowoczesną, szybką linią kolejową. Jak wylicza londyński think tank Capital Economics Polska w latach 2008-2011 co roku wydawała 1,3 proc. swego PKB na przygotowania do Euro, natomiast Ukraina - 1,7 proc. Przełożyło się to na wzrost ich deficytów budżetowych - co zwłaszcza dla Ukrainy, której gospodarka mocno oberwała podczas kryzysu (w 2009 r. tamtejszy PKB spadł o 14,8 proc.), było szczególnie bolesne.

Nie do końca wykorzystaliśmy szansę na ten mityczny efekt barceloński po Euro.

Ale, jak mawiają ekonomiści, jak się nie włoży pieniędzy do gospodarki, to się ich potem nie wyjmie. Warszawa i Kijów solidnie i solidarnie zainwestowały. Mają szansę na zwrot? To skomplikowane - odpowiadają eksperci. I wyliczają te komplikacje. Przede wszystkim, zaznaczają, imprezy sportowe nigdy nie zwracają się w twardej walucie. Za złotówki, które wydaliśmy na jej przygotowanie, kupujemy przede wszystkim prestiż, szacunek, pozytywne skojarzenia z krajem. Przy takiej okazji wielu kibiców ma się szansę dowiedzieć (często po raz pierwszy) czegoś o kraju gospodarzy. I dopiero później te miękkie, niewymierne skojarzenia przekłada się na realne zyski - w postaci pieniędzy, jakie do nas przywiozą zagraniczni turyści.

CO MYŚLISZ O PŁACENIU ZA TREŚCI W INTERNECIE? WYPEŁNIJ ANKIETĘ, WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE I WYGRAJ IPADA

Wyliczenia Capital Economics mówią, że sami kibice, którzy przyjadą na Euro, przełożą się na 0,2 proc. PKB Polski oraz 0,4 proc. PKB Ukrainy. Z kolei autorzy raportu "Impact" o wpływie imprezy na Polską gospodarkę uważają, że do 2020 r. wygeneruje ona zysk o łącznej wartości 2,1 proc. PKB (a w wersji optymistycznej może on sięgnąć nawet 2,7 proc. PKB). M.in. dzięki Euro do Polski co roku będzie przyjeżdżać o pół miliona zagranicznych turystów więcej niż teraz, pracę znajdzie dodatkowo 100 tys. osób. - A jak więcej osób zarabia, to więcej wydaje. W ten sposób nakręcają się konsumpcja oraz wzrost gospodarczy. Tak właśnie zarabiamy na Euro - mówi "Polsce" Jarosław Janecki, ekonomista banku Société Générale, współautor raportu "Short-term Soccernomics effects. UEFA Euro starts in Poland and Ukraine".

Janecki w swoim raporcie, podobnie jak autorzy raportu "Impact", opisuje tzw. efekt barceloński. Polega on na tym, że impreza sportowa w danym mieście okazuje się fantastyczną sposobnością do nakręcenia mody na nie. W ten sposób skorzystała Barcelona, organizując olimpiadę w 1992 r. - po niej stolica Katalonii stała się obowiązkowym punktem wycieczek dla zagranicznych turystów. Ten sam efekt powinien zadziałać wobec Polski - i przełoży się na większe zainteresowanie turystów i wyższe wpływy hotelarzy oraz restauratorów.

Problem tylko w tym, że na razie o wystąpieniu efektu barcelońskiego w Polsce możemy mówić co najwyżej w trybie warunkowym - czy rzeczywiście on będzie miał miejsce, przekonamy się w kolejnych latach. Znawcy tematu z Capital Economics w swoim raporcie ostrzegali przed nadmiernym rozbudzaniem oczekiwań, gdyż właściwie nie zdarza się, aby organizatorzy wielkich imprez sportowych na nich zarabiali. A Barcelona była po prostu wyjątkiem od reguły.

Tę myśl potwierdzają liczby. Portugalia, która organizowała Euro w 2004 r., w ciągu trzech kolejnych lat zyskała dzięki niemu tylko 0,56 proc. swego PKB, a także 40 tys. nowych miejsc pracy. Zbudowane na ten turniej nowe stadiony dziś są synonimem chybionych inwestycji w Europie, gdyż nigdy nie udało się ich zamienić w przedsiębiorstwa zdolne zarobić choć na swoje utrzymanie. Jeszcze mniej na organizacji mistrzostw Europy zyskali ich gospodarze w 2008 r. Austria i Szwajcaria. Dla Wiednia oznaczało ono zaledwie 0,28 proc. PKB dodatkowo, a dla Berna - 0,07 proc.

Czy więc szacunki mówiące o tym, że polski PKB zyska do 2020 r. aż 2 proc. PKB dzięki Euro, nie są zanadto optymistyczne? - Nie - podkreśla w rozmowie z "Polską" dr Jakub Borowski, który stał na czele grupy naukowców piszących raport "Impact". - Nie można Euro w Polsce porównywać z mistrzostwami w Szwajcarii i Austrii. Tamta impreza przyniosła niewielki zysk, ale też te państwa właściwie nie musiały inwestować w ich przygotowanie. My wydaliśmy dużo, ale też korzyści będą większe - dodaje ekonomista, który jest także członkiem Rady Gospodarczej przy premierze.

CO MYŚLISZ O PŁACENIU ZA TREŚCI W INTERNECIE? WYPEŁNIJ ANKIETĘ, WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE I WYGRAJ IPADA

Specjaliści największe nadzieje pokładają w inwestycjach, które najwięcej kosztowały - czyli w autostradach. One mają się stać nowym kołem zamachowym polskiej gospodarki. Ułatwią przewożenie towarów, umożliwią swobodne przemieszczanie się samochodem od Warszawy do Lizbony, poprawią mobilność Polaków. Każdą z tych opcji da się przeliczyć na twardą gotówkę - a ona z kolei przełoży się na wzrost PKB, ten wzrost, który przewidują autorzy raportów.

Inaczej widzą to autorzy raportu dla Capital Economics. Uważają, że nadmierne oczekiwania wobec wzrostu PKB dzięki Euro są ułudą. Głównym impulsem rozwojowym były bowiem same inwestycje - w stadiony, dworce, drogi, lotniska. Ale one już zostały ukończone, a więc nie będą generować zysków w przyszłości. Ich brak sprawi, że znikną też nowe miejsca pracy, co siłą rzeczy przełoży się na mniejszą konsumpcję. W ten sposób większość impulsów mających generować wzrost PKB w przyszłości nie będzie działać.

Nie zgadza się z takim stawianiem sprawy Jakub Borowski. - Polska będzie dalej szła gospodarczo do przodu, bowiem cały czas nie wykorzystujemy naszych rezerw. Część z nich uwolni uruchomienie autostrad. Ale musimy pamiętać, że nasz rozwój opiera się na podstawowych rozwiązaniach. Cały czas natomiast nie wiemy, na czym go oprzeć, gdy wykorzystamy wszystkie rezerwy, na razie nie mamy pomysłu na to, co potem - zaznacza.

Szansą mogłaby być turystyka. Polska ma w tej materii bardzo duży potencjał - rankingi ONZ plasują nas wśród 30 czołowych państw świata pod względem zachowanego dziedzictwa historycznego. Turyści na pewno mają u nas co oglądać - problem tylko w tym, że oni nawet tego nie wiedzą. Część z nich dowiedziała się o tym przy okazji Euro - później oni mają przyjechać do nas po raz kolejny, tworząc tzw. efekt barceloński. Tak się stanie? Jarosław Janecki ma wątpliwości. - Już widać, że do Polski przyjechało mniej kibiców, niż planowano. Zakładano milion, a nie sądzę, by w rzeczywistości było ich więcej niż 700 tys. Poza tym mam wrażenie, że tak naprawdę nic im nie pokazaliśmy. Obejrzeli u nas mecze takie same, jakie oglądają u siebie, wypili piwo tej samej marki, którą piją w domu. Polska na Euro nie odcisnęła wystarczająco silnie swego narodowego piętna - podkreśla ekonomista Société Générale.

CO MYŚLISZ O PŁACENIU ZA TREŚCI W INTERNECIE? WYPEŁNIJ ANKIETĘ, WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE I WYGRAJ IPADA

Ten aspekt wydaje się rzeczywiście najsłabszym ogniwem w polskich przygotowaniach do Euro. Stadionom, hotelom, lotniskom nie można nic zarzucić. Autostrad powstało wprawdzie mniej, niż planowano (w 2007 r. zapowiadano budowę 3 tys. km, ostatecznie otwarto zaledwie 1 tys. km), ale wydaje się, że w tej dziedzinie i tak wycisnęliśmy maksimum. Natomiast zabrakło pomysłu na to, by zapaść zagranicznym turystom w pamięć. A to ważne - co pokazała właśnie Barcelona. Olimpiada okazała się świetnym pretekstem do ściągnięcia do niej kibiców - ale na miejscu zobaczyli oni przepiękną starówkę, a przede wszystkim niezwykle oryginalną architekturą Gaudiego i w świat natychmiast poszedł sygnał, że to miasto jest niepowtarzalne. Do pewnego stopnia ten efekt udało się powtórzyć RPA dwa lata temu podczas piłkarskich mistrzostw świata. Dziś to państwo już nie kojarzy się z apartheidem, tylko z wuwuzelami - i nawet jeśli te trąbki są dużo za głośne dla słuchu przeciętnego człowieka, to skojarzenie z nimi jest o niebo lepsze niż z prześladowaniami rasowymi. Takiego wyróżnika zabrakło natomiast imprezie organizowanej w naszym kraju. Jest ona świetnie przygotowana - ale nie różni się niczym od zawodów, które odbyły się cztery, osiem czy 12 lat temu. Za pięć lat przeciętny kibic nie będzie umiał sobie przypomnieć, czy Torres strzelił bramkę w finale Euro w 2008 czy w 2012 r. - bo te imprezy i pod względem sportowym, i pod względem organizacyjnym są niemal identyczne.

Wydaje się, że nie do końca wykorzystaliśmy szansę na ten mityczny efekt barceloński po Euro. Ale też sama Barcelona nie uzyskała go od razu - i właśnie w tym kryje się największa szansa dla Polski. Przypomnijmy sobie, że przed olimpiadą w stolicy Katalonii w 1992 r. odbył się jakże pamiętny dla nas mundial Espana '82. "Uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek" - śpiewał wtedy Bohdan Łazuka. Ale mimo że ten mundial był bardzo ciekawy, to wcale nie przełożył się na wzrost zainteresowania Hiszpanią. W 1982 r. ten kraj miał mnóstwo problemów politycznych i gospodarczych - był wtedy poza wspólnotą europejską, ledwie siedem lat wcześniej odzyskał demokrację po rządach generała Franco. Dla Francuzów był on krajem, w którym można znaleźć tanią sprzątaczkę, ale nie jakąkolwiek atrakcją. Ten wizerunek Hiszpanii udało się zmienić dopiero 10 lat później - przy okazji olimpiady w Barcelonie i Expo w Madrycie, które odbyły się w tym samym roku. Ale też Hiszpania na początku lat 90. była już innym krajem, bardziej świadomym swoich atutów i umiejącym je skutecznie sprzedawać. Natomiast współczesna Polska bardziej przypomina tę Hiszpanię z 1982 r. niż tę drugą. Większości Niemców ciągle bardziej kojarzymy się z tanimi sprzątaczkami niż ze sprawnie zarządzanym państwem. Euro jest dopiero pierwszym krokiem w przełamywaniu tego stereotypu. A skoro go zrobiliśmy, należy iść dalej.

Jeśli rzeczywiście chcemy osiągnąć efekt barceloński, musimy za mniej więcej osiem, dziesięć lat znów zorganizować u nas wielkie wydarzenie (olimpiada wydaje się najlepsza) i przy jego pomocy pokazać światu wszystkie nasze atuty. Świadomie je wyselekcjonować i wyeksponować - tak, by jednoznacznie pozytywnie mówiły, że Polska jest naprawdę ciekawym państwem. Jeśli nie pójdziemy za ciosem, to Euro, które teraz zorganizowaliśmy, pozostanie nigdy niewykorzystaną szansą.

CO MYŚLISZ O PŁACENIU ZA TREŚCI W INTERNECIE? WYPEŁNIJ ANKIETĘ, WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE I WYGRAJ IPADA

Wideo

Komentarze 11

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zimna suka
dołączył do grona osób uznawanych przez Matołów za wariatów.
Widać wyraźnie, że "wariatów" przybywa, a oświeconych i POstępowych - ubywa.
s
spec
KRAKÓW-ZAKOPANE 2022 Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Na olimpiadę letnią nie mamy żadnych szans. A na Olimpiade Zimowa jak najbardziej. 1-Mniejsza ilość chętnych ( tylko kraje północne) 2-Poszeżenie oferty olimpiady . Nie tyko Zakopane ale tez Kraków,Szczyrk,Krynica 3- ZIO W 2014 olimpiada w Soczi w 2018 w Azji a Kraków/Zakopane ma szansę w 2022. Należy to wykorzystać
B
BudowlaniecPO
Nowe stadiony można przykryć dodatkową warstwą betonu
i stworzyć bunkry dla naszego Ukochanego Führera oraz całego Biura POlitycznego KC PO.
Nowe tusko-strady wielokrotnego użytku można zwinąć w rulon,
przewieźć i rozłożyć w innym miejscu - jak trawnik.
POlszewik wszystko POtrafi.
b
bura suka
jednak chciałem przypomnieć niejakiemu bońkowi ze to POważny błąd,przyznanie racji PISiorowi,może skończyć się dla niego POdobnie jak z gen.Petlickim.On równiez nieroztropnie skrytykował sekte PEŁO i jej pierwszego sekretarza KC i jak sie skończyło wszyscy wiemy.Konkluzja,proszę sie z tych słów wycofać jak najszybciej,POsypać głowę POpiołem i prosic o niski wymiar kary.
J
Jarek
Cały ten wywód utrzymany jest w obowiązującej konwencji sukcesu i hurraoptymizmu. Nie ma natomiast nic wspólnego z realiami i ze zdrowym myśleniem.

Na Euro wybudowano 4 stadiony, na Euro wybudowano 2 terminale lotnicze, wyremontowano i umyto kilka dworców kolejowych. Super!

Czy wybudowano drogi na Euro? Nie, nie wybudowano dróg z punktu widzenia Euro.
Czy Poznań, Gdańsk, Wrocław zostały skomunikowane ze sobą nowoczesnymi drogami? Czy skomunikowano Polskę z Ukrainą drogą klasy S lub A?
Zatem zostawmy bzdury w stylu, że powstały jakieś drogi 'na Euro'.
Urzędujący rząd zmieniał prawo, aby drogę bez jednej warstwy, czyli de facto w budowie otworzyć dla ruchu. Nawet z tym nie zdążyli i używali ściemy, aby ludziom zamydlić oczy.

Podobnie jest z koleją. Czy powstały nowe szybkie połączenia? Litości, polska kolej to dno.
Trasa nad morze z Wawy (321km) zajmuje obecnie 7h.

Ktoś powie powstały nowe drogi i połączenia w miastach-gospodarzach. To prawda - ale pewnie kosztem innych projektów w naszym kraju. Np. w Gdańsku przekwalifikowano część trasy Sucharskiego na trasę Słowackiego po to, aby zdobyć finansowanie (bo to trasa od lotniska do stadionu). Trasa oczywiście nie powstała, ale kasa przyznana jest pewnie kosztem innych miast.

Olimpiada? NIE MAMY ANI JEDNEGO OBIEKTU! ŻADEN STADION SIĘ NIE NADAJE!

Zamiast tego urealnijmy nasze plany, zbudujmy to co trzeba zbudować i cieszmy się, że Euro wyszło.

Nie dajmy sobie wmawiać, że jesteśmy jacyś gorsi, że daleko nam do Europy, że musimy wydać ogromną kasę aby inni nas polubili i zobaczyli. Róbmy swoje i dbajmy przede wszystkim o siebie. Szanujmy siebie, inwestujmy siebie, nie dzielmy się tylko łączmy wokół dużych wyzwań naszego kraju (które nie podlegają dyskusjom politycznym)

Efekt barceloński = szklane domy.
P
PO igrzyskach
śpiewają urocze panie zespołu "Jarzębina" w Kocudach.
I tak trzymać.
Wystarczy podłączyć się do telewizorni, obejrzeć migawki i przekonać się, że wszystko idzie świetnie, a nawet jeszcze lepiej.
Kolorowi kibice którzy zjechali z całego świata, nie mogą wyjść z podziwu.
Okazało się, że Polska jednak nie leży za kołem polarnym, nie ma tu białych niedźwiedzi,
a życzliwi i dobroduszni mieszkańcy nie chodzą przyodziani w focze skóry.
Jest nadzieja, że dzięki igrzyskom "Koko-Spoko" 2012, POlactwo zostanie w końcu
uznane za europejskie plemię zamieszkujące okolice rzeki nazywanej Wisłą.
O takie uznanie zabiegali nasi Ukochani Przywódcy oraz ich wierni POddani i takiego
uznania oczekiwali.
A później ... choćby i potop.
c
cezar
Niestety, kreowany mozolnie przez media mit o wielkości polskiego futbolu prysł jak bańka mydlana, gdyż nasi nie tylko, że nie wyszli z grupy, z której łatwiej było wyjść niż nie wyjść, to jeszcze do tego zajęli w niej ostatnie miejsce. Usta same się składają do refleksji: „Taki sukces, jaki premier”.

Potem spadło na niego kolejne nieszczęście, bowiem podpadł Putinowi burdą z kibolami dopełnioną wtopą ruskiej jedenastki na występach w Polsce. A na domiar złego, jak Włosi po przepięknym meczu znokautowali Niemców na Stadionie Narodowym, do grona wielkich przegranych doszlusowała rzekomo niepokonana Deutsch-Nationalmannschaft pani kanclerz Merkel i tym samym padł ostatni bastion, na który postawili pijarowcy Donalda i jego Platformy.

Propagandziści rządowi pohukują jeszcze tu i ówdzie: „Przecież nic się nie stało, mamy świetną drużynę, więc się odegramy na Mistrzostwach Świata, prawda?”. Otóż gówno prawda, że pozwolę sobie zacytować słynne słowa księdza Józefa Tischnera.

I kto teraz Donalda poklepie po plecach w Brukseli??? Kogo teraz Donald cmoknie uniżenie w mankiet??? Z kim się teraz uściska w trudnej chwili???
.
Te olimpiady itd. to mrzonki jak te 3000 km autostrad obiecane przez rząd (z których wybudowali 600).
n
niepatriota
A może lepiej polećmy na Marsa?
Te mistrzostwa przyczyniły się do rozwoju najsilniejszych polskich miast. Dysproporcje pomiędzy nimi a resztą kraju jeszcze bardziej się pogłębiły. Lokomotywy pędzą do przodu, reszta stoi w polu.
l
lol
"stosujące egzotyczne ustawienia taktyczne (Irlandia grająca dwoma napastnikami)"

lol
Dla tego ignoranta autora futbol w ogóle musi byc egzotyczny.
r
realistka
Barcelona ma inny atut oprócz oryginalnej architektury - klimat. Polska nigdy nie będzie równie atrakcyjna turystycznie. Na przygotowanie olimpiady stać tylko najbogatszych, a my do nich nie należymy. Ile długu mamy dzięki euro? Kto za to zapłaci? Jakie podatki teraz podniesiemy? Jak bardzo musielibyśmy się zadłużyć, żeby wybudować obiekty olimpijskie, których potem najczęściej się już nie wykorzystuje?
Dodaj ogłoszenie