Tydzień z życia poczty

Iza Michalewicz
Po tygodniu pracy na poczcie miałam dość gniewu ludzi i własnej bezsilności
Po tygodniu pracy na poczcie miałam dość gniewu ludzi i własnej bezsilności Tomasz Hołod/POLSKA
Przepracowałam cały tydzień na Poczcie Polskiej. I już wiem: najmniej ważny jest tu klient. Stoi godzinami w kolejkach, krzyczy i klnie. Za to biurokraci mają się wyśmienicie.

Ile razy wściekałeś się, stojąc w krętym ogonku do pocztowego okienka, aby po godzinie odejść z kwitkiem, bo awizowanej przesyłki nie było? Jak często masz ochotę zaczaić się ze strzelbą na listonosza i ukarać go za to, że nigdy nie pofatyguje się z poleconym do twoich drzwi, tylko podrzuca zawiadomienie? A może nie dostałeś na czas rachunków i właśnie rosną ci odsetki za zwłokę?
Polacy są coraz bardziej niezadowoleni z usług Poczty Polskiej. Niedawny protest, który sparaliżował pracę tej instytucji, przyczynił się do tego nieznacznie. Tu i bez strajku wszystko odbywa się w żółwim tempie.

Akurat zaczęła się akcja protestacyjna, kiedy we Wrocławiu przyjmowałam się do pracy. Jako panienka z okienka. Na dzień dobry dano mi do podpisania ponad 20 stron papieru. I tylko jedna z nich to umowa o pracę. Inne to m.in. lojalka w sprawie tajemnicy pocztowej (nie zdradzać) - podpis, dwa dni wolne w roku z powodu choroby dziecka - podpis, obwód kołnierzyka, długość spodni do przyszłego mundurka… - podpis, podpis, podpis. Obiegówka - 10 pieczątek.

W poniemieckim budynku z czerwonej cegły przy ul. Krasińskiego znajduje się serce dolnośląskiej poczty: dyrekcja, kadry, księgowość, zarządzanie bezpieczeństwem, centrum logistyczne, a nawet przychodnia.

Trzy tysiące metrów powierzchni biurowej. W każdym pokoju siedzi po kilka znudzonych pań w średnim wieku i popija kawę. Inne już piły albo będą piły, bo snują się po korytarzach z pustymi kubkami. Kadrowe, księgowe, sekretarki i szeregowe pracownice dyrektorów. Każde z takich centrów (np. logistyki czy obsługi finansowej - w sumie dziewięć) ma w kraju po 14 oddziałów. Poczta Polska jest jak gigantyczny dyliżans bez kół. Zatrudnia 100 tys. ludzi, z czego większość to administracja. Na 24 tys. listonoszy przypada 75 tys. innych pracowników.

Jeszcze nie zaczęłam pracy, a już jestem poirytowana i zmęczona. Na razie nie wiem jeszcze, czym to wszystko pachnie. Wiem tylko, że zarobię 1500 zł brutto. I że będę obsługiwała klientów w niewielkim urzędzie przy ul. Hallera. W pięknej, willowej dzielnicy.

Mój pierwszy dzień. Przychodzę do pracy na 10.30 (poczta otwiera się o 11.00), ale już przed drzwiami stoi kolejka. Na razie naczelnik nie pozwala mi siadać przy komputerze, bo nie znam programu. Mam się przyglądać i uczyć. To się przyglądam. W jednym okienku siedzi Renia. Przez całe życie była krawcową. Umiała uszyć wszystko, od firanek po majtki. - Mam już dorosłe dzieci i alergię na materiał. Nie mogłam już dłużej szyć - mówi mi przy śniadaniu. Skończyła zaocznie liceum i mogła przyjść na pocztę. Tu średnie wykształcenie wystarczy.

W drugim okienku obsługuje Mag-da. Przyszła na odsiecz z innej placówki. Niestety tylko na dwa dni. Skończyła administrację. Jest bystra i gdyby nie ona, ludzie podłożyliby pod pocztę ładunek wybuchowy.

Dziś uczę się wydawać listy. Klient podaje awizo, a ja biegnę z nim do pojemników z przesyłkami. Sześć niewielkich - na zwyczajne listy. I dwa wielkie kosze jak na bieliznę na przesyłki formatu A4 i te cięższe. Każdy list to kilka minut przewracania między kopertami. Biegam jak automat.

Tymczasem Renia grzebie się przy każdej wpłacie. Program się wiesza. Renia klika i nic. - No co tu się dzieje, ja nie wiem, o co chodzi! - powtarza głośno, żeby wszyscy słyszeli. Że to nie jej wina, tylko coś niedobrego dzieje się z komputerem. Ale kolejka zaczyna falować. I krzyczeć. Bo za długo czeka. Trzęsą mi się ręce. Nie mogę znaleźć kolejnego listu. Nigdzie nie ma. Przy okienku stoi staruszka o kulach. Jak jej powiedzieć, że przyszła na próżno.

- Pani naczelnik, nie ma listu - dyszę.
- Sprawdź, może już ktoś odebrał...
Ślinię palec i zaczynam przeglądać stos karteczek. Jedna, dziesiąta, pięćdziesiąta. I znów palec do ust. Każda karteczka ma swój numer, który powinien odpowiadać temu zamieszczonemu na awizo. Jest. Lecę do okienka.
- Córka odebrała. O, tu jest podpis.
- A to czemu ja znajduję w skrzynce kolejne awizo - trzęsie się staruszka.
- Nie wiem, proszę pani, bardzo przepraszam, że tak wyszło...

Staram się być uprzejma. Taka sytuacja powtórzy się wielokrotnie. Jedni machną ręką, inni będą krzyczeli. Że po co listonosz wrzuca do skrzynki coś, co już zostało odebrane. Nie wiem po co. Paranoja. Wychodzę z pracy o 19.30. Na szczęście nie muszę pisać sumariusza (kartki z zestawieniem listów i pa-czek, które zostają na poczcie na koniec dnia). Renia mówi, że niedawno wyszła przed 23.

Szkolenie BHP. Specjalista od bezpieczeństwa pocztowców opowiadał o zagrożeniach. - No wiecie, jak okradną listonosza, to on nigdy nie może powiedzieć policji, ile mu zginęło. Tajemnica pocztowa się mówi. Bo jak się coś do policji przedostanie, to i media się dowiedzą. I wtedy nalot na pocztę gotowy. A od spraw poczty są służby wewnętrzne - tłumaczył mętnie. Potem się dowiem, że to tzw. straż pocztowa, która "działa trochę jak policja". I że policja ją szkoli.

- No. Musicie wiedzieć, że napad składa się z trzech elementów - kontynuował behapowiec. - Wywiadu bandyckiego, napadu właściwego i ucieczki z miejsca napadu. A niektórzy muppet show sobie z poczty robią! Tymczasem to praca niebezpieczna i odpowiedzialna. Tu, gdzie pani idzie, były dwa napady - zwraca się do mnie. - Dwa, rozumie pani?! Niech pani dobrze słucha, co ja mówię. No.

A jeszcze kiedy indziej to listonoszce na klatce schodowej wbili nóż w plecy po rękojeść, że trzonek odpadł, a ostrze w plecach zostało. Chcieli pieniądze zabrać, ale nie oddała. Dostała odznaczenie od Kwaśniewskiego. Wyleczyła się i wróciła do zawodu.

Na koniec szkoleniowiec poinformował, że o przyciskach alarmowych, których należy użyć w razie napadu, my, asystentki, dowiemy się od swoich naczelników.

Kolejny dzień. Znów tłum ludzi stoi nieruchomo. A w nim kobieta, która chce kupić znaczki. No, ale nie wie, że każdy durny znaczek trzeba wbić w komputer. Jeśli kasjer o tym zapomni, będzie miał manko. Kobieta czeka w kolejce od 15 minut i wścieka się z francuskim akcentem. A ja nie mogę jej obsłużyć. Bo Renia w tym czasie powolutku, po jednej cyfrze, wstukuje wpłatę za mieszkanie. Na drukach i rachunkach są kody kreskowe. Ale tylko kod tepsy po przyłożeniu do czytnika wprowadza wszystkie dane abonenta do systemu. Resztę druków trzeba wpisać "na piechotę".

Klientka Reni ma na moje oko z siedem wpłat. Stoi w okienku jak strach na wróble, bo Renia mocuje się z nimi ponad pół godziny. Kiedy więc zaczepia mnie mężczyzna, który chce tylko kupić kopertę bąbelkową, zaczynam w duchu wyrywać sobie włosy z głowy. Bo sprzedaż koperty jest podobną katastrofą, jak kupno znaczka. Też trzeba ją wprowadzić do komputera. A nie da się jednocześnie robić wpłat i kodować sprzedaży. Taki prymitywny jest program pocztowy. Zresztą koperty i tak nie ma.

- Jak to nie ma! - wrzeszczy klient. - Papierosy są, skarpety są, jest sól kąpielowa, a kopert nie ma?!
Nie ma. Wychodzę z nerwów na zaplecze. Wprowadzenie komputerów - paradoks, jakiego nie spotkacie w innym kraju - spowolniło działanie poczty chyba o połowę.

- Kiedyś wystarczyło wypełnić druki ręcznie, odedrzeć klientowi dowód wpłaty i gotowe. Albo wziąć pieniądze i dać znaczek. Teraz pracy jest dwa razy więcej. Bo trzeba wypisać papierki, a potem wszystko jeszcze raz wprowadzić do komputera. Co i tak nie chroni poczty przed tzw. łańcuszkiem - wyjaśniła mi koleżanka, która kiedyś pracowała w okienku. "Łańcuszek" to pracownicy, którzy kombinują. Klient robi opłaty, pracownik datownikiem podbija, oddaje klientowi odcinek, ale nie wpisuje tego do komputera. I pożycza sobie pieniądze, jeśli ma taką potrzebę. Oddaje wtedy, kiedy ma. Albo wcale.

- To nagminne - kwituje koleżanka. - Sprawy wychodzą, kiedy np. firma gazowa przysyła ludziom zawiadomienie, że nie zapłacili. A jeśli ktoś wyrzucił odcinek, to umarł w butach...

Na poczcie trzeba przyjąć listonoszy wracających z rewirów. Odebrać od nich listy, policzyć, podbić. To przesyłki, które nie zastały w domach adresatów. Roznoszone są zwykle między 10 a 15, kiedy większość z nas jest w pracy. To dlatego potem musimy stać w kolejkach na poczcie. Ale na poczcie też się na listonoszy psioczy.

Wypełniają awizo tak, że trudno potem znaleźć przesyłkę. Nazwisko przekręcą, adres też. Rzadko który zaznaczy, że przesyłka jest z sądu albo jest wielka (wtedy wiadomo, że leży w koszu na bieliznę). Do urzędu wpadają wściekli, że za dużo pracy, że strajk gaśnie: "Nic nie wskóramy, tylko zwali się nam kilka tysięcy listów z całego tygodnia i będzie się można zesrać. I co to za strajk! Przedszkole, kurwa! Jedni strajkują, a inni pracują. Pierdolić taki strajk!".

Zrozumiesz listonosza tylko wtedy, kiedy weźmiesz torbę i pójdziesz z listami. W re-wir zabrał mnie ze sobą Tomek. Nosi listy ponad 20 lat. W dzielnicy kamienic. Po sześć pięter każda. Bez windy. Po kilku bramach już nie widziałam schodów. Tomek - wysoki, szczupły, spocony jak mysz, szedł na każde piętro.

- Jak listonosz widzi, że ma klienta wyżej drugiego piętra, to zostawia awizo. Nie wchodzi. Z lenistwa, braku sił i czasu. Ja wchodzę. Chyba jestem umysłowo chory. Widzę w kliencie człowieka. Kiedyś mogłem spędzić z nim więcej czasu, bo było mniej listów. Ciasteczka, kawusie, obiadki... Pewna pani miała w oknie zamontowane lustereczko.

Jak szedłem, to mnie w nim widziała. Zawsze czekały na mnie kanapki i gorąca herbata. A dzisiaj na głodniaka po kilkanaście godzin... Tej pani w końcu umarły dzieci i mąż. Był esbekiem. Sąsiedzi się cieszyli, że do ziemi poszedł. I staruszka tak się załamała, że przestała z domu wychodzić. Dzwoniła do mnie na pocztę: "Pan przyniesie mi chleba i jajek". Niedawno ją odwiedziłem. Herbata i kanapki czekały.

- Tyle lat w jednej dzielnicy, z ludźmi przy radości, smutkach... Kiedyś klientowi urodziło się dziecko. In vitro. Nie u nas - w Szwecji. Dostał telefon, że zdrowe. Postanowiliśmy to opić. Wziąłem dzień wolny. Minął tydzień i dziecko zmarło. "Niepotrzebnie piliśmy" - mówił mi załamany. Przeżyjesz, ja na to, wszystko da się przeżyć. Wy-chodzę z bramy, patrzę - leci. Nawet nie zdążyłem zamrugać - Tomek przerywa. Jest zły, że o tym opowiada. - Kogo to obchodzi? - patrzy na mnie. - Czy ktoś w ogóle wie, jaka to praca?

Może powinien był temu chłopcu powiedzieć, że jego pierwsze dziecko też umarło? I że można nauczyć się z tym żyć? - Nie umiałem się pozbierać po jego samobójstwie - kończy opowieść. - Poszedłem na zwolnienie. Kil-ka miesięcy później ktoś znów spadł na ziemię. Tuż przede mną. Dalej roz-nosiłem listy. Stępiła się moja wrażliwość. Niedawno w końcu nogi mi wy-siadły. Ale jak wróciłem z wolnego, to ludzie się cieszyli jak dzieci.

Tomek mówi, że od pięciu lat było na poczcie może ze 100 zł podwyżki. Zarabia z wysługą lat, rodzinnym i premią 1500 zł na rękę. Ale premię ma rzadko, więc wychodzi 1300.

- Dwa lata temu uznaliśmy, że strajkujemy. Wtedy jeszcze nosiliśmy reklamy - wspomina. - Moja torba ważyła prawie 30 kg. Urywało ramię. Nakręciliśmy resztę listonoszy, ale się przestraszyli. I było tak, jak teraz. Część strajkowała, a część nie. Bo oni niby się z nami solidaryzowali, ale chodzili wypłacać emerytury. Dla końcówek. A z końcówek można uzbierać i drugą pensję. Ale mają tak tylko starzy listonosze. Nowy dostanie same polecone.

Renia pracuje zawsze przy biurku, na którym ktoś wymalował: "Tylko spokój cię uratuje". I faktycznie - nigdzie się nie śpieszy. Może dlatego, że boi się pieniędzy. W urzędzie nie ma li-czarki do banknotów, więc każdy papierek trzeba policzyć, śliniąc palec.

- Kiedyś liczyłam tak przez dwie godziny, bo ktoś przyniósł 100 tys. - opowiada moja pocztowa znajoma. - Ludzie czasem wolą omijać banki, bo na koncie mają komornika. Kolejka ugotowała się na twardo.

Nasza też się gotuje, bo nie ma już Magdy. Taka jedna Magda warta jest więcej niż cztery Renaty. A obie zarabiają tyle samo!

Zostajemy z Renią we dwie. Naczelniczka często rozmawia przez telefon i nie wychodzi z zaplecza. Od dzisiaj działa awaryjnie jedna sortownia, zalewa nas potop kopert. Zaczynam ewidencjonować listy. Każdy list, którego nie dostarczył listonosz, trzeba wpisać do komputera: imię i nazwisko adresata, ulicę, numer domu i erki (to pasek naklejony na kopertę, z literą R i rzędem dziewięciu cyfr). Wpisuję tak prawie 200 listów.

To 1800 cyfr. Troi mi się w oczach. Walę enter, a komputer się zawiesza. Komputery na tej poczcie wyglądają tak, jakby miały się za moment rozpaść. Potem drukarka (atramentowa, bo papier jest z kalką - na poczcie wszystko musi mieć kopię) drukuje dowody odbioru. Na każdej kartce A4 pięć dowodów. Kartki trzeba podrzeć na 200 pasków. Każdy pasek to człowiek, który przyjdzie po list. Musi się na nim podpisać, a ja spiszę numer dowodu i podbiję. Przykładam więc wyszczerbioną linijkę do kartek i drę. Paski przypinam do listów, które segreguję według ulic i wkładam do koszy.

Kobieta z kolejki krzyczy: - Dwie jesteście i tylko jedna przy okienku?! Do niczego się nie nadajecie!
Czarna godzina nadchodzi koło południa. Kończą się pieniądze. Nie do-wieziono gotówki. Dlaczego? Tajemnica pocztowa. Ludzie, którzy stali po emerytury i renty, wściekli lub zrezygnowani odchodzą z kwitkiem.

- Będzie pani musiała trochę po-obsługiwać w okienku - mówię do naczelniczki. Ma kwaśną minę. Najchętniej rzuca na żer asystentów.

Wysoka, ładna blondynka domaga się przesyłki, której ciągle nie ma.
- Jak nie ma, to nie wyczaruję! Jest strajk! - złości się naczelniczka.
- Jest strajk - powtarza Renia.

Wypowiedzenie składam po tygodniu. W centrali nikt się nie dziwi, że robię to z dnia na dzień. Mało kto chce katować się za psie pieniądze. A ci, co zostają, uczą się sprytu. - Jest na poczcie premia uznaniowa.

Jak się sprzeda znaczki, długopisy itp., to dostaje się niewielki procent. Lepiej wetknąć klientowi lokaty Banku Pocztowego - opowiada mi znajoma. - Nasza koleżanka wzięła z banku kredyt i założyła tych lokat 100, na znajomych. Minimum wpłaty na lokatę to 1000 zł. Za każdą poczta płaci 20 zł brutto premii. I ona dostała dwa tysiące ekstra. Potem lokaty zlikwidowała.

Ostatni raz jadę do urzędu. A tam jak w oblężonej twierdzy. Nie ma czasu ani na śniadanie, ani na siku. Listonosze przynoszą coraz więcej listów. Strajk zawieszony. Dziękuję Bogu, że mnie tu nie będzie, kiedy spadnie kilka tysięcy przesyłek.

- Po ostatnim strajku dyrekcja przysłała do pomocy pracowników administracji - mówi z przekąsem naczelniczka. - Wpisał taki kilka listów, zobaczył że już 15.00 i zabrał się do domu. A my siedzieliśmy po nocach.

Dźwigam paczki. Każdą numeruję i wpisuję w arkusze tabelek. Renia co chwilę biega do naczelnika po pieniądze. Dziś taki dzień, że ludzie pobierają emerytury, zwroty podatku z urzędu skarbowego, a asystent nie może mieć w okienku więcej niż 2 tys. złotych.

- Ktoś z państwa ma może awizo? - pytam. Podchodzi blondynka. Znam ją z widzenia. - Od dwóch tygodni czekam na paczkę - mówi. - Z USA.

Patrzę - jest. Przyszła w ubiegłym tygodniu. Ale Renia, która obsługiwała tą panią, jakoś jej nie znalazła.

Idę z paczką do okienka na miękkich nogach. - Wie pani, te strajki... - tłumaczę, nie patrząc jej w oczy.

- To była sukienka na ślub córki - mówi. - Czekałyśmy do ostatniej chwili. Córka wczoraj wyszła za mąż.

W całym tym zamieszaniu naczelniczka nie pokazała mi, gdzie w razie napadu są przyciski alarmowe. Przecież i tak poczta broni się głównie przed klientami.

[email protected]

Wideo

Komentarze 13

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
ML

Pracuje na poczcie i naprawde lubie ta prace. Jednak jak wiedza to wszyscy ktorzy kiedykolwiek pracowali z klientem- jest to ciezki kawalek chleba. Ludzie sa rozni i potrafia napsuc krwi, zestresowac, zdenerwowac i zdemotywowac. Kilka razy bylam swiadkiem sytuacji kiedy ktos nowy, chetny do tej pracy, uczacy sie rezygnowal po kilku dniach bo nie potrafil zniesc presji jaka wywierac potrafi nadety, pretensjonalny klient stojacy w zawijajacej sie kolejce. A niestety paniom z okienka dostaje sie zacwszystko: za listonoszy, ktorzy wrzucaja awiza kiedy ktos byl w domu, za zaginione i spoznione przesylki, za to ze ciagle sa kolejki... Jesli nie nabedzie sie pewnego rodzaju odpornosci na takie przypadki to niestety ta praca moze stac sie koszmarem. Staram sie wykonywac swoja prace jak najbardziej profesjonalnie, rzetelnie i. zyczliwie. Przymykam czasem oko na regulamin, idac na reke klientowi. Jednak przyznaje zdarza mi sie tracic panowanie nad soba. Bywam niemila i zlosliwa. Jednak zawsze tylko w sytuacji kiedy wiem ze racja jest po mojej stronie a ktos wykazuje sie ignorancja nie chcac przyjac do wiadomosci ze pewnych rzeczy przeskoczyc sie nie da. Najbardziej irytuja mnie ludzie ktorzy przychodza po przesylke z bierzacego dnia powiedzmy o 15 czy 16 gdzie na awizie wyraznie jest informacja, ze odbior takich przesylek jest mozliwy PO 17. Czlowiek taki wychodzi z zalozenia ze odmowa wydania przesylki wlasnie teraz wynika ze zlej woli pracownika i jest czysta zlosliwoscia. Bo przeciez jego przesylka juz tu jest. Tylko malo kto zdaje sobie sprawe ze taki list zanim bedzie gotowy do wydania musi przejsc kilka etapow rejestracji. Kazdy jeden musi byc zczytany czytnikiem, miec zmieniony stan w systemie na oddawcza skrzynke adresata aby byl widoczny, wyeksportowany w pliku do placowki macierzystej ze zostal przyjety na stan dzialu tutaj, nastepnie opisany z imienia, nazwiska i adresu i ulozony alfabetycznie badz wg nr. Jest to bardzo czasochlonne i najczesciej przez caly czas odkad listy zostaly przyniesione przez listonosza z rejonu obrabia je osoba ktora robi tylko to. Czesto przez jej rece przechodzi ok 200 listow dziennie. I bywa tak ze poleca w jej kierunku pytania czy ta pani moze sie zajac w koncu praca i zaczac przyjmowac ludzi przy tym drugim okienku.... No nie moze... No dobrze. Jest godzina 17:03. Przychodzi pan ktory byl o 15 i zada teraz wydania przesylki. Kolezanka dalej w pocie czola obrabia listy, zostal jej ostatni listonosz a jest ich 5- powiedzmy jakies 30 listow. Reszta juz lezy opisana w jakims koszu, ale w totalnym nieladzie, trzeba jeszcze ulozyc alfabetycznie no ale jak juz wszystkie listy beda obrobione. Informuje grzecznie pana ze jeszcze nie moze odebrac listu bo to to i to. "No ale przeciez jest po 17, na awizie jest napisane ze PO 17 moze go odebrac". No wiec jest. O 17:03. Informuje go ze moze poczekac jeszcze ok pol godziny, bo duzo listow jest, kolezanka nie skonczyla jeszcze albo przyjsc jutro. No to prosze zobaczyc czy jego list jest juz gotowy. Juz lekko poirytowana tlumacze ze byc moze jest ale ani ja ani kolezanka nie bedziemy przekopywac 200 listow zeby znalezc jego . prosze czekac. Tu jest kolejka ktora trzeba obsluzyc i praca jaka zostala przy ostatnich listach. NO ALE JEST PO 17!!!!! ZADAM ALBO PISZE SKARGE!!!! No i w takich momentach moj wypracowywany profesjonalizm staje sie fikcja. Uzywajac roznych epitetow i slow ktore zastepuja znaki interpunkcyjne informuje pana ze PO 17 to jest rowniez 17:58 wiec jak chce to albo niech sobie czeka albo do widzenia jutro bo tej przesylki i tak teraz nie dostanie chocby nie wiem co. Bo na awizie jest rowniez napisane ze ma 14 dni na jej odbior skoro juz tak bardzo chcemy sie trzymac tego co jest i gdzie napisane. Oczywiscie skarga wplywa. Jednak tak dla wiadomosci wszystkich tych ktorzy chcieliby dac upust swojej frustracji w ten sposob- to jest budzetowka, moloch ktory mentalnie jeszcze egzystuje w prlu. Papier przyjmie wszystko...

M
ML

Pracuje na poczcie i naprawde lubie ta prace. Jednak jak wiedza to wszyscy ktorzy kiedykolwiek pracowali z klientem- jest to ciezki kawalek chleba. Ludzie sa rozni i potrafia napsuc krwi, zestresowac, zdenerwowac i zdemotywowac. Kilka razy bylam swiadkiem sytuacji kiedy ktos nowy, chetny do tej pracy, uczacy sie rezygnowal po kilku dniach bo nie potrafil zniesc presji jaka wywierac potrafi nadety, pretensjonalny klient stojacy w zawijajacej sie kolejce. A niestety paniom z okienka dostaje sie zacwszystko: za listonoszy, ktorzy wrzucaja awiza kiedy ktos byl w domu, za zaginione i spoznione przesylki, za to ze ciagle sa kolejki... Jesli nie nabedzie sie pewnego rodzaju odpornosci na takie przypadki to niestety ta praca moze stac sie koszmarem. Staram sie wykonywac swoja prace jak najbardziej profesjonalnie, rzetelnie i. zyczliwie. Przymykam czasem oko na regulamin, idac na reke klientowi. Jednak przyznaje zdarza mi sie tracic panowanie nad soba. Bywam niemila i zlosliwa. Jednak zawsze tylko w sytuacji kiedy wiem ze racja jest po mojej stronie a ktos wykazuje sie ignorancja nie chcac przyjac do wiadomosci ze pewnych rzeczy przeskoczyc sie nie da. Najbardziej irytuja mnie ludzie ktorzy przychodza po przesylke z bierzacego dnia powiedzmy o 15 czy 16 gdzie na awizie wyraznie jest informacja, ze odbior takich przesylek jest mozliwy PO 17. Czlowiek taki wychodzi z zalozenia ze odmowa wydania przesylki wlasnie teraz wynika ze zlej woli pracownika i jest czysta zlosliwoscia. Bo przeciez jego przesylka juz tu jest. Tylko malo kto zdaje sobie sprawe ze taki list zanim bedzie gotowy do wydania musi przejsc kilka etapow rejestracji. Kazdy jeden musi byc zczytany czytnikiem, miec zmieniony stan w systemie na oddawcza skrzynke adresata aby byl widoczny, wyeksportowany w pliku do placowki macierzystej ze zostal przyjety na stan dzialu tutaj, nastepnie opisany z imienia, nazwiska i adresu i ulozony alfabetycznie badz wg nr. Jest to bardzo czasochlonne i najczesciej przez caly czas odkad listy zostaly przyniesione przez listonosza z rejonu obrabia je osoba ktora robi tylko to. Czesto przez jej rece przechodzi ok 200 listow dziennie. I bywa tak ze poleca w jej kierunku pytania czy ta pani moze sie zajac w koncu praca i zaczac przyjmowac ludzi przy tym drugim okienku.... No nie moze... No dobrze. Jest godzina 17:03. Przychodzi pan ktory byl o 15 i zada teraz wydania przesylki. Kolezanka dalej w pocie czola obrabia listy, zostal jej ostatni listonosz a jest ich 5- powiedzmy jakies 30 listow. Reszta juz lezy opisana w jakims koszu, ale w totalnym nieladzie, trzeba jeszcze ulozyc alfabetycznie no ale jak juz wszystkie listy beda obrobione. Informuje grzecznie pana ze jeszcze nie moze odebrac listu bo to to i to. "No ale przeciez jest po 17, na awizie jest napisane ze PO 17 moze go odebrac". No wiec jest. O 17:03. Informuje go ze moze poczekac jeszcze ok pol godziny, bo duzo listow jest, kolezanka nie skonczyla jeszcze albo przyjsc jutro. No to prosze zobaczyc czy jego list jest juz gotowy. Juz lekko poirytowana tlumacze ze byc moze jest ale ani ja ani kolezanka nie bedziemy przekopywac 200 listow zeby znalezc jego . prosze czekac. Tu jest kolejka ktora trzeba obsluzyc i praca jaka zostala przy ostatnich listach. NO ALE JEST PO 17!!!!! ZADAM ALBO PISZE SKARGE!!!! No i w takich momentach moj wypracowywany profesjonalizm staje sie fikcja. Uzywajac roznych epitetow i slow ktore zastepuja znaki interpunkcyjne informuje pana ze PO 17 to jest rowniez 17:58 wiec jak chce to albo niech sobie czeka albo do widzenia jutro bo tej przesylki i tak teraz nie dostanie chocby nie wiem co. Bo na awizie jest rowniez napisane ze ma 14 dni na jej odbior skoro juz tak bardzo chcemy sie trzymac tego co jest i gdzie napisane. Oczywiscie skarga wplywa. Jednak tak dla wiadomosci wszystkich tych ktorzy chcieliby dac upust swojej frustracji w ten sposob- to jest budzetowka, moloch ktory mentalnie jeszcze egzystuje w prlu. Papier przyjmie wszystko...

M
ML

Zdec

N
Nati

Genialny tekst, nikt tak nie zrozumie pracownika z okienka jak drugi pracownik. A i też nie zawsze. Czasem nawet ten drugi cię dobije gorzej niż klient, który nie potrafi zrozumieć, że system się wysypał i nic nie da się zrobić w tym danym momencie. "Jak to? Ja chcę tylko wysłać list" , "Ale listek mi pani wyda?" itp. Zero zrozumienia. I ciągłe narzekanie na listonoszy... Okienkowi są głównie od wysłuchiwania skarg, zażaleń i innych bolączek tego świata.

A
AllByte_System

Firma krzak tak jak tutaj opisano- nie polecam. Państwówka - zarząd do wymiany. Paczka wysłana do oddalonego o 40 km miasta znalazła się 300 km od celu. Trzeba było jeździć aby z łaską ją przekierowali dodam że adres był od początku poprawny. Moja firma w wyniku działań Poczty poniosła straty na 500 PLN przez niedotrzymanie terminu. Napisałem reklamację stwierdzili że zgodnie z ustawą o prawie pocztowym żadne zadość uczynienie mi nie przysługuje... Kpina.... Nigdy więcej nie będę korzystać z ich usług.

J
Ja

ja widzę to tak

p
poczta

Praca w Urzędzie Pocztowym Gdańsk 50 Poczta Polska na stanowisku asystent.

Odradzam zatrudnianie się na tym urzędzie. Asystentowi według prawa przysługuje 30 minutowa przerwa- ale na to nie liczcie, bo asystenci najczęściej nie chodzą na przerwy albo na krótkie do 10minut.
Grafiki są niesprawiedliwe- jedni pracownicy mają zmiany ranne i popołudniowe albo tylko ranne, zaś pozostałym pozostaje chodzić tylko na zmiany nocne od 21:00-6:00 lub popołudniowe od 13:00-21:00 (jak kończysz popołudniówkę niby o 21:00 to nie licz na to bo klienci też przychodzą dosłownie za 5 minut 21:00 i musisz ich obsłużyć. Najczęściej to po tej zmianie pracownicy wychodzą przed 22:00). I nie myślcie, że przychodzicie o 21:00 do pracy- musicie przyjść albo 30-45minut szybciej aby "przygotować się do pracy" za free, bo ci za ten czas nie zapłacą. O północy musisz rozliczyć się z gotówki i zamknąć okienko, ale przy okienku pełno jeszcze adwokatów co przychodzą na pocztę dosłownie za 5 dwunasta którzy wykłócają się o obsłużenie i bezczelnie awanturują się jak im nie antydatujesz dokumentów.
Do pracy najlepiej zakup wiaderko długopisów bo poczta nie kupuje a klienci od ciebie będą ich żądać a kierowniczki też na to liczą że będziesz kupować bo inaczej się wściekną. Nie licz na to że klienci ci oddadzą długopisy bo kradną na potęgę.
Co do grafików to nie licz na to, że coś możesz sobie zaplanować. Uprzywilejowane pracownice z byle powodu chodzą na L4 i to długie bo najczęściej nawet cały miesiąc. Pani z paczek raz miała sytuację na nocce, że klient jej powiedział że "powinna swoje braki uzupełnić" to drugiego dnia przyniosła L4 na prawie 4 tygodnie.
Na poczcie zawsze są kolejki i jak będzie więcej osób na qmatiku to kierowniczki stwierdzą że jesteś wolna. Mogą też to stwierdzić koleżanki z pracy i donieść to do kieroniczki albo żądać twojego zwolnienia z pracy (musisz pracować za trzech i lepiej na przerwy nie wychodź bo koleżanki pójdą do dyrekcji aby ciebie zwolnić).
Przyzwyczaj się, że kierowniczki i kontrolerki na ciebie wrzeszczą a ty nic nie możesz zrobić ani im powiedzieć bo zaraz ciebie zwolnią. Na dodatek powiedzą że ty wrzeszczysz!!!
Na urlop letni latem nie licz bo wtedy odpoczywają te co dobrze donoszą. Ty możesz liczyć na urlop wiosną albo jesienią.
Kierowniczki na tej poczcie na stałe nie zatrudniają, nie licz na umowę o pracę na czas nieokreślony bo jej nie dostaniesz. Dadzą ci najwyżej 2-3 umów na czas określony a później powiedzą że centrala nie da ci etatu albo naczelnik nie chciał dać ci umowy na stałe.
Musisz mieć na poczcie znajomości: mamę co tam pracuje czy pracowała, rodzinę, itp. to się uchowiesz.

f
felek

zamiast podnosić jakość usług to biorą się za uslugi finansowe i jedno jak i drugie na fatalnym poziomie a konkurencja nie śpi!ci dobrze!

x
xxx

To fakt!
Minęło już trochę czasu od napisania tego artykułu, ale na poczcie nic się nie zmieniło, a o ile już, to na gorzej.....

M
MONIA

ja tez moge przedstawic kilka chwil z zycia pocztowego pracowalam 4 lata i dziekuje Bogu ze mam inna prace. Dyrekcja Wroclawia asystenta listonosza ma gdzies moze i byla podwyzka rok temu ale teraz jest coraz mniej pieniedzy (ostatnia pensja 1200). Skonczone studia na AE i praca za okiennkiem. Gazety by bylo malo zeby to opisac. Jedna szkole wynioslam z tej pracy WIELKI SZACUNEK DLA PANI Z OKIENKA POCZTOWEGO.

M
Mańka

Niestety taka jest szara rzeczywistość pracy na poczcie... Dyrekcja za wszelką cenę chce z tego gówna bat ukręcić!! Wymyślają durne przepisy i regulaminy i czekają aż zdaży się cud!! Sami sobie tworzą ful stanowisk, a nam wpierają, że nie mają środków na zatrudnienie większej ilości listonoszy i asystentów. A któż jak nie listonosze i asystenci charują na to żeby Oni mieli na swoich dyrektorów i zastepców kierowników...????

j
jacek

Wielka spostrzegawczość i dbałość o szczegół. Znakomity reportaż i bardzo prawdziwy. Więcej poproszę!

o
oliver

Czysta prawda i tyle!!!

Dodaj ogłoszenie