W Sojuszu idzie czas zmian, ale bez rewolucji. Scenariusze dla SLD

Redakcja
Słaby wynik wyborczy Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie pozostawia złudzeń, że w partii dzieje się źle, i to nie tylko za sprawą jej przewodniczącego. Pytanie: co dalej? O tym, jakie scenariusze dla SLD piszą ludzie lewicy i którą z dróg wybiorą - pisze Dorota Kowalska.

Jeśli ktoś miałby gorzko zapłakać po 9 października, to pewnie politycy Sojuszu. Wynik wyborczy SLD był daleki od oczekiwanego, chociaż pesymiści już kilka tygodni przed decydującą rozgrywką nie dawali partii Grzegorza Napieralskiego więcej niż 9 proc. poparcia. Tyle tylko, że chyba nawet oni nie spodziewali się, iż Sojusz zostanie zepchnięty do narożnika i będzie dopiero piątą siłą polityczną w nowym parlamencie. - Katastrofa - wzdychali politycy lewicy na wieczorze wyborczym, co niektórzy dyskretnie rzucali przekleństwa, jeszcze inni próbowali się uśmiechać, ale był to uśmiech przez łzy. - Nastroje nie są najlepsze - nie ukrywa Leszek Miller, poseł, bo też były premier znalazł się w grupie 27 sojuszowych szczęśliwców, którym udało się zdobyć mandat poselski. - Wszyscy jednak liczyli na więcej - dodaje.

CZYTAJ TEŻ: Janik: SLD czeka długi marsz. Nowy szef musi być długodystansowcem

To "jednak" jest tu jak najbardziej na miejscu, bo o tym, że w Sojuszu dzieje się źle, wiadomo było od dawna. Grzegorz Napieralski, przewodniczący SLD, po świetnym wyniku w wyborach prezydenckich, poczuł się bardziej niż pewnie, niektórzy dodają nawet mniej dyplomatycznie, że najzwyczajniej w świecie "uderzyła mu do głowy sodówa i widział się już w roli wicepremiera". W każdym razie trzymał partię silną ręką, nie znosił sprzeciwu, a swoich potencjalnych rywali eliminował albo w najlepszym wypadku, spychał na margines życia politycznego. I choć politycy Sojuszu oficjalnie nie psioczyli na przewodniczącego, to nieoficjalnie nie zostawiali na nim suchej nitki. Co rusz pojawiały się przecieki, że oto w SLD w siłę rośnie opozycja, która wcześniej czy później wystąpi przeciw Napieralskiemu, tworzą się nieformalne koalicje, a atmosfera jest daleka od przyjaznej. Nieprzyjemnie zrobiło się także podczas układania list wyborczych, nad którymi czuwał sam przewodniczący. Nie znaleźli się na nich m.in. Józef Oleksy czy Włodzimierz Czarzasty, ale znalazł się Leszek Miller, co też może świadczyć o niekonsekwencji Napieralskiego w stosunku do starych działaczy: bo jednych upokarza, innych zaprasza do współpracy.

CZYTAJ TEŻ: Kwasniewski: Napieralski ma czas na refleksję. Powinien poszerzyć wiedzę

Nic więc dziwnego, że kampania wyborcza, mimo uśmiechów na twarzach polityków Sojuszu, wcale nie wyglądała na zespołową walkę o jak najlepszy wynik wyborczy, a przypominała raczej indywidualne kiwki zawodników, którzy grają wyłącznie do swojej i tylko swojej bramki. Nie zaskakiwały więc artykuły prasowe, w których dziennikarze sugerowali, że oto spora grupa polityków Sojuszu trzyma kciuki za swojego byłego kolegę Bartosza Arłukowicza, który w wyborczym pojedynku miał się zmierzyć z przewodniczącym Napieralskim w Szczecinie, bo jego wygrana utarłaby nosa szefowi, któremu wydaje się, że nie ma na niego mocnych. Podsumowując: Sojusz przegrał wybory na długo przed 9 października.
- Sytuacja jest krytyczna. SLD został doprowadzony na skraj politycznego istnienia. Lewica, tym bardziej centrolewica, nie tworzy żadnego porozumiewającego się środowiska. W wyniku infantylnego pojmowania polityki, krótkowzroczności i ignorancji dzisiejszy Sojusz jest całkowitym zaprzeczeniem tego, czym był w momencie tworzenia - nie owija w bawełnę senator Włodzimierz Cimoszewicz, były premier i były szef MSZ. - Zamiast szerokiej, dość luźnej, ale przyjaznej koalicji, która respektuje prawo do różnic, jest wąziutka sekta, która świadomie, ale bezmyślnie zniszczyła wszelkie możliwości porozumiewania się z innymi. Jeśli dodać do tego kardynalny błąd, jakim było zradykalizowanie deklarowanej linii politycznej i tym samym przesunięcie się nie do środka, ale na margines sceny politycznej, to mamy nieuchronny tego wszystkiego rezultat. Trzeba też niestety dodać do tego wstydliwą miałkość intelektualną ludzi, którzy podporządkowali sobie tę partię - wylicza senator Cimoszewicz.

Kogo Włodzimierz Cimoszewicz ma na myśli, mówiąc o "miałkości intelektualnej", można się tylko domyślać, w każdym razie Grzegorz Napieralski ogłosił już, że kongres Sojuszu Lewicy Demokratycznej, na którym zostaną wybrane nowe władze partii, odbędzie się wcześniej, niż zakładano, a on sam na pewno nie będzie się ubiegał o reelekcje.

Tyle tylko, że sama rezygnacja Napieralskiego nie rozwiązuje problemu, i zdają sobie z tego sprawę ludzie związani z lewicą. Od kilku dni odbywają się zatem gorączkowe spotkania, wieczorne narady, a Aleksander Kwaśniewski zdaje się przyjmować ostatnio gościa za gościem. Włodzimierz Cimoszewicz, który też po fatalnym wyniku wyborczym Sojuszu rozmawiał z byłem prezydentem, o konkluzjach spotkania mówi krótko: - Podobnie krytycznie oceniamy sytuację, obaj nie wykluczamy szansy na sanację i obaj zdajemy sobie sprawę, że terapia musi być radykalna.

CZYTAJ TEŻ: Będzie sojusz SLD z Ruchem Palikota? ''Współpraca jest potrzebna''

O tym, co dalej z Sojuszem, zwłaszcza że po lewej stronie sceny politycznej pojawił się nowy twór, i to całkiem sporych rozmiarów, mowa oczywiście o Ruchu Palikota, który zdobył więcej mandatów niż SLD, zadecydują najbliższe tygodnie. Terapia według tych, którym losy lewicy leżą jeszcze na sercu, powinna być rozłożona w czasie i odbywać się etapami.

- Przede wszystkim Sojusz musi uporządkować swoje własne sprawy - ocenia Józef Oleksy, były wicepremier. - Musi odbyć się kongres Sojuszu, trzeba wybrać nowe władze i nie ma co tego odkładać - dodaje. Dokładnie tego samego zdania jest Krzysztof Janik, który podkreśla, że oto mamy w polskim parlamencie partię, którą nikt nie kieruje, taki statek bez kapitana, mówiąc obrazowo.

Dorota Kowalska

Więcej przeczytasz w weekendowym wydaniu dziennika "Polska" lub w serwisie prasa24.pl

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Turbulencja
Mówi, że jego zabiegi o zdjęcie krzyża w sali obrad Sejmu to konsekwencja decyzji prezydenta Komorowskiego, który kazał usunąć krzyż "smoleński" z Krakowskiego Przedmieścia.

Tusk przed 2005 r. zażądał od Zyty Gilowskiej (która była lokomotywą PO) ustapienia jedynki na liście lubelskiej dla Palikota. Nie zgodziła się, więc znalazł pretekst, upokorzył ją i zmusił do odejścia.

Ruchu Palikota został celowo wykreowany przez media i towarzyszące im układy. Wszystko po to, aby stworzyć blokująco-kontrolującą mniejszość na wzór dawnej Samoobrony. Palikot już zapowiedział, że poprze rząd PO-PSL, nie stawiając żadnych warunków Donaldowi Tuskowi.

Przed wyborami mózgi PO kombinowały, jak uderzyć w opozycję, by zmniejszyć jej szanse na zwycięstwo. Najłatwiej obniżyć poparcie dla opozycji przez rozproszenie głosów, czyli przez stworzenie wiarygodnych alternatyw.

Najpierw wypuszczono wabik na wyborców Prawa i Sprawiedliwości przez stworzenie partii Polska Jest Najważniejsza. Wiadomo, że rozłam w PiS dokonał się po konsultacjach przyszłych rozłamowców z politykami PO, w tym z Palikotem.

Gdy sondaże nie pozostawiały złudzeń, że PJN poniesie totalną katastrofę, i ta prowokacja polityczna się nie powiodła, wypuszczono kolejny wabik -- tym razem na wyborców lewicy.

Palikot ma za zadanie kanalizować frustrację wyborców, by nie obróciła się ani przeciw Komorowskiemu, ani przeciw Platformie. Ma wywołać wojnę religijną w Polsce, by np. poprzez konflikt o krzyż w Sejmie przykryć prace nad budżetem i działania rządu w sferze finansowej. Media będą wolały zająć się walką o krzyż w Sejmie, niż pracami nad budżetem i narastającym kryzysem w państwie.

W podziękowaniach dla wspierających go znanych osób Palikot wymienił Jerzego Urbana, Lecha Wałęsę, Andrzeja Olechowskiego, Władysława Frasyniuka, Jolantę Kwaśniewską, Kazimierza Kutza, Magdalenę Środę i Piotra Tymochowicza.

Tak, ten starszy pan stojący nieopodal lidera formacji Palikota, to Jerzy Urban, były rzecznik rządu PRL, który zajmował się w latach 80. gnojeniem ludzi, w tym błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. W powszechnej pamięci pozostał jako ten, którego artykuły -- jak zeznawał Grzegorz Piotrowski -- motywowały funkcjonariuszy SB do działania, czyli do zamordowania kapłana. Przestępcy -- jak mówili w czasie procesu toruńskiego -- nie mogli znieść mieszania się ludzi Kościoła w sprawy polityczne.

W latach 90. Urban kontynuował swą pracę na rzecz ośmieszenia Kościoła i jego ludzi -- w tygodniku "Nie". Tuż obok Palikota i Urbana kolejna postać z przeszłością, redaktor antychrześcijańskich "Faktów i Mitów", w którym pisywał morderca ks. Jerzego, Grzegorz Piotrowski.

Kolejne postulaty Palikota to łatwiejsze uśmiercanie poczętych dzieci w imię uproszczenia życia kobietom, refundacja in vitro, usunięcie religii ze szkół, dołożenie księżom, legalizacja marihuany i przywileje dla homoseksualistów. W skrócie -- nowoczesne państwo z marzeń Jerzego Urbana.
Dodaj ogłoszenie