USA. Koniec ery Trumpa i początek prezydentury Joe Bidena. "Sporów w amerykańskim społeczeństwie nie da się zażegnać jednym wystąpieniem"

Wojciech Szczęsny
Wojciech Szczęsny
Fot. Polska Press / Łukasz Gdak
- Jedyną szansą na zasypanie podziałów w Stanach Zjednoczonych jest odcięcie paliwa w postaci frustracji społecznej opartej na lęku i niepewności. Joe Biden wydaje się to rozumieć - mówi Andrzej Kohut, amerykanista i ekspert ds. międzynarodowych Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Przed inauguracją Joe Bidena pojawiały się głosy, że powinien on wygłosić możliwie nudne przemówienie, żeby nie zaognić sytuacji w USA. Jednak słowa o konieczności pojednania Amerykanów odbiły się szerokim echem na całym świecie. Jak Pan ocenia pierwsze wystąpienie 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych?
Na pewno nie było nudne, choć było dość długie i chwilami patetyczne. Kluczowe było rzeczywiście podkreślanie potrzeby jedności narodowej. Biden zinterpretował moment historyczny, w którym znalazły się Stany Zjednoczone jako chwilę bardzo mocnego podziału na dwa obozy polityczne. Nawiązując do niedawnych wydarzeń na Kapitolu przypominał o tym, co działo się po Wojnie Secesyjnej, do prezydenta Abrahama Lincolna, do momentu powstawania budynku Kapitolu. Chciał pokazać, że Amerykanie już raz przeszli przez podział o wiele większy niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie. Polegał on na brutalnej wojnie domowej i śmierci setek tysięcy ludzi, z czego Amerykanie wyszli jednak obronną ręką jako jeden naród, choć ślady świadczące o podziale między Północą i Południem w niektórych miejscach są jeszcze dostrzegalne. W tym doświadczeniu Biden widzi nadzieję na zakopanie obecnych podziałów. Symbolicznym momentem przemówienia był moment ciszy, w którym Biden poprosił o modlitwę za Amerykanów zmarłych w wyniku pandemii koronawirusa. To też pokazuje, w jakiej sytuacji znalazły się USA i jakie wyzwania stoją przed nową administracją. Bardzo ciekawym elementem było również wspomnienie o ojcu Bidena, który leżąc w łóżku wieczorami martwił się, czy kolejnego dnia będzie jeszcze miał ubezpieczenie zdrowotnie i czy będzie w stanie spłacać kredyt. Z takimi problemami mierzą się dziś Amerykanie i podkreślenie tego było bardzo słuszne.

Jednym przemówieniem nie da się chyba zakopać głębokich podziałów w USA?
Oczywiście, przekonania części elektoratu stanowiącego zwolenników Donalda Trumpa wykluczają możliwość prostego procesu zjednoczenia nawet po najbardziej patetycznym apelu. To są ludzie, którzy wciąż są przekonani, że wybory nie odbyły się w sposób prawidłowy, a wręcz zostały sfałszowane i skradzione. Jedyną szansą na przezwyciężenie tego podziału i odejście popleczników od byłego prezydenta, czy innego populistycznego prezydenta jest odcięcie paliwa w postaci frustracji społecznej opartej na lęku i niepewności. Biden wydaje się to rozumieć, bo w jego programie znajduje się szereg punktów związanych z reformami życia społecznego.

Wspomniał Pan o Wojnie Secesyjnej – czy scenariusz zakładający, że „trumpizm”, czy też modny ostatnio termin „trybalizm”, mający oddawać nastroje w USA, mogą doprowadzić do aktywacji ruchów separatystycznych?
Takiego rozwoju wypadków raczej nie należy się obawiać. Co prawda USA to państwo federalne, do którego dołączały kolejne stany w trakcie istnienia tego tworu politycznego, więc możliwość wystąpienia z niego jest możliwa, ale jest to narracja, która regularnie co jakiś czas pojawia się w takich miejscach jak Kalifornia, czy Teksas. Unikałbym tu zrzucania całej winy na Donalda Trumpa za obecną polaryzację polityczną. Niewątpliwie on te stare podziały cynicznie wykorzystywał do budowania swojej popularności, ale to nie jest tak, że on je stworzył. Prawda jest taka, że powstały one wtedy, gdy w Stanach Zjednoczonych zaczęto tworzyć sieci prywatnych telewizji kablowych, które oparły swój model biznesowy na adresowaniu przekazu do konkretnej strony. Ogólnonarodowy konsensus w Stanach Zjednoczonych zaczął się kruszyć na początku lat 90-tych, kiedy ludzie przestali oglądać ciągle te same 3-4 stacje telewizyjne, których przekaz był kierowany siłą rzeczy do szerokiego spektrum odbiorców. Teraz media amerykańskie kreują swoją własną wizję świata, a to wszystko pogłębiona jeszcze aktywności ludzi w portalach społecznościowych.

Portale zaczynają prześcigać pod tym względem stacje telewizyjne. Można odnieść wrażenie, że wydarzenia na Kapitolu nie mogą się równać z zamachami na prezydentów USA w XX wieku, czy choćby atakiem na World Trade Center. Gdyby dzisiaj wydarzyło się coś podobnego, w internecie ogłoszono by chyba koniec świata.
Dziś jedna część mediów społecznościowych uznałyby takie wydarzenie za koniec świata, a druga za prowokację tajnych struktur. Tak było właśnie po tzw. szturmie na Kapitol, gdy jedna strona mówiła o niesamowitej erupcji politycznej przemocy, a druga o szeroko zakrojonym spisku. Potencjał internetu sprzyjający szybkiemu wzrostowi emocji sprawia, że niektóre wydarzenia uzyskują nadmierną rangę. Wydarzenia na Kapitolu nie powinny być nazywane rebelią, czy powstaniem mimo że oczywiście był to bardzo niebezpieczny sygnał dotyczący tego, co ewentualnie mogłoby się stać w przyszłości. Oczywiście w Waszyngtonie zginęło 5 osób, ale mogło być dużo gorzej, bo na miejscu było osoby uzbrojone, były też ładunki wybuchowe. Części komentatorów, ale także polityko republikańskim na pewno uświadomiło to, że słowa w polityce mogą mieć swoje bardzo groźne i dużo dalej idące konsekwencje niż to się wydaje partyjnych spin-doktorom.

To, co się stało na Kapitolu oraz brak przyjęcia do wiadomości przegranej w wyborach prezydenckich całkowicie zdominują narrację o czterech latach prezydentury Donalda Trumpa?
Była to burzliwa medialnie kadencja, a te ostatnie tygodnie na pewno nie pomogły w podniesieniu ocen, jakie wystawiane są tej prezydenturze bezpośrednio po jej zakończeniu. Natomiast oceniając cały okres kadencji należy powiedzieć, że Trump nie był aż tak złym prezydentem jak spodziewali się jego przeciwnicy w 2016 roku, którzy wieszczyli koniec Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nie okazał się też tak dobry jak chcieli jego zwolennicy, którzy uwierzyli, że „uczyni on Amerykę znowu wielką”. Ewidentnie nie poradził sobie z pandemią koronawirusa, ale gdyby nie wynikłe z tego problemy gospodarcze oraz kontekst medialny, można by tę prezydenturę ocenić po prostu jako przeciętną. Do 2020 roku gospodarka miała się dobrze, bezrobocie było niskie, giełda notowała kolejne rekordy, a armia USA nie została zaangażowana w żaden wielki konflikt zbrojny. Polityka zagraniczna została zmodyfikowana, przede wszystkim w stosunku do Chin, czyli tam, gdzie było to potrzebne i co spotyka się z ponadpartyjną akceptacją i zapewne będzie kontynuowane.

Joe Biden będzie miał wielu współpracowników z czasów administracji Baracka Obamy. To dobry pomysł?
To nie są czasy na powtórkę z rządów Baracka Obamy i Biden to wie. Wtedy wyzwaniem był kryzys gospodarczy, teraz mamy kryzys pandemiczny i społeczny. Natomiast powołania ludzi z bezpośredniego otoczenia Obamy wynika z konieczności natychmiastowego rozpoczęcia urzędowania ze sprawdzonym zespołem, ponieważ czasu na uczenie się pracy na danym stanowisku w obecnej sytuacji jest zbyt mało. Chodziło o to, by ruszyć do walki od pierwszego dnia i wydaje się, że tak się stało.

Wiceprezydent Kamala Harris, która już teraz cieszy się ogromną popularnością, nie ma takiego doświadczenia jak reszta ekipy Bidena.
Jej rola jest wciąż nie jest do końca określona. Wzbudziła ona sporo nadziei, także związanych z potencjalnym zastąpieniem Bidena w 2024 roku, a być może jeszcze wcześniej. Ale nie wiadomo, jak Harris poradzi sobie na stanowisku, czy szybko zaskarbi sobie zaufanie nowej administracji i jaką pozycję sobie wypracuje. Wiceprezydenci nie zawsze odgrywali kluczowe role, choć zarówno Joe Biden przy Baracku Obamie, czy Dick Chaney za czasów George’a W. Busha mieli sporo do powiedzenia.

Przywódcy Stanów Zjednoczonych nie zawsze dobrze orientowali się w polityce zagranicznej. Joe Biden ma tym zakresie spore doświadczenie. Czego można się spodziewać po przyszłej polityce USA na świecie?
Biden przez wiele lat był przewodniczącym komisji spraw zagranicznych w amerykańskim senacie i naprawdę się na tym zna. Zajmował się też stosunkami międzynarodowymi jako wiceprezydent. Ma również bardzo dobrego współpracownika Anthony’ego Blinkena w roli sekretarza stanu, więc tym razem Białym Dom na pewno będzie wiedział, jak postępować w polityce zagranicznej. Oczywiście nie uda się uniknąć wyzwania, jakie stanowią stosunki z Chinami. Kurs konfrontacyjny wyznaczony przez Trumpa będzie kontynuowany. Różnica jest taka, że Biden i jego ludzie wiedzą, że takiej polityki nie da się prowadzić bez partnerów, w tym sojuszników z Europy. Oczywiście będą różne tarcia, chociażby dotyczące umowy gospodarczej podpisanej przez Unię Europejską z Pekinem w grudniu, czy budowy gazociągu Nord Stream 2, której Biden jawnie się sprzeciwia. Mimo wszystko sądzę, że klimat współpracy transatlantyckiej się poprawi, choć europejscy sojusznicy będą musieli w większym stopniu odpowiadać za swoje bezpieczeństwo, bo USA będą nadal próbować ograniczać swoje zaangażowanie w tej części świata, bo to Azja będzie większym wyzwaniem.

Podwyżki cen. Gdzie największe? W Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie