Wakacje last minute... czyli Polak na urlopie

Redakcja
Jola Gabinecka z dziećmi: Marcinem, Magdą oraz bliźniakami Olgą i Kamilem.        Mama zawsze znajdzie niedrogą kwaterę, gdzie mogą spędzić wakacje
Jola Gabinecka z dziećmi: Marcinem, Magdą oraz bliźniakami Olgą i Kamilem. Mama zawsze znajdzie niedrogą kwaterę, gdzie mogą spędzić wakacje Wojciech Gadomski/POLSKA
Marzymy o podróżach i siedzimy latem w domu. A przecież nawet za niewielkie pieniądze da się wypocząć z rodziną. Co można robić podczas urlopu i za ile, czytelnicy opowiedzieli Konradowi Dulkowskiemu

Polacy zapytani o to, na co wydaliby wy-graną w totolotka, odpowiadają, że najpierw kupiliby dom, ale zaraz po nim wymieniają daleką podróż. Marzymy o poznawaniu świata. Ale wygląda na to, że największy boom turystyczny mamy już za sobą.

Bo jeśli pod koniec lat 90. - odreagowując okres zamknięcia w PRL-owskim obozie - aż 63 procent naszych rodaków wakacje spędzało za granicą, to w ubiegłym roku, według Instytutu Turystyki, wyjechała niecała połowa (47 procent), a tylko co piąty Polak wyjeżdża na wakacje rok w rok. W tym roku znowu wyjedzie nie więcej niż połowa z nas. To niewiele na tle innych krajów europejskich, gdzie 2/3 społeczeństw uznaje wakacyjny wyjazd urlopowy za święte prawo i skrzętnie z niego korzysta.

A my nie. Wolimy pracować całe lato, w pocie czoła budować drugą Japonię. A, jak wiadomo, jest to kraj, w którym wzięcie urlopu uznaje się za nietakt niemalże równy puszczeniu bąka w towarzystwie. Bo jak inaczej tłumaczyć, że mamy coraz więcej pieniędzy (wg GUS średnia pensja to już ponad 3 tys. zł), a podróżujemy coraz mniej?

- Rosną bardzo dochody osób zarabiających powyżej średniej krajowej, a biedni nadal mają tyle samo - tłumaczy Krzysztof Łopaciński, dyrektor Instytutu Turystyki. Trudno więc oczekiwać, że po-jadą dokądkolwiek, gdy ledwo wiążą koniec z końcem.

Ale wbrew pozorom najbogatsi także nie wyjeżdżają tak często. Grupami zawodowymi zarabiającymi w Polsce najlepiej są menedżerowie wyższego szczebla i prowadzący własną działalność gospodarczą. A jednak spośród nich rekrutuje się niewielu turystów. Pierwsi nie mogą sobie pozwolić na dłuższy urlop, bo pną się po szczeblach kariery. Z kolei większość przedsiębiorstw to małe i średnie firmy, które nie są w stanie funkcjonować, gdy właściciel opala się na plaży.

Nie wyjeżdżają też rolnicy, a to grupa zawodowa w Polsce znacznie liczniejsza niż w innych krajach UE. Nie urlopują, bo żniwa same się nie zrobią, a krowy nie wydoją. Zresztą potrzeba odetchnięcia świeżym powietrzem silniejsza jest wśród mieszczuchów, rolnicy mają go pod dostatkiem na co dzień.

A mieszczuchy dodatkowo mają coraz mniej rodziny na wsi, więc odpadają wakacyjne wyjazdy "do babci", które przez lata były podstawą masowej turystyki Polaków.

Nawet mając pieniądze i wolny czas, coraz rzadziej mamy też potrzebę podróżowania. Bo świat zmniejszył się radykalnie. Jeszcze 20, 30 lat temu zachód Europy to była egzotyka. Wszystko było inne, każde miasto potrafiło zaskoczyć. Francuski Auchan był krainą obfitości i luksusu w oczach Polaka, którego pensja w przeliczeniu wy-nosiła 20 dolarów.

Dzisiaj bez kompleksów poruszamy się w dżungli marek. Jednocześnie kilka kanałów podróżniczych pokazuje nam Afrykę, przy której eksploracji nie trzeba się spocić, a jeśli ktoś ciekaw jest Ka-plicy Sykstyńskiej, to zobaczy ją na ekranie telewizora, nie ruszając się z fotela ustawionego w nowym wygodnym mieszkaniu, tak różnym od ciasnego M, z którego jeszcze niedawno w każdy wolny weekend uciekaliśmy za miasto. A jeśli znudzi nam się towarzystwo nowej plazmy, w którą zainwestowaliśmy, zamiast wykupić wczasy, pod nosem mamy imprezy, teatry, kina. Szum lasu rzadko wygrywa konkurencję z koncertem.

Wciąż jednak są tacy, którzy marzą o słońcu. Czują, że muszą wyjechać, lubią eksplorować albo po prostu chcą posmażyć się na plaży, byleby odpocząć od betonu. Oczywiście od zasobności portfela zależy, czy będzie to plaża nad Wigrami, czy na brzegu Oceanu Indyjskiego. Średnio polscy turyści na spędzenie 10 dni urlopu w kraju wydają 780 zł. Taki sam wyjazd zagraniczny to już wydatek rzędu 1,2 tys. zł na osobę. Tyle statystyka.

W praktyce mniej zasobni szukają superokazji, a bogatsi mogą pozwolić sobie na luksus wyjazdu zorganizowanego przez wyspecjalizowane biuro podróży.

Większość z nas nie skąpi pieniędzy na przygotowanie się do spędzenia urlopu, szczególnie za granicą. Jeśli wyjść na plażę, to tylko w modnych szortach kąpielowych, jedynie renomowanych ma-rek. Jednak o ile na rzeczy potrafimy wydać sporo, o tyle już kompletnie inaczej zachowujemy się, wykupując wczasy. Kombinujemy, jak wyjechać najtaniej, i najczęściej bierzemy podstawowy pakiet, czyli przelot i zakwaterowanie. Dopiero na miejscu okazuje się, że nie zaoszczędziliśmy, bo trzeba wydać pieniądze na wycieczki, napoje do posiłków czy drinki, które mieszkający w tym samym hotelu Niemcy mają gratis, bo zapłacili za all inclusive. Podróże kształcą.

Bez biura podróży

Ania Kalinowska, studentka AWF, nie korzysta z ofert zorganizowanego wypoczynku. Samemu jest znacznie taniej i dużo ciekawiej. Nawet tak, zdawałoby się, oklepane Wyspy Kanaryjskie mogą być fascynującym miejscem.

- Była promocja, bilety lotnicze po 1,2 tys. zł, więc postanowiłam jechać, chociaż wcześniej sądziłam, że Kanary to taki kurort dla emerytów - śmieje się Ania.

Zwykle biura oferują wyjazd wyłącznie na tylko jedną z siedmiu wysp archipelagu. Ona z przyjaciółmi zwiedzili trzy. Okazało się, że poza oblężonymi przez turystów kurortami to raj na ziemi. Piękne lasy, najwyższy szczyt Hiszpanii (bo wyspy należą do tego kraju) - wulkan Teide, wioski, gdzie częstują owocami morza, lokalnym serem i winem...

- W jednej z wiosek nikt nie mówił po angielsku - opowiada Ania. - Nie mogliśmy się dogadać, więc weszłam po prostu do kuchni i zaglądałam w garnki, pokazując palcem, co zamawiamy. Nie wiem, co tam jadłam, ale było pyszne.

Było znacznie taniej niż na wczasach z biurem podróży. Tak samo pojechała więc do Indii. Podróży nie planowała. Po prostu pewnego dnia przechodziła obok biura Aerofłotu i rzuciła się jej w oczy promocja na bilety do Delhi. Tego samego dnia wysupłała potrzebne 2 tys. i zabukowała lot.
- Stwierdziłam, że o pieniądze na wyjazd i o całą organizację będę się martwić później, bo miałam jeszcze pół roku do terminu wylotu - opowiada Ania.

Koniec końców, pojechali zgraną paczką 20 osób. Na miejscu wynajęli autokar.
- Miał być "de luxe", a okazał się zabytkiem w rodzaju polskich "ogórków" z lat 60. - śmieje się Ania. - Przed wyjazdem w trasę kierowca przynosił wielką bryłę lodu, wsadzał do jakiegoś urządzenia z wentylatorem i to miała być obiecana klimatyzacja.

Zatrzymywali się w lokalnych hotelikach, stołowali w ulicznych jadłodajniach, z których korzystają Hindusi. Miejscowi służyli im za przewodników. W Indiach Ania zobaczyła ludzi, którzy mają mało, a mimo to są szczęśliwi. Uśmiechają się, są życzliwi, nie zazdroszczą turystom ich bogactwa.
- Po drodze spotkaliśmy polską wycieczkę - opowiada. - Podróżowali nowoczesnym autokarem, mieli polskiego przewodnika. Nie kontaktowali się z miejscowymi, wokół nich była jakby niewidzialna bańka, wewnątrz której mieli tę swoją Europę.

Dwa tygodnie po powrocie z Indii Ania pojechała do Chin - też były bilety w promocji. Ale Państwo Środka już nie wywołało w niej takich emocji. Ogromne pieniądze pompowane w organizację igrzysk, straszna bieda sąsiadująca z nowoczesnymi drapaczami chmur, wszechobecna propaganda.
- W Pekinie zapytałam przewodniczkę o mercedesa bez rejestracji, który zaparkował obok nas. Ona, patrząc na samochód, najspokojniej w świecie odpowiedziała, że takie rzeczy... nie mają w Chinach miejsca.

Największym rozczarowaniem okazał się klasztor Shaolin. Ania nosiła w wyobraźni wizerunek świątyni zagubionej w górach, gdzie mnisi oddają się doskonaleniu ciała i ducha. Rzeczywistość to parking na 200 autokarów i betonowe akademiki, w których mieszkają setki dzieciaków marzących o karierze w Hollywood.

Chiny skreśliła z listy podróżniczych celów, za to na pewno jeszcze wróci do Indii. Inne marzenie to przemierzyć konno Mongolię. Na razie studiuje, więc ma sporo czasu, ale co będzie, gdy zacznie pracę?

- Trochę się boję tej dorosłości, bo nie wyobrażam sobie życia bez podróży. Nawet jak nigdzie nie jadę, to noszę pod pachą książkę Cejrowskiego. Nie ma rady, muszę znaleźć pracę, która pozwoli mi na niezależność.

Tylko pod namiot

Karolina i Piotr Olszewscy wyjeżdżają często. Zawsze z dziećmi - Nikolą i Adasiem. Chociaż przeciętny pobyt trwa tylko kilka dni, w ciągu roku spędzają poza domem ok. trzech miesięcy. Obowiązkowym punktem każdych wakacji jest pobyt nad morzem. Zwykle pod namiotem, bo to oznacza niezależność. Także od kapryśnej pogody.

- Kiedy załamała się pogoda, to po jednym dniu spakowałam się i pojechałam do domu. Nad morze wróciłam po tygodniu, gdy świeciło piękne słońce. A moi znajomi mieli zepsuty urlop, bo nie mogli zrezygnować z wcześniej wykupionych wczasów - opowiada Karolina.

Niebagatelne są też koszty. Cena miejsca na kempingu to ok. 40 zł za dobę, wliczając w to opłatę za samochód. Doliczając do tego wyżywienie i atrakcje, 10-dniowy wyjazd zamyka się w kwocie 1,5 tys. zł za rodzinę.

- Jedzenie wieziemy ze sobą, bo nad morzem jest drogo, nawet w sklepach - kalkuluje Karolina.
Na wakacjach dużo zwiedzają, chodzą na długie spacery.

- Odpoczywamy po powrocie, w domu, tu możemy sobie poleżeć na trawie - mówi Karolina. Mają dom niedaleko Warszawy, pracują tak, by mieć maksimum swobody. Karolina jest dziennikarką, współpracuje z PAP. Piotr ukończył prawo, ale uprawia na Warmii wierzbę energetyczną.

- Wakacje są nam potrzebne, by ożywić małżeństwo, bo wtedy widzimy się w zupełnie innych sytuacjach niż zwykle - przekonuje Karolina. - Ale są takie pary, które pracują tyle, że właściwie się nie znają, i podczas urlopu nie są w stanie wytrzymać ze sobą nawet tygodnia.

Olszewscy nie wyjeżdżają w sezonie, wolą czerwiec albo wrzesień, gdy nad morzem da się naprawdę wdychać jod, a nie opary dezodorantów i dym papierosowy. Na razie nie planują wyjazdów zagranicznych, może kiedy dzieci podrosną.

Karolina z Piotrem zaliczyli już w życiu standardową Tunezję i Egipt. - W Egipcie mąż mi się oświadczył, więc z sentymentem wspominam ten wyjazd. Ale poza tym było tak, jak powinno być na takich wczasach.

Czyli hotel, leżaki, basen, szwedzki stół. Przejechałam się na wielbłądzie i usłyszałam, za ile zwierząt by mnie Arab kupił. Standardowy program turystyczny, nic mnie nie zaskoczyło - opowiada. Zamiast wczasów z biurem podróży woleliby ruszyć w samochodowy objazd po Europie. Porzucili już młodzieńcze marzenia o zwiedzeniu Stanów Zjednoczonych.

- Może kiedyś, jak dzieci będą dorosłe... - zamyśla się Karolina. - A może już nigdy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie