Twitterowa rewolucja w Iranie

    Twitterowa rewolucja w Iranie

    Dorota Kowalska, Mira Suchodolska, Wojciech Rogacin

    Polska

    Polska

    Już żaden reżim na świecie nie jest w stanie sprawić, by ludzie w innych krajach nie dowiedzieli się o jego niegodziwościach. Szybkość, z jaką obiegły kulę ziemską informacje o tym, co się wydarzyło w ostatnich dniach w Iranie, świadczy niezbicie, że dzięki dziennikarstwu obywatelskiemu nastąpił już nie wyciek, ale powódź informacji - piszą Dorota Kowalska, Mira Suchodolska, Wojciech Rogacin
    W Iranie reżim zablokował możliwość nadawania ekipom profesjonalnych dziennikarzy z całego świata. Starzy wyjadacze, zawodowcy najwyższej próby z BBC, Reutersa zostali internowani w hotelowych pokojach. Pozwolono im czerpać informacje tylko z oficjalnych źródeł, z tego, co podawała reżimowa telewizja.

    - Pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją - mówi Jacek Czarnecki, dziennikarz Radia Zet, korespondent wojenny.
    - W Iraku był okres, kiedy bałem się wyjść na ulice, informacje przynosili mi zwykli ludzie, a ja je przetwarzałem, ale tutaj ciężar zbierania i przekazywania materiału spoczął w całości na obywatelach - dodaje.

    W Iranie zamieszki zaczęły się po ogłoszeniu wyników piątkowych wyborów prezydenckich, w których zwyciężył dotychczasowy szef państwa, radykał Mahmud Ahmadinedżad. Jego główny rywal Mir-Hosejn Musawi zarzucił władzom fałszerstwa i wezwał Radę Strażników Konstytucji do anulowania wyniku wyborów. Wystarczyło, aby setki tysięcy zwolenników Musawiego wyległo na ulice Teheranu, protestując przeciwko dotychczasowym władzom.

    Martin Fletcher, redaktor działu zagranicznego brytyjskiej gazety "The Times", do Teheranu pojechał na kilka dni przed wyborami. - Wtedy jeszcze irańskie władze były dla nas bardzo miłe, wręcz zapraszały tam zagranicznych dziennikarzy. Na zasadzie: przyjedźcie, zobaczcie i opiszcie, jaka u nas jest demokracja - opowiada Fletcher. W sumie, jego zdaniem, na wybory prezydenckie 12 czerwca zjechało do Teheranu około 400 dziennikarzy zagranicznych. Było też mnóstwo miejscowych.

    Atmosfera przyjaźni skończyła się następnego dnia po wyborach, podczas sobotniej manifestacji niezadowolenia Irań-czyków przekonanych, że zostali w podły sposób oszukani przez ekipę Ahmadinedżada. - Byłem wtedy w tłumie na ulicy, razem z moim fotoreporterem. Mieliśmy na sobie plakietki oznaczające zagranicznych dziennikarzy. Gdy fotoreporter robił zdjęcia, podeszło kilku ludzi z urzędu bezpieczeństwa z metalowymi pałkami. Aresztowało nas - opowiada Martin Fletcher.

    Jednak wtedy jeszcze demonstracje nie przybrały tak gigantycznych rozmiarów i obu reporterów "Timesa" potraktowano uprzejmie. Martina wypuścili po 40 minutach przesłuchania, fotoreportera po czterech godzinach. Ale już w poniedziałek, podczas jednej z największych demonstracji opozycji (według obserwatorów miało w niej wziąć udział nawet ponad milion osób), tajniacy przestali być uprzejmi. - Wystarczyło pokazać się na ulicy z notatnikiem i od razu wokół robił się 20-, 30-osobowy tłumek Irańczyków.

    Wśród nich oczywiście większość to tajniacy. Po dwóch minutach znów byliśmy aresztowani - opowiada Fletcher. Wtedy dostali surowy zakaz przekazywania relacji z Iranu pod groźbą więzienia. Zabroniono im także zatrudniania Irańczyków jako freelancerów. - Widzieliśmy, że to nie są przelewki. Tym razem ci ludzie z bezpieki byli bardzo ostrzy - dodaje dziennikarz.
    1 3 4 5 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo