"Uświadomiliśmy sobie, że nigdy więcej słońca nie...

    "Uświadomiliśmy sobie, że nigdy więcej słońca nie zobaczymy...". Opowieść powstańca z Mokotowa

    Katarzyna Kazczorowska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Kompania „Krawiec” przed domem na ulicy Puławskiej 134, na Mokotowie, podczas przeglądu przez Stanisława Kamińskiego „Daniela”. Po lewej dowódca kompanii
    1/6
    przejdź do galerii

    Kompania „Krawiec” przed domem na ulicy Puławskiej 134, na Mokotowie, podczas przeglądu przez Stanisława Kamińskiego „Daniela”. Po lewej dowódca kompanii Stanisław Milczyński „Gryf”, w cyklistówce kapitan podchorąży Tadeusz Kozłowski „Kozak”, a obok niego kapral Władysław Zygański „Żuk”. ©Wikipedia Commons/Domena publiczna

    Jarosław Grabiński jest jednym z ostatnich żyjących członków Korpusu Kadetów we Lwowie. Jego ojciec zginął w Katyniu, on walczył w Powstaniu Warszawskim, przeszedł kanałami z Mokotowa do Śródmieścia.

    [Zwiastun] Tajemnice Państwa Podziemnego from Polska Press Grupa on Vimeo.



    Parę dni przed 1 sierpnia 1944 roku, czekał na rozkaz, gdzie ma się stawić.
    W końcu przyszła wiadomość: mieszkanie na tyłach placu Narutowicza. Przydział „Baszta”. Z tego punktu zbiórki na Mokotów na ulicę Krasickiego. Gdzieś dwieście metrów od ulicy Odyńca była opuszczona willa, gdzie był magazyn broni. Jako sekcja podchorążych kompanii B-1 czwartego plutonu mieli rozkonserwować broń. Przed godziną „W”.

    - 1 sierpnia nasza drużyna specjalna podchorążych, w czwartym plutonie, dostała stosunkowo dobre uzbrojenie, bo wyrzutnię odcisków przeciwczołgowych Piata z sześcioma pociskami! Byłem pierwszym amunicyjnym. Dzidek, pseudonim „Kobuz”, czyli Bohdan Staniewski był celowniczym i „Głaz”, czyli Piotr Haase był drugim amunicyjnym. „Kobuz” miał pistolet „Colt”, parę granatów i parę butelek zapalających, więc to nie tak źle było - wspomina Jarosław Grabiński, któremu rodzice na chrzcie dali Jarosław, Andrzej, Wojciech i tak naprawdę całe życie był Wojtkiem. Nawet w konspiracji miał taki pseudonim.

    CZYTAJ TAKŻE: Piotr Gursztyn: Ludobójstwa w Warszawie dokonali tzw. zwykli Niemcy. Na rozkaz stawali się bestiami


    Parę minut przed piątą przeszli do budynku, w którym mieszkali rodzice jego narzeczonej, którą poznał w swoim oddziale - w czasie powstania była sanitariuszką oddziału „Ruczaja” w Śródmieściu. Kiedy zobaczyli pierwszy nadlatujący samolot niemiecki, już wiedzieli, że dla nich zaczęła się prawdziwa walka. Ale ich chrzest bojowy miał dopiero nadejść - w mieszkaniu magistra Gąseckiego, autora receptury słynnych „Kogutków”, proszków na ból głowy, a więc postaci znanej nie tylko w Warszawie. Pan Gąsecki nawet ich poczęstował przechowanym na wyjątkową okazję francuskim koniakiem (nawet nie przypuszczał, że ten koniak dzieciakom, którym go poda, będzie smakował mydlinami…). W mieszkaniu urządzili stanowisko ogniowe. W pokoju narożnym wyjęli okna, żeby się szyby nie potłukły.

    - Do okna przysunęliśmy stół, a na blat, żeby się nie porysował, położyliśmy materac. Jeszcze tylko karabin maszynowy, rozsunięte firanki. I czekamy. Od strony Rakowieckiej, Puławską, podjechał czołg. Wystrzelił w naszą stronę, ale pocisk wybuchł w murze i, na szczęście, tylko nas ogłuszyło. Nikomu nic się nie stało - Jarosław Grabiński opowiada o tamtych dramatycznych dniach w Warszawie starannie dobierając słowa, które i tak nie oddadzą tego, co czuli, gdy ginął kolega, czy się bali, czy myśleli o przyszłości.

    CZYTAJ TAKŻE: Powstanie Warszawskie i jego szara codzienność. Bohaterami zostawali zwykli ludzie [ZDJĘCIA]


    O tamtych godzinach, akcjach, trupach, rozkazach, o zachłyśnięciu się wolnością i o tym, jak to jest zobaczyć szaleństwo ludzi, którzy przeżyli tylko dlatego, ze schowali się pod stosami ciał zamordowanych sąsiadów opowiedział kilka lat temu Magdalenie Miązek z Muzeum Powstania Warszawskiego. To była długa rozmowa, ale przecież każdy wie, że nawet na dwudziestu stronach nie da się zmieścić kilku lat życia.

    - Najgorsze jednak przyszło, kiedy dostaliśmy rozkaz zejścia do kanałów. Mieliśmy się przebić do Śródmieścia, by tam dalej walczyć. Był 27 września i nawet nie wiedzieliśmy, że czeka nas zejście do piekła - Grabiński milknie na chwilę, jakby znów przeżywał najdłuższych 20 godzin swojego życia.

    Nie, nie czuł smrodu. Ani kanałów, ani trupów tych, którzy w te czeluście zeszli przed nimi i zginęli, rozerwani niemieckimi granatami.

    1 3 4 5 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo