Ulrike Guérot: Europa mówi o wielkich hasłach, ale będzie działać pragmatycznie

Agaton Koziński
Heinrich Böll Stiftung/Wikimedia Commons
Nie ma jak przeforsować dziś eurokonstytucji - mówi politolożka w rozmowie z Agatonem Kozińskim

Ku zaskoczeniu dyskusja o sposobach wyjścia z kryzysu gospodarczego w Europie skręciła w kierunku w debaty o wprowadzeniu nowej eurokonstytucji. Ku jeszcze większemu zaskoczeniu ten skręt został sprowokowany przez niemiecki rząd. Jaki cel ma Berlin w rozpoczynaniu kolejnej dyskusji o ustawie zasadniczej dla UE?
Ten skręt w dyskusji to niejako konsekwencja jej dotychczasowego przebiegu. Proszę zwrócić uwagę, że w debatach o sposobach wyjścia z kryzysu gospodarczego coraz częściej pojawiały się propozycje wprowadzenia nowych instytucji. Padały także hasła federalizmu europejskiego - tyle że wprowadzanie jakichkolwiek działań mających prowadzić do większej integracji na kontynencie też potrzebowałoby demokratycznej legitymizacji. W ten sposób doszliśmy właśnie do propozycji poddania pod głosowanie nowego projektu konstytucji europejskiej. Oddzielną kwestią jest oczywiście pytanie, czy ta propozycja ma jakiekolwiek szanse powodzenia, czy można ją uznać za realistyczną.

No właśnie - czy można? Już raz Unia Europejska chciała przyjąć eurokonstytucję i zakończyło się to spektakularną plajtą całej koncepcji. Czy teraz Berlin, wrzucając ją po raz kolejny do dyskusji, chce rzeczywiście osiągnąć sukces? A może odwrotnie - stawiając tak skomplikowane wyzwania jak przyjęcie eurokonstytucji, gra na rozbicie Unii?
Tak, te same pytania zadawał Radosław Sikorski podczas spotkania z niemieckimi ambasadorami, które miało miejsce pod koniec sierpnia w Berlinie. On wzywał, by w pierwszej kolejności zająć się przełamaniem kryzysu gospodarczego, dopiero później natomiast zacząć dyskusje o tym, jak miałby wyglądać ład polityczny Unii w przyszłości. Natomiast debata w Niemczech o kryzysie przerodziła się w dyskusję o zmianach w niemieckiej konstytucji lub europejskich traktatach, gdyż Berlin uważa, że najpierw należy zbudować nową strukturę polityczną, a dopiero potem mówić o ewentualnym wprowadzeniu europejskich obligacji. To konsekwencja klimatu, jaki panuje w Niemczech od początku kryzysu. Właściwie od chwili, gdy on wybuchł, w kraju panuje zła atmosfera, natychmiast pojawiły się propozycje, by odciąć Niemcy od problemów innych państw. Na wszystko w kraju patrzono przez pryzmat niemieckiej tradycji gospodarczej - pod tym względem Niemcy są trochę "autystyczni". Oni bardzo długo czuli się ofiarami kryzysu, od początku powtarzali, że nie zamierzają spłacać długów za "leniwych Greków". Dopiero niedawno zaczęło się to zmieniać - ale z kolei dyskusja o kryzysie przerodziła się w debatę o unii politycznej. Nie jest to zresztą nowa dyskusja.

W Unii od dawna dyskutuje się o zmianach instytucjonalnych.
Ale debaty o unii politycznej zaczęły się w już w latach 90. Dziś pamiętamy tylko traktat z Maastricht z 1992 r., który stworzył podwaliny pod unię monetarną i wspólną walutę, euro. Mało kto natomiast pamięta, że w tym samym Maastricht w tym okresie miała miejsce druga konferencja, podczas której negocjowano zasady unii politycznej. Wtedy nie przyniosła ona rezultatu, ale rozmowy dalej ciągnięto, dotyczyły ich m.in. szczyty w Amsterdamie czy w Nicei. Efektem tych dyskusji był projekt eurokonstytucji, który poddano pod głosowanie w krajach unijnych i który w 2005 r. przepadł we Francji i w Holandii. Jak widać, dyskusja o unii politycznej trwała - została przerwana w ostatnich latach, teraz znów powraca. Ale już w 1992 r. Niemcy powtarzały, że nie da się zbudować unii monetarnej bez bliższej współpracy na szczeblu politycznym. Teraz po prostu Berlin wraca do tych argumentów. Stara się ustalić zasady, na jakich miałaby działać wspólnota państw, które byłyby połączone jednym długiem. Oczywiście, można podejrzewać - jak na przykład minister Sikorski - że próby budowy wspólnoty politycznej mogą spalić na panewce i że jest to forma unikania podjęcia niezbędnych wyzwań w gospodarce.

Rzeczywiście, brak unii politycznej był jednym z powodów kryzysu, z jakim obecnie zmaga się Europa. Tylko czy jest możliwe jej zbudowanie w obecnej sytuacji? Czy niezbędna jest do tego eurokonstytucja?
Problem w tym, że tak naprawdę nikt nie wie, co tak naprawdę znaczy termin "unia polityczna". Czy to ma być forma koordynacji polityk fiskalnych poszczególnych krajów strefy euro? Czy może ona powinna sięgać dalej i na przykład dotyczyć synchronizacji wieku emerytalnego? Przecież niedawno w Niemczech ten wiek podniesiono do 67. roku życia, natomiast we Francji - do 62. roku. Inny kierunek dyskusji to legitymacja demokratyczna do wprowadzania zmian. Jak ją uzyskać? Czy powinna ona się opierać na Komisji Europejskiej, której zadania są głównie administracyjne? Czy można zachować obecny ład demokratyczny, który opiera się na krajowych parlamentach? Tyle że już teraz Bundestag chce znaleźć sposób na to, by kontrolować zasady kontrolowania wydatków Hiszpanii - w końcu tam mają trafić pieniądze z niemieckiego budżetu. Nie ma wątpliwości, że trzeba szukać sposobu na to, by tego typu decyzje podejmować w sposób demokratyczny na poziomie europejskim. I że powinna obowiązywać zasada: nie płacę, jeśli nie mam prawa głosu.
Na razie cała Europa czeka na decyzję niemieckiego trybunału konstytucyjnego. 12 września wyda on werdykt dotyczący uczestnictwa Niemiec w mechanizmach stabilizacyjnych UE znanych z technicznych nazw: EFSF i ESM. Jakiego werdyktu należy się spodziewać?
Nie jestem prawnikiem, więc trudno mi przewidywać. Choć nie spodziewam się, by dopuszczono do sytuacji, o której można by w przyszłości mówić, że niemieccy prawnicy zablokowali proces europejskiej integracji. Choć już sam sposób procedowania tej sprawy budzi wątpliwości. Nie powinno być takich sytuacji, w której niemiecki parlament albo sąd podejmują decyzje dotyczące przyszłości całej Unii.

Taka sytuacja sugeruje, że Niemcy są liderem Europy - albo nawet jej właścicielem.
Tak - i taka sytuacja jest bardzo problematyczna. Dlatego należy zmienić tak system, by tego typu decyzje przenieść na szczebel europejski. Trzeba jednak wypracować sposób, w jaki można tego dokonać. Pojawił się na przykład pomysł, żeby w Brukseli stworzyć nową izbę, w której zasiadaliby przedstawiciele parlamentów narodowych. Ale czy to odpowiednia droga? Kolejne pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Wiadomo tylko jedno - że należy przestrzegać reguły: nie płacę, jeśli nie mam prawa głosu.

Sytuacja, w której niemiecki trybunał konstytucyjny decyduje o przyszłości Europy, budzi poważne wątpliwości. To nie powinno mieć miejsca. Trzeba takie dyskusje przenieść na poziom Unii

Opowiada Pani o wątpliwościach, jakie mają politycy. A proszę o odpowiedź od eksperta europeisty. W którym kierunku będzie szła Unia Europejska? Czy rzeczywiście ściślejsza federalizacja jest nie do uniknięcia?
Głównym problemem jest fakt, że opinie publiczne w poszczególnych krajach całkowicie inaczej postrzegają tę samą sytuację. Właśnie te różnice w ocenie są największą przeszkodą przed jakimkolwiek ujednoliceniem działań w Unii. Dlatego trzeba bardzo ostrożnie prowadzić rozmowy o jakiejkolwiek bliższej współpracy politycznej - i dlatego trudno mi uwierzyć, by było możliwe rzucenie jakiegoś wielkiego hasła w stylu: europejska federacja.

Takim wielkim hasłem jest propozycja napisania na nowo eurokonstytucji.
Zgadza się. Ale spodziewam się, że sposób działania Unii będzie dużo bardziej pragmatyczny. Spodziewam się, że nie będzie prób rozbicia Unii składającej się z 27 krajów. Ale też dalszy rozwój UE będzie się dokonywał metodą międzyrządową - jednak bez wielkich słów, bez dużych zmian. Unia będzie szła do przodu krok po kroku, bez rewolucji, bardzo pragmatycznie. Wiadomo, że UE musi się bardzo zintegrować. Można to osiągnąć na dwa sposoby: albo dokonać wielkiego skoku, albo zakraść się.

Unia właściwie nigdy nie wykonywała wielkich skoków - zawsze wolała się zakradać. Dlatego tak szokująco brzmią te zapowiedzi dyskusji o eurokonstytucji. To byłby typowy wielki skok.
Spodziewam się, że pewnie i w tym przypadku tego skoku nie będzie, tylko zakradanie się. Nie będzie to może bardzo uczciwe wobec obywateli naszego kontynentu, ale takie próby będą podejmowane. Choć dawniej zakradać się było łatwiej, dziś dużo trudniej ukryć próby powolnego przejmowania kompetencji państw członkowskich. Także z tego powodu, że dziś jest to dużo trudniejsze, pojawiły się dyskusje o referendach w krajach członkowskich dotyczące przyszłości całej Unii Europejskiej. Ale tak naprawdę nie mamy wyboru. Dlatego też spodziewam się, że już tej jesieni Niemcy przyjmą bardziej proeuropejską perspektywę i zgodzą się wykonać krok do przodu - nawet kosztem pewnych ustępstw ekonomicznych. Mam nadzieję, że na początek uda się stworzyć unię bankową. Ale jednego jestem pewna: Niemcy będą przeciwko propozycjom renacjonalizacji gospodarki. Opinia publiczna tego by nie zaakceptowała. Ale pod tym względem Niemcy powinny być wzorem dla pozostałych krajów kontynentu.

Rozmawiał Agaton Koziński

Ulrike Guérot - politolożka i europeistka związana z think tankiem Europejska Rada Polityki Zagranicznej (ECFR)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie