Vaclav Havel. Miłośnik rocka w teatrze polityki

Anna J. Dudek
Prezydent z nieodłącznym papierosem w ustach, w zgrzebnym swetrze. Prezydent, którego sekretarka była hippiską słynącą z tego, że nosiła wielkie, niepasujące do reszty stroju zabawne kolczyki. Głowa państwa, która śmiga po korytarzach prezydenckiego pałacu na hulajnodze, śpiesząc z jednego spotkania na kolejne (asystentkę zatrudnił natychmiast, kiedy zaproponowała mu poruszanie się w ten sposób).

Prezydent jak z Bunuela
To nie kadry z szalonej wizji Bunuela, ale sytuacje z życia prezydenta Czechosłowacji i Czech Václava Havla. Dysydenta, który stał się politykiem, nigdy jednak nie tracąc kontaktu z tym wszystkim, co było treścią jego życia, zanim stał się jednym z najwybitniejszych polityków powojennej Europy - z teatrem, z fascynującym światem podziemnej, praskiej kultury. Dramaturga, który traktował swoją nową rolę w nowym dla siebie świecie wielkiej polityki nie jak monodram wielkiego aktora, ale jak wielki spektakl, w którym grał główną rolę, humor traktując jak swoją tarczę, a autoironię jako najlepszego sprzymierzeńca. Człowiek teatru, który wkroczył na scenę polityczną obsadzony w najważniejszej roli, w najmniej oczekiwanych momentach uchylający szczelnie przylegającą maskę intelektualisty, by pokazać oblicze dobrodusznego, diabelnie inteligentnego błazna.

CZYTAJ TEŻ: Świat ze smutkiem przyjął wiadomość o śmierci Vaclava Havla

Do diabła z brzydotą
Nienawidził komunizmu. Estetycznej dyktatury brzydoty będącej nieodłącznym elementem postkomunistycznego świata. Nie napawał się dostojnym majestatem niekończących się korytarzy swojej nowej siedziby i ponurymi, pełnymi godności dekoracjami.

Kiedy tylko wprowadził się na Hradczany - ociężałe od dekoracji minionej epoki - wprowadził dyktat większej swobody i w wystroju wnętrz, i w strojach, jakie nosili strażnicy. Był to jedyny dyktat, jaki wprowadził w swoim 75-letnim życiu. Pragnął więcej światła i radośniejszych wnętrz, kolorów nowego świata, które miały zastąpić szarą ponurość komunistycznych reliktów.

Długo lepiej czuł się w dżinsach niż garniturach. Kazał czekać politykom, bo rozmawiał z Jaggerem

Do górującego na Pragą zamku, który najpierw przypominał Czechom opresję, której doznali od Habsburgów, później od nazistów, a w końcu od komunistów, wprowadził nowe życie, wieszając na ścianach obrazy współczesnych artystów, Janowi Svobodzie zlecił zaprojektowanie nowego oświetlenia i natychmiastową wymianę dywanów, które straszyły przy windach. - Książę Karol, kiedy je zobaczył, zwymiotował - napisał kiedyś o dywanach, których brzydota przyprawiała go o bezsenność, i przypuszczalnej reakcji na ten widok następcy brytyjskiego tronu, który miał odwiedzić Pragę.

CZYTAJ TEŻ: Boyes: Vaclav Havel był moralną latarnią Europy

Havlowi bardzo zależało, żeby jego kraj był postrzegany jako otwarty na zmiany, nowoczesny, uwolniony z - także estetycznych - okowów komunistycznych absurdów.

Václav Havel superstar
Stąd też wynikała, poza oczywistymi względami artystycznego uznania, jego ogromna sympatia dla twórców, których podziwiał. Sympatia, która przerodziła się w wieloletnie przyjaźnie, jak ta z Frankiem Zappą (to właśnie od tytułu jednego z jego utworów nazwę wziął czeski zespół Plastic People).

Amerykański muzyk został zaproszony przez nowo wybranego prezydenta, żeby... dołączył do rządu w roli doradcy ds. kultury, turystyki i handlu. Zappa przyjechał do Pragi, żeby poznać Havla osobiście, i tak to wspominał w książce Barry'ego Milesa: "To było niewiarygodne. Nigdy w czasie 25 lat mojej kariery w rock and rollu nie zdarzyło się tak, żebym wysiadł z samolotu i zobaczył coś takiego. Byli totalnie nieprzygotowani na sytuację, nie było ochrony, ale ludzie byli wspaniali" - wspominał.
W wywiadzie dla szwedzkiej rozgłośni radiowej Zappa mówił o sobie, Havlu i innych idealistach, którym zdarzyło się wejść w świat polityki: "Wszyscy jesteśmy ludźmi sztuki i kultury. Mamy obowiązek robienia lepszej polityki niż politycy".

Ochronić Havla przed nudą
Z niepokornym Zappą, który podziwiał Havla i jako artystę, i jako człowieka, wiązała się niezręczna sytuacja. Muzyk, wiedząc o planowanej wizycie ówczesnego wiceprezydenta USA Dana Quayle'a, wyraził opinię, iż ubolewa nad tym, że ktoś taki jak Havel będzie musiał znosić, nawet przez krótki czas, towarzystwo kogoś tak głupiego jak Quayle. Ostatecznie wizyta wiceprezydenta nie doszła do skutku- na jego miejsce przyjechał James Baker III, amerykański sekretarz stanu. W tym przypadku także Zappa miał do powiedzenia kilka cierpkich słów, tym razem jednak o żonie polityka, którą swego czasu nazwał "nudna kurą domową". Po tej wizycie biuro Havla wydało oświadczenie, iż "lubi Franka Zappę, jednak nie jest on uprawniony do czynienia jakichkolwiek ustaleń dotyczących czeskiego rządu".

Magnetyczna osobowość Havla przyciągała nie tylko światowych liderów (z Dalajlamą potrafił godzinami medytować, a Billa Clintona zabierać na koncerty jazzowe), ale też międzynarodowe supergwiazdy. Z wzajemnością - sławna jest scena, kiedy podczas oficjalnej wizyty w 1995 roku, pochłonięty rozmową z Mickiem Jaggerem, liderem zespołu Rolling Stones, zignorował czekających na przywitanie z nim dygnitarzy.

Surowe kartofle cesarza
- Początkowo trudno mu było przestawić się z bycia dysydentem na bycie politykiem - mówił Jurij Pehe, który był doradcą Havla w latach 1997-1999. Nie do końca mu się to udało, bo mimo że stał się wybitnym politykiem, stało się to niejako mimochodem. Na zawsze pozostał przede wszystkim artystą, który miał dar postrzegania rzeczywistości w sposób, który inspirował innych.

CZYTAJ TEŻ: Boyes: Vaclav Havel był moralną latarnią Europy

W końcu, po kilku miesiącach, przyzwyczaił się do garniturów i formalnych spotkań, ale pozostał człowiekiem, który tak mówił o spotkaniu z japońskim cesarzem: Kiedy japońskiemu cesarzowi podano niedogotowane ziemniaki, miałem prawie załamanie nerwowe. Na szczęście pomyślał, że to narodowy czeski specjał. "Tragedią współczesnego człowieka jest nie to, że wie on coraz więcej o sensie swego życia, lecz że coraz mniej zajmuje się tym pytaniem" - mawiał Havel. To nie była jednak jego tragedia, bo on sam to pytanie stawiał sobie nieustannie. Wiedział jednak, że niepotrzebne mu do tego ponure gmaszyska, spiżowe pomniki, pompatyczne ceremonie, dlatego zadawał je sobie w stworzonych przez siebie warunkach. A odpowiedzi słuchał cały świat.

Anna J. Dudek

Korzystałam z "The Times", "The Guardian", BBC

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie